piątek, 10 lipca 2015

Rodzinny weekend na Bornholmie


Całkiem niedawno (tj. w 2013 roku) dwóch przedstawicieli SundayBikers, właśnie na tej malowniczej wyspie, przeżyło swoją pierwszą rowerową wyprawę. Z ich relacji wynikało, że bardzo prawdopodobną opcją jest ponowne odwiedzenie tego miejsca. Wystarczyło poczekać 2 lata i padł pomysł: "A może byśmy tak pojechali na Bornholm?" Co ciekawe zaproponowała to moja przyszła teściowa!! Długo nie trzeba było namawiać reszty rodziny. Na długi, czerwcowy weekend pojechaliśmy sześcioosobowym, rodzinnym składem: rodzice, dwie córki wraz ze swoimi narzeczonymi.


Rowery do samochodów i czas ruszać w trasę. Nad ranem mieliśmy prom z Kołobrzegu do Nexø, skąd musieliśmy dojechać do naszej bazy noclegowej w Dueodde. Po dotarciu na miejsce, trasa troszeczkę się skomplikowała, gdy okazało się, że domek nr 51 nie istnieje!! Poszukiwania domku umożliwiły nam zwiedzenie okolicy, na szczęście jeden z mieszkańców rozpoznał domek na zdjęciu, które ze sobą mieliśmy i wskazał nr 6! No tak! Prosta matematyka 5+1=6 !! Z powodu wydłużenia się czasu poszukiwań naszego noclegu na tym zakończyliśmy jazdę pierwszego dnia.


 


Drugi dzień na wyspie spędziliśmy na zwiedzaniu miejscowości Aakirkeby, skąd udaliśmy się pod pomnik leśniczego Hansa Romera, następnie na wieżę widokową Rytterknaeten (162 m.n.p.m.) oraz do kompleksu leśnego Almindingen...





...gdzie znajdują się nasze polskie żubry (sześć jałówek z Białowieży i byk z Pszczyny), które zostały tam przetransportowane w 2012 roku.


Trzeci dzień miał być "naj"! NAJdłuższy, NAJcięższy, NAJciekawszy... no i pewnie jeszcze parę "naj" by się znalazło. Zaplanowaliśmy wyjazd autobusem z Dueodde do Hammershus. Czyli do ruin zamku z XIII wieku, który podobno jest największym tego typu obiektem w północnej Europie.


Następnie trasa prowadziła wzdłuż wschodniego wybrzeża Bornholmu. Mieliśmy okazje zwiedzić miejsca sakralne, obejrzeć starodawne wiatraki oraz liczne wędzarnie ryb, gdzie trzeba było oblizywać się od ucha do ucha.




Ostatni dzień naszej wyspiarskiej przygody to powrót do Nexø, Ale trasa byłaby zbyt krótka oraz nudna, gdybyśmy jej nie urozmaicili... postanowiliśmy udać się do Paradisbakkerne. Miejsce to nazywane jest  Rajskimi Pagórkami. Nasze "rumaki" zostawiliśmy przed wejściem na szlak pieszy i daliśmy chwilę odpocząć naszym pośladkom! Dalej już tylko z górki i na prom.





Podsumowując:
- w 4 dni przejechane ponad 160 km, czyli w sam raz na rodzinny "spacer", gdzie nikt się nie spieszy, a jedynym wymogiem było wrócić wieczorem do łóżka;
- potwierdzamy, że Bornholm to raj dla rowerzystów - ścieżki rowerowe, oznakowanie oraz kultura kierowców zaskakują (oczywiście pozytywnie);
- trzy rowery górskie, dwie holenderki i jeden rower trekkingowy - żaden nie zawiódł na wyjeździe,  ale wszystkie pokazały swoje mocne i słabe strony;
- z rodziną też można pokręcić i to nieźle!! "Niedzielne rowerowanie" jest dla każdego - nieważne mały czy duży, młody czy trochę starszy.

Pozdrawiam 
Kędzior

czwartek, 9 lipca 2015

Pomorski Puchar Dogtrekkingu w Gniewowie k. Wejherowa - ustawianie trasy

Wczoraj wieczorem miałem przyjemność ustawić trasę na zawody Dogtrekkingowe, które odbędą się w najbliższą sobotę o godz. 15:00 w Gniewowie.

Dogtrekking czyli bieg na orientację z psem to świetna forma aktywnego spędzania czasu, dbanie o kondycje fizyczną swoją i naszego czworonoga. Wybiegany pies to szczęśliwy pies, do tego może spotkać się z innymi psami, a te jak ludzie są zwierzakami stadnymi :)

Sam wielokrotnie startowałem w pieszych rajdach na orientację. Harpagany, Tułacze oraz również kilka dogtrekkingów. Na najbliższych zawodach uczestnicy będą mieli do wyboru trasę fitness, rodzinną, mid - po szczegóły odsyłam do wydarzenia na fb lub stronę www. Trasę przygotował PanHusky, z którym niejednokrotnie jeździłem i rozstawiałem trasy lecz tym razem trasę rozstawiłem samodzielnie. Mam nadzieję, że nie będzie żadnej wtopy, że punkty przyczepiłem solidnie i co najważniejsze, tam gdzie trzeba ;)

Na ustawianie trasy wybrałem się prosto po pracy. Uzbrojony w rower, dwa bidony wody, punkty, mazaki, taśmę klejącą, mapę papierową + mapę cyfrową pojechałem SMKą do Wejherowa. Na miejscu byłem o godzinie 18:30 i od razu ruszyłem w las.


Ustawianie trasy to świetna okazja na pojeżdżenie rowerem i popracowanie z mapą. Rower pomaga szybciej przemieścić się po trasie lecz czasem trzeba go zostawić i przejść się kilkadziesiąt czy kilkaset metrów do punktu położonego na wzniesieniu czy wąwozie bo gęste krzaki wiją się po całym napędzie i wtedy rower przeszkadza. Rozstawienie punktu zabiera trochę czasu, trzeba znaleźć odpowiednie miejsce w terenie, zdjąć plecak, wyjąć punkty, mazak, taśmę, przymocować, spisać kod na kartę i cyknąć fotkę. Następnie spakować się i pedałować dalej. Dlatego gdy miałem rozstawionych pięć punktów spojrzałem na godzinę i ... przyspieszyłem :)

W okolicach Gniewowa byłem pierwszy raz . Znalazłem tam piękny las, malownicze tereny i kilka fajnych podjazdów. Oprócz samej przyrody mijałem kilka wiat z ławami, miejscami na ognisko i koszami na śmieci. Jest to dobre miejsce na rower, dogtreking czy rodzinny spacer i piknik.



Ostatni punkt rozstawiłem o godzinie 23:25 po czym ruszyłem ile sił w nogach na ostatnią kolejkę do Gdańska tego dnia! W niecałe 13 min wyjechałem z lasu, ominąłem kilka ulic jednokierunkowych i skwer (mimo pustych ulic uznałem, że nie ma co łamać przepisów) i wskoczyłem do kolejki, która odjechała dwie minuty później :)


To kolejny po naszej ostatniej zabawie w scenariusz zaciągnięty wprost z ASG sposób na urozmaicenie jazdy na rowerze. Nie tylko trzaskanie kilometrów, ale także poznanie okolicy i wyhasanie się :)

wtorek, 16 czerwca 2015

Misja Specjalna w Borach Tucholskich, czyli jak urozmaicić jeżdżenie na rowerze

Po ostatnich walkach o odzyskanie podziemnych magazynów rakiet ziemia-ziemia, oddziały państwa Libistan wycofały się na, neutralne do tej pory, tereny położone na południe od wsi Wygonin. Tym samym odcięta została większość dróg zaopatrzeniowych, umożliwiających dostawy amunicji z Linii Kolejowej do Centralnej Bazy wojsk Radestanu w Wygoninie. Dowództwo sił Radestanu postanowiło wysłać oddział specjalny, który miał przebić się przez teren wroga. 

Pierwotny plan zakładał desant 5 skoczków z pięciu różnych stacji kolejowych. Mieli jedno zadanie – odnaleźć jak najszybszą drogę przez tereny Libistanu, a następnie wraz z pozostałymi, ocalałymi członkami oddziału dostarczyć zaopatrzenie do Bazy w Wygoninie.


Niestety do gry włączył się wywiad Libistanu. Wrodzy agenci w ostatniej chwili zmienili trasę jednego z pociągów oraz zaminowali trasę kolejową od Zblewa. Dowództwo Radestanu natychmiast zareagowało, zmieniając rozkazy. Oddział Specjalny został podzielony na dwa pododdziały. Pierwszy w składzie Kuba, Krowa, Małysz otrzymał zadanie desantu ze stacji Pinczyn, i przeprowadzić zwiad terenu w kierunku miejscowości Kobyle. Zwiad się udał, jednak przed wsią Kobyle pododdział wpadł w zasadzkę. Dowództwo nakazało przerwanie misji i oczekiwanie na posiłki. Drugi pododdział w składzie Kędzior i Radek niezwłocznie wyruszył z Tczewa w celu wsparcia otoczonych kolegów. Posiłki dotarły około godziny 23:30. Połączone siły pokonały wroga, i oddział w pełnym składzie wyruszył do Bazy w Wygoninie.


Po początkowych problemach, ostatecznie misja zakończyła się pełnym sukcesem. Zapasy amunicji i żywności zostały dostarczone bez strat własnych. 

Był to krótki scenariusz zaczerpnięty wprost z ASG, które uwielbia kolega Krowa, który wybrał się z nami w Bory Tucholskie. Oczywiście nie było żadnych obcych wojsk, nie było rakiet, amunicji, ani wojny. Jednak scenariusz jaki realizowaliśmy podczas piątkowego wieczoru dostarczył nam sporo frajdy i jest świetnym sposobem na urozmaicenie tzw. wyjścia na rower. Krowa zaproponował by urozmaicić trochę piątkowy przejazd z Gdańska na miejsce noclegu w HBO Wygonin. Mocno wkręcony w militarne gry ASG, wymyślił zabawę, w której każdy z nas wysiądzie w innym miejscu i na zasadzie „kto pierwszy ten lepszy” dojedzie do wyznaczonego punktu, nawigując w nocy za pomocą GPS. Małysz dopisał do tego mały scenariusz wprowadzający wszystkich w lekko militarny klimat, – czego dowodem jest treść z początku relacji. Ostatecznie w wyniku problemów z pociągami, a w zasadzie niewyrobieniem się części z nas na pociąg, pomysł przełożyliśmy na inny termin. Scenariusz musieliśmy zmodyfikować i dopasować do zaistniałej sytuacji.Jechaliśmy dwoma trasami więc musieliśmy spotkać się po drodze. Piątkowy przejazd dla części z nas wyniósł około 25 km, (Pinczyn – Kobyle – Wygonin), dla pozostałych około 55 km (Tczew – Kobyle – Wygonin). Do Wygonina dotarliśmy ostatecznie około 01:30.



Sobotnia trasa, przygotowana przez Małysza, była właściwą częścią treningu. Motywy przewodnie planowanej trasy to „Wda i Kanał Wdy”, oraz „Nieczynna linia kolejowa Kościerzyna – Czersk” 


Ruszyliśmy około 11: 00 z HBO Wygonin. Pierwsza część trasy biegła przez wsie Bartel Wielki, Leśna Huta, Czarna Woda, Wieck, Wojtal, Uroża. Zgodnie z motywem przewodnim kilkukrotnie przekraczaliśmy rzekę Wdę lub biegnący prawie równolegle Kanał Wdy. Trasa w większości leśnymi szutrowymi drogami, miejscami brukowana a na terenach wsi miedzy Wieckiem a Wojtalem asfaltowa. Po drodze mijaliśmy kilka, stosunkowo nowych, leśnych parkingów, na których zatrzymywaliśmy się na małe przerwy i podziwianie otaczającej nas przyrody. Pierwsza dłuższą przerwę zrobiliśmy pod sklepem w Wojtalu.

Po spożyciu napoi energetycznych i krótkiej regeneracji ruszyliśmy w dalszą drogę. Leśną szutrową drogą jechaliśmy dalej wzdłuż Wdy przez miejscowości Uroża, Miedzno i Cisewie. Kolejnym przystankiem na trasie była stacja kolejowa Bąk. Stacja obecnie jest nieczynna, a linia kolejowa obsługuje jedynie pociągi towarowe.

W Bąku postanowiliśmy skrócić nieco wcześniej zaplanowaną trasę, aby na następnym postoju mieć więcej czasu na zjedzenie rybki i pierogów w znanym nam barze „Drewutnia” w Olpuchu. Radek z Krową znaleźli fajny skrót, dzięki czemu po około 40 minutach siedzieliśmy już przy stole zajadając się ciepłym obiadem.


Po obiedzie podzieliliśmy się na dwie ekipy. Krowa, Kuba i Kędzior musieli szybciej wracać do Gdańska, więc z Olpucha pojechali przez Gołuń, Szenajdę, Juszki i Rotembark na pociąg do Kościerzyny, skąd regionalnym pociągiem dojechali do Rębiechowa.

Radek z Małyszem pojechali fragmentem trasy, która była przewidziana na rowerową trasę Rajdu Rodło w 2014 roku, (która niestety ostatecznie się nie odbyła). Trasa po części lasami, po części szosami przez Bestrą Sukę, Stary Bukowiec, Nowe Polaszki do Starych Polaszek. W Starych Polaszkach Radek pojechał lasami i polami do Gdańska a Małysz wrócił do Wygonina, skąd do Gdańska wracał w niedzielę (pociągiem z Kalisk).


Wliczając trasy od domu do domu przez cały weekend każdy z nas zrobił sporo ponad 150 kilometrów. Zwiedziliśmy kolejny kawałek Borów Tucholskich a przede wszystkim bardzo miło spędziliśmy czas.

Teraz nadszedł czas na dłuższą wyprawę, ale we wrześniu na pewno wrócimy w nasze ulubione okolice.

Poniżej naniesione na jedną mapę ślady tras jakie pokonaliśmy w opisywany weekend.


poniedziałek, 18 maja 2015

Jak spakować się na wyprawę rowerową część 3.

Wyruszając na wyprawę rowerową zawsze zaczynam od wyjęcia wszystkich potrzebnych rzeczy z szafy. Układam je na łóżku i następnie pakuję do sakw. Jeśli wyruszam z domu czy też jadę pociągiem to rozkładam ciężar w miarę równomiernie od razu na obie sakwy. Jeśli do miejsca startu dostaję się samolotem temat wymaga nieco więcej pracy i logistyki. Ale o tym za chwilę w punkcie czwartym. Zacznę od tego jakie są (znane mi) opcje przewozu roweru.



1. na kołach

Z punktu widzenia pakowania jest to najwygodniejsze rozwiązanie. Możemy na spokojnie spakować się w domu. Nie musimy spieszyć się na pociąg czy samolot. Możemy od razu spakować się docelowo tak, jak będziemy jeździć. Ułożyć ważne rzeczy na górze (jak kurtka przeciwdeszczowa) i rzadziej używane (jak zapas jedzenia) na dnie sakwy. Nie musimy rozkręcać roweru, wsiadamy i jedziemy. Jest to opcja dobra pod warunkiem, że miejsce do którego chcemy dotrzeć jest w miarę niedaleko lub mamy bardzo dużo czasu na wyprawę. Jeśli miałbym jechać z domu, z Gdańska do Besishahar w Nepalu, skąd rok temu ruszałem w Himalaje, potrzebowałbym ekstra urlopu na dojazd na miejsce startu.


2. samochód

To rozwiązanie najprostsze. Zakładając, że mamy samochód, mamy odpowiedni bagażnik na rower (dachowy, na klapę, kwestia gustu) lub kombi, pakujemy rower, sakwy, siebie i jedziemy :) Jest to rozwiązanie dobre, pod warunkiem że:

  • mamy samochód
  • miejsce startu i mety jest takie same
  • samochód pomieści wszystkich uczestników + rowery + bagaże
  • jest to akceptowalny dla nas koszt
Niekiedy koszt przejazdu samochodem rekompensuje czas jaki trzeba poświęcić na jazdę pociągiem. Jeśli więc mamy mało czasu na wyjazd to samochód pozwoli go zaoszczędzić. Oczywiście, zaraz pojawią się głosy "ale przecież w pociągu mogę się wyspać, a samochód trzeba prowadzić". Tak, ale czy ktoś z Was śpi spokojnie w pociągu, podczas gdy w przedziale obok wisi Wasz rower? Nie zawsze samochód to najszybszy środek lokomocji, ale np. w nasze polskie góry jest w stanie znacząco skrócić czas podróży w porównaniu z pociągiem.


3. pociąg

Zacznę anegdotą. Dwa lata temu wybraliśmy się z Kędziorem do Szklarskiej Poręby. Jako środek transportu wybraliśmy pociąg. Chcąc jechać w pełni w zgodzie z przepisami, gdy dowiedzieliśmy się, że nocny pociąg którym początkowo planowaliśmy jechać nie ma już miejsc na rowery, wybraliśmy połączenia regionalne i przewóz roweru w tzw. kurniku. Podróż trwała prawię dobę. Z kilkoma przesiadkami, wnosząc i wynosząc osakwione rowery z pociągu na pociąg. W drodze powrotnej mieliśmy już w pełni legalny bilet lecz ... niestety... jacyś "spryciarze" zajęli nam miejsca. Cóż to, machnęliśmy ręką i nie prowadziliśmy dochodzenia, postawiliśmy rowery obok i zajęliśmy miejsca w przedziale. Te o dziwo były wolne ;)

Często korzystamy z usług przewozów regionalnych, gdy jedziemy np. w Bory Tucholskie czy w okolice Żarnowca. Wówczas jedziemy maksymalnie 1,5 h. Wybierając się w dalszą podróż pociągami dalekobieżnymi trzeba przygotować garść albo dwie cierpliwości. Słyszałem, że nawet w nowoczesnym pendolino Panowie konduktorzy nie zawsze uśmiechają się na rowery, które przecież mają wyznaczone miejsca. Także trzeba być czujnym.


4. samolot

To najszybszy środek transportu, lecz wymagający najwięcej przygotowań. Do dyspozycji mamy bagaż podręczny (jego wymiary i waga zależne są od linii lotniczych) oraz bagaż rejestrowany (wymiary i wagę również podaje przewoźnik). Dla uproszczenia będę bazował na wymiarach i wadze przewoźnika Wizz Air, z którego usług skorzystaliśmy lecąc wspólnie do Norwegii oraz skorzystamy w tym roku udając się na Islandię.

  • bagaż podręczny w w/w liniach nie może przekraczać wymiaru 42 cm x 32 cm x 25 cm, przewoźnik nie podaję maksymalnej wagi.
  • bagaż rejestrowany to "paczka" o wymiarach: szerokość: 1,499 m, wysokość: 1,194 m, długość: 1,715 m; maksymalna waga to 32 kg.
Należy pamiętać, że w bagażu podręcznym niedozwolone jest przewożenie ostrych przedmiotów i płynów powyżej 100 ml. Dlatego też zapasowe szprychy, nóż, zestaw imbusów i cała masa rowerowych rzeczy musi lecieć w bagażu rejestrowanym wraz z rowerem.

Do bagażu podręcznego zabieram głównie ubrania i część jedzenia, ale tylko suche jak liofilizaty, pasztet z racji zawartości wody może nie przejść kontroli. Jako bagaż podręczny służy mi jedna sakwa.

Do bagażu rejestrowanego, w moim przypadku karton po rowerze, ląduję:

  • rower
  • wszystkie ostre przedmioty
  • płyny (odżywki, izotonik)
  • gainer (proszek który może wzbudzić zainteresowanie lotniskowych skanerów)
  • bidony (do nich także można coś schować)
  • sakwa
  • karimata
  • śpiwór
  • namiot


Waga wadze nierówna, dlatego nigdy nie zamykam ostatecznie kartonu w domu. Ważę karton na wadze lotniskowej i jeśli trzeba przepakowuję część rzeczy do podręcznego lub ubieram na siebie.

A co z rowerem? Przecież na takim wypadzie to on jest najważniejszy. Rower rozkręcam praktycznie jak tylko się da. Zaczynam od:

  • opatulenia ramy otulinami do rur, kupionymi w sklepie budowlanym
  • wyjmuję sztucę wraz z siodełkiem
  • odkręcam pedały
  • zdejmuję koła, odkręcam tarcze hamulcowe (u mnie torx 25), odkręcam tylną przerzutkę wraz z hakiem
  • zabezpieczam klocki hamulcowe, by przez przypadek się nie zapowietrzyły, wkładam pomiędzy nie kawałek plastiku, cokolwiek byle sztywne
  • zdejmuję kierownicę razem z mostkiem (jeśli masz krótkie linki dobrze jest wcześniej zdjąć hamulec i manetki.)
  • zdejmuję amortyzator (uwaga na łożyska i wszelkie podkładki)
Całość kompaktowo zipuję opaskami zaciskowymi oraz taśmą i gotowe. Tak przygotowany rower ląduje w kartonie wraz z pozostałymi rzeczami.



To co? Gdzie ruszacie na tegoroczne wyprawy rowerowe? :)


poniedziałek, 4 maja 2015

Jak spakować się na wyprawę rowerową część 1.

Każda podróż wymaga zaplanowania rzeczy, które będziemy musieli z sobą zabrać. Jeśli lubimy wylegiwać się na leżaku na złotych plażach niezbędne będą:

- japonki
- ręcznik
- stój kąpielowy
- olejek do opalania

Ja za wylegiwaniem się na plaży nie przepadam więc nie wiem co jeszcze powinno znaleźć się na takiej liście. Wiem za to, że planując aktywny wypoczynek, rowerowy wypoczynek, wyprawę rowerową niezbędne jest dokładne zaplanowanie listy rzeczy do zabrania.

O tym co spakować by przede wszystkim nie mieć za dużo rzeczy z kategorii "przyda się", a jednocześnie jest niezbędne w podróży nie można powiedzieć jednoznacznie i podać jednego gotowego przepisu. Każdy z nas jest inny. Jeden ma np. ulubioną dmuchaną poduszkę, która dla mnie jest zbędnym luksusem, gdyż zastępują ją polarem lub nic nie kładę pod głowę, a dla Kuby i Tomka jest czymś obowiązkowym. Dlatego też poniższy wpis traktujcie jako bardzo subiektywny.

Szykując się na ostatnią wyprawę podzieliłem swoją listę na kilka kategorii.

1. apteczka

Powinna być dostosowana do długości wyprawy. Inne lekarstwa zabierzemy na jednodniową wycieczkę z Gdańska na Hel, inne gdy jedziemy na dwa tygodnie np. do Norwegii. 

2. dokumenty

Dowód osobisty warto mieć zawsze przy sobie. Często służy także jako paszport. Jeśli jedziemy w rejon świata, który wymaga od nas szczepień warto zabrać z sobą książeczkę szczepień. Ja do tego działu dorzucam jeszcze pamiętnik, w którym spisuję robocze relacje z wyprawy.

3. rzeczy osobiste

Skarpety, bielizna, koszulki, bluzy, i wszystkie rowerowe ciuchy lądują w tym dziale. Nie wszystkie ubrania są jednakowe, nasze garderoby są różne, dlatego jednemu z nas bluza rowerowa będzie pełniła funkcję ochrony przed wiatrem, a inny weźmie dodatkową wiatrówkę.

4. ekwipunek rowerowy

Ten dział rozpoczynam od odżywek, batonów energetycznych. Następnie kask, oświetlenie, bidony, sakwy, expandery, kleje, zapasowe klocki hamulcowe, klucze na rolce taśmy naprawczej kończąc. Słowem paliwo, bezpieczeństwo oraz mini warsztat.

5. elektronika

Lubię jeździć z nawigacją, zawsze przed samodzielnym wyjazdem przygotowuje tracka, którego wygrywam w garmina. Ale poza tym zawsze mam z sobą mapę papierową. Aparat fotograficzny i telefon również wpisuję na listę rzeczy elektronicznych i niezbędnych.

6. kosmetyczka

Podobnie jak ubrania tak i kosmetyczka jest rzeczą bardzo indywidualną. Higiena jamy ustnej jest bardzo ważna więc nie powinno w niej zabraknąć szczoteczki do zębów, a w przypadku gdy nie zawsze mamy do dyspozycji prysznic, rzekę czy jezioro mokre chusteczki doskonale odświeżą nasze ciało po całym dniu pedałowania.

7. kuchnia

Często na naszych wyjazdach zabieramy z sobą kuchenkę turystyczną i menażkę, która służy za garnek. Przygotowanie ciepłego posiłku, kawy, herbaty w środku lasu jest czymś bardzo przyjemnym. Nie powinno tu zabraknąć również ostrego noża.

8. spanie

To przenośna sypialnia. Namiot, karimata, śpiwór. Osobiście nie lubię marznąć w nocy, dlatego w zależności od pory roku dorzucam jeszcze termiczną bieliznę oraz czapkę - w tej śpię nawet latem :)


Część rzeczy z powyższych kategorii zabieram z sobą zawsze. Nie ważne czy jadę na weekend w Bory Tucholskie, czy na dwa tygodnie gdzieś dalej z namiotem i sakwami. Dopasowuję ilość i rodzaj rzeczy do wyjazdu. Dlatego też nie zawsze zabieram z sobą kuchnię oraz spanie. Tak przygotowane grupy zdecydowanie ułatwiają mi pakowanie się. 

Wymienione powyżej elementy są tylko przykładowymi, moja lista jest zdecydowanie dłuższa i można ją podpatrzeć tutaj. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to lista idealna jeśli uważasz, że czegoś brakuje, co może uratować życie piszcie śmiało :)

wtorek, 7 kwietnia 2015

Zawsze, gdy wrócę z wyprawy rowerowej to...

Zawsze, gdy wrócę z wyprawy rowerowej czuję, że czeka mnie dużo pracy. Przygotowanie zdjęć, montaż filmu, spisanie relacji i podzielenie się tym, co przeżyłem.
Powoduje to, że z jednej strony myślami wciąż jestem na wyprawie, wspominam, cieszę się i myślę o tym jak było fajnie. Z drugiej strony czuję, że poganiam sam siebie i tracę to, co przeżyłem.

Tydzień temu wraz z Kubą wróciłem z wyprawy rowerowej organizowanej przez United-Cyclists pod nazwą Kreidler Deep Desert Expedition II, gdzie przemierzaliśmy piękne marokańskie pustynie.

Tą wyprawą rozpocząłem tegoroczny sezon jazd z sakwami, z grubej rury, bo przez dwa tygodnie pedałowałem w marokańskim słońcu, po pustyniach, niekiedy pod wiatr, próbowałem ominąć "magiczne" przebijacze dętek, nocowałem na środku pustyni pod rozgwieżdżonym niebem oraz w berberyjskich domach :) Lecz na podsumowanie wyprawy jest jeszcze dla mnie za wcześnie. Tym razem dałem sobie czas. Do dnia dzisiejszego nie ruszyłem nawet zdjęć. Rozpakowałem jedynie rzeczy, zrobiłem pranie i wyczyściłem sakwy. Rower wciąż pozostaje nieskręcony w kartonie. I wiecie co? Dobrze mi z tym :)

Co jakiś czas wpadają mi do głowy marokańskie wspominki, którymi dzielę się z najbliższymi, zapamiętuje i pewnie za jakiś czas przeleję je na bloga. Tym razem postanowiłem nie pędzić i dać czas przede wszystkim sobie, by na spokojnie zaaklimatyzować się do codzienności.


niedziela, 1 lutego 2015

#SundayBikersPL

W dniu dzisiejszym rozpoczęliśmy nowy etap
w naszej internetowej działalności. Blog oraz
fanpage na portalu społecznościowym to za mało!!
 
Teraz postaramy się jeszcze szybciej pokazywać Wam skrawki naszych wypadów, wypraw oraz wszystkiego związanego z naszymi ukochanymi jednośladami.

Będą "polubienia" (oby), mnóstwo "hashtagów"... no i mamy nadzieję, że nie zabraknie Waszych komentarzy!!

Zapraszamy 

środa, 21 stycznia 2015

Sobotnia kaszubska pętla ze starem i metą w Szymbarku

Zimy jak nie było tak nie ma. Z punktu widzenia rowerzysty nie ma co narzekać. Jest względnie sucho, nie ma soli na ulicach, nie ma chlapy. Jednym słowem czysta droga :)

W minioną sobotę udało się w końcu zrealizować plan, do którego zabierałem się jak sójka za morze. Raz tłumacząc się brakiem czasu innym razem akurat coś wypadło. W końcu nastał ten dzień, gdy życie osobiste i zawodowe odpuściły i wraz z Kubą pojechaliśmy pokręcić trochę kilometrów na Kaszuby. Za punkt startu i mety obraliśmy Szymbark. Miejscowość słynącą z zimowych kuligów, a latem ze skansenu ze znanym na cały kraj domem do góry nogami. To największa atrakcja tego miejsca lecz nie jedyna, kto jeszcze nie odwiedził to z czystym sumieniem polecam tutejsze Centrum Edukacji i Promocji Regionu w Szymbarku.

Wróćmy do roweru.
Plan był następujący:
- budzik 7:00
- spotykamy się o 8:00
- jedziemy


Plan idealny, krótki, przejrzysty, czego chcieć więcej :) No właśnie... pogody :) Kuba już dawno powiedział
w deszczu nie jeżdżę ;)
a padało od samego rana. Nasza ulubiona prognoza pogody zapowiadała koniec opadów od godziny 10:00 z minutami. Pełni nadziei dopakowaliśmy ubrania przeciwdeszczowe i ruszyliśmy :) Początkowo naszym celem było przejechanie trasy ok 100 km wokół całego obszaru lecz późniejsza godzina wyjazdu wymusiła na nas obranie trasy 60 kilometrowej. Nie chcieliśmy pobijać rekordów, chcieliśmy pokręcić trochę korbą po pięknych terenach, odpocząć i obcować z przyrodą :) Pogodynka wiele się nie pomyliła. O godzinie 10:40 kierowaliśmy się już na rowerach w stronę Wieżycy.
Pierwszy przystanek w Koszałkowie, lokalnym ośrodku sportów zimowych, gdzie odebrałem depozyt z karty, która zalegała w szufladzie od jakiś 5 lat ;) Na stoku, najbardziej stromym w okolicy, ujrzeliśmy około 5 osób szusujących po czymś przypominającym śnieg. Spojrzałem na termometr, 4,5 °C. Na szczęście rozrywki każdy wybiera sobie sam, my obróciliśmy się kierownicami w kierunku jeziora ostrzyckiego i ruszyliśmy w drogę :)


Przez cały czas, gdy rozkoszowaliśmy się jazdą, widokami i spokojem jaki poza sezonem panuje w okolicy, nie spadła choćby jedna kropa deszczu. Temperatura utrzymywała się na poziomie 4 °C, a wiatr był dla nas łaskawy. Jechaliśmy spokojnie, trzymając średnie tempo 18 km/h.


Na 17 kilometrze trasy musieliśmy zawrócić. W miejscowości Zawory budowano nowy most nad rzeką co wymusiło byliśmy obrali kurs drugą stroną jeziora. Resztę trasy przejechaliśmy zgodnie z planem. Ostatnie 4 kilometry przeznaczyliśmy na rozjazd. Po nieco ponad 3 godzinach od startu zamknęliśmy trasę przejeżdżając 60 kilometrów. Na koniec nie zapomnieliśmy o rozciąganiu :)

Ostatnio w tym rejonie byliśmy wracając z Chojnic oraz na początku marca zeszłego roku pedałując w śniegu i deszczu. Na pewno jeszcze nie raz wrócimy w te okolice. Faliste ukształtowanie terenu z licznymi podjazdami i zjazdami sprawiają, że chce się kręcić w tym rejonie :)

czwartek, 15 stycznia 2015

Himalaje z United-Cyclist

Każde hobby potrafi uzależniać. Wie o tym każdy, kto choć raz dał się mu ponieść. Moja przygoda z rowerem zaczęła się jeszcze w szkole podstawowej, gdzie podwórko szybko okazało się za małe i szukałem coraz to dalszych i ciekawszych tras. W zeszłym roku poszukiwania zaprowadziły mnie wysoko ponad poziom morza, nad którym na co dzień mieszkam. Uczestniczyłem w rowerowej wyprawie totalnej w Himalaje, gdzie zdałem sobie sprawę, że niemożliwe może stać się możliwe.

Chęć przeżycia prawdziwej przygody rowerowej zrodziła się w mojej głowie dość spontanicznie. Zapalnikiem był facebookowy profil grupy United-Cyclist, a na nim zdjęcia z różnych zakątków świata zwiedzanych na rowerze. Odkrywanie świata na dwóch kółkach nie jest czymś nowym. Ludzie od dawna organizują wyprawy rowerowe. Lecz bardzo mało ludzi pcha się z rowerem w miejsca, gdzie zdrowy rozsądek mówi "to się nie uda", "to jest niemożliwe". Właśnie ta niedostępność sprawiła, że zapragnąłem sprawdzić siebie i przeżyć rowerową przygodę życia.

Organizatorem wyprawy byli członkowie United-Cyclist. Nie jest to biuro turystyczne, lecz ludzie z pasją i ambicjami - więc już na etapie organizacji wszystko przebiegało w bardzo przyjacielskiej atmosferze. Finalnie na wyprawę pojechały 22 osoby, w tym jedna kobieta. Naszym celem było pokonanie pieszego szlaku Annapurna Circuit z najwyższym jej punktem, przełęczą Thorung La na wysokości 5416 m n.p.m.

Moja przygoda rozpoczęła się 27 marca 2014 na lotnisku Chopina w Warszawie, skąd wspólnie z grupą polecieliśmy do stolicy Indii - New Delhi. Do granicy nepalsko-indyjskiej w miejscowości Sonauli (97 m n.p.m.) dostaliśmy się autokarem. Tam skręciliśmy rowery i już bez żadnego wsparcia ruszyliśmy w kierunku ośnieżonych szczytów. Podczas wyprawy praktycznie nie było momentów, kiedy jechalibyśmy całą grupą. Podgrupy jakie się tworzyły wynikały z tempa każdego z uczestników. Stąd często w poniższej relacji będzie mowa tylko o części grupy, z którą w danym momencie przebywałem.


Szlak Annapurna Circuit ma długość 120 km i zaczyna się w miejscowości Besisahar, oddalonej około 300 km na północny-wschód od granicy. Zanim jednak dane mi było zmierzyć się z morderczymi podjazdami musiałem pokonać dystans ponad 200 km asfaltem, wznosząc się kilkukrotnie na wysokość 1100 m n.p.m. i opadając do 700 m n.p.m. Dystans ten został podzielony na dwa dni. Po dojechaniu do Pokhary, szóstego co do wielkości miasta Nepalu, skończył się asfalt i zaczęła się dżungla. Inna niż ta znana mi z książek i programów Wojciecha Cejrowskiego, bez gigantycznych węży i chaszczy oplatających każdą część ciała. Dżungla, przez którą przejeżdżałem była bogata w roślinność, pełna pól ryżowych, domostw z jedną piaszczystą i kamienistą drogą. Temperatura sięgała 35°C w cieniu, ale inna strefa klimatyczna i wilgotność powietrza pozwoliły zapomnieć o słupku rtęci i jedynie po ilości wypijanej wody widziałem, jak bardzo jest ciepło. Pierwszego dnia wypiłem ponad 10 litrów, pokonując dystans 120 km. Noc przed dojechaniem do Besisahar wraz z kilkoma osobami spędziłem w dżungli. Rozbiliśmy namiot obok miejscowości, której nie jestem w stanie odnaleźć dziś na mapie.


Po nocy spędzonej w namiocie budzę się przed godziną 6, obok dostrzegam dzieci z pobliskiej wioski. Dopiero po wyjściu z namiotu dzieci podchodzą, uśmiechają się trzymając szczoteczkę do zębów w ręku i ustawiają się do zdjęć. Przed godziną 7 jestem gotów do drogi i wspólnie ruszamy do miejsca, w którym zaczyna się cel naszej wyprawy, czyli himalajski szlak Annapurna Circuit.

Ci, którzy wybierają się na ten szlak muszą posiadać pozwolenia TIMS oraz ACEP, które kilkakrotnie sprawdzane są na szlaku. Podróżowanie bez nich można przypłacić grzywną, więc nie warto ich ignorować. Na każdym punkcie kontrolnym strażnik lub policjant wpisuje dane do księgi oraz stępluje pozwolenie.


Wjazd na szlak to początek mojej rowerowej wspinaczki. Besisahar położone jest na wysokości 820 m n.p.m. skąd wraz z grupą dojechałem do Chamche położonego na wysokości 1385 m n.p.m. Pierwszy dzień na szlaku obfitował w strome podjazdy, wymagające dobrego opanowania roweru pod kątem technicznym, dlatego zmęczenie pod koniec dnia było mocno odczuwalne. Na posiłek wybraliśmy uroczą knajpkę tuż przy wodospadzie. W Nepalu panuje zasada, że jeśli kupujesz jedzenie w miejscu, które oferuje miejsca do spania to nocleg wliczony jest w cenę. Noc spędziliśmy wsłuchując się w szum wodospadu. Spaliśmy w bungalowie, jak nazwaliśmy nasze miejsce noclegowe, któremu daleko było do europejskich standardów - bardziej przypominało szklarnię z betonową podłogą, na której swobodnie mogło zmieścić się 15 osób - jednakże na tym wyjeździe nikt nie oczekiwał luksusów, lepsza wydała nam się betonowa podłoga w szklarni niż rozkładanie namiotu.


Kolejny dzień zacząłem o 7 rano, na śniadanie zjadłem makaron z warzywami. Dodatkowo zamówiłem drugą porcję, którą zapakowałem do termosu z zamiarem zjedzenia w ciągu dnia. Tego dnia mieliśmy do przejechania dystans podobny do poprzedniego. Niecałe 40 km, lecz po jeszcze bardziej stromych wzniesieniach. Trasa obfitowała w coraz to bardziej oszałamiające widoki. Zobaczyłem ośnieżone szczyty sześciotysięczników, liczne wodospady i niebezpieczne drogi nad urwiskami, po których jeżdżą jeepy i przewożą turystów w wyższe partie gór. Droga jest wąska lecz z powodzeniem mijają się na niej samochody, a nawet autobusy. Przed każdym zakrętem kierowcy obowiązkowo trąbią, czym ostrzegają innych uczestników ruchu. Sposób ten sprawia, że nawet podczas jazdy rowerem nie miałem obawy przed staranowaniem przez jakikolwiek pojazd, zawsze zdążyłem zjechać do lewej krawędzi drogi. Tego dnia nocowaliśmy w Chame na wysokości 2700 m n.p.m., do którego dotarliśmy po zmroku. Nigdy nie sądziłem, że pokonanie tak krótkiego dystansu może zająć tyle czasu - w górach, to nie dystans jest wyznacznikiem trudności trasy. Po dojechaniu na miejsce, wzięciu gorącego prysznica, zjedzeniu makaronu z warzywami, wysuszeniu butów nad koksownikiem ułożyłem się w śpiworze i szybko odpłynąłem do krainy snów.


Życie podczas rowerowej wyprawy jest do pewnego stopnia powtarzalne, a nawet bardzo schematyczne. Ponownie wstałem przed 7, by zjeść zamówione dzień wcześniej śniadanie. Tym razem odrobina urozmaicenia w postaci owsianki z jabłkiem. Tego dnia wspinałem się na swoich dwóch kółkach do miejscowości Manang, położonej prawie 1000 m wyżej niż Chame. Trasa była na tyle zróżnicowana, że praktycznie każda osoba z grupy jechała własnym tempem, a ja przez około 10 km jechałem sam. Był to pierwszy dzień, kiedy odczułem skutki wysokości i niskiego ciśnienia. Nawet na płaskich odcinkach nie można było jechać swobodnie nie łapiąc zadyszki. Krajobraz wynagradzał jednak wszystko, odsłaniając już nie tylko sześcio-, ale także siedmiotysięczne szczyty. Liczne polany osłonięte wysokimi górami nie dawały złudzeń, że byłem w sercu Himalajów. Na jednej z polan natrafiłem na stragan z własnoręcznie wykonanymi naszyjnikami, pierścionkami oraz nietypowymi ozdobami w postaci wypchanej głowy jaka. Kolejnym miejscem, w którym spędzam noc jest hotelik w Bhradze, 10 km od Manangu, do którego bez bagaży pojechałem na kilkugodzinną aklimatyzację. W Manangu odbywał się pierwszy w tej miejscowości turniej łuczniczy, na którym licznie zgromadzili się mieszkańcy oraz turyści. Po obejrzeniu kilku celnych strzałów poszedłem zasmakować "yak-burgera", była to pierwsza porcja mięsa od wyjazdu z domu. Do hotelu wróciłem około godziny 20 na zamówioną wcześniej kolację i o 21:40 leżałem już w śpiworze, spisując do pamiętnika wrażenia z kolejnego dnia.


Następny dzień wyprawy to kolejna walka z samym sobą i rozrzedzonym powietrzem. Tego dnia moim celem była miejscowość Letdar na wysokości 4200 m n.p.m., do której wraz z grupą mieliśmy podjeżdżać bardzo pomału, by możliwie najbardziej przyzwyczaić się do rozrzedzonego powietrza. Wyprawa rowerowa to nie tylko liczba przejechanych kilometrów, to przede wszystkim możliwość obserwowania ludzi, spróbowanie lokalnej kuchni, obcowania z lokalną społecznością, czy to podczas posiłku czy na ławce pod chmurką. O godzinie 17:30 docieram do miejscowości Yak Kharka, położonej 150 m niżej niż planowany dzisiejszy postój. Wspólnie podjęliśmy decyzję, że nie jedziemy dalej i noc spędziliśmy w hotelu. Przez ostatnich kilka dni stopniowo zdążyłem zapomnieć o temperaturach, jakie przywitały mnie na początku wyprawy. Po kolacji poszedłem do pokoju, w którym miałem spać. Drogę przebiegła mi urocza mysz, a po chuchnięciu z ust wydobyła się para. Spojrzałem na kolegów schowanych w śpiwory, zabrałem swój i poszedłem położyć się na ławkę na dużą salę, w której chwilę wcześniej gaworzyli turyści, a my spożywaliśmy posiłek. Koza, która ogrzewała salę skutecznie utrzymała przyzwoitą temperaturę do rana, a ja po raz kolejny przekonałem się, że jestem w stanie zasnąć w każdych warunkach.


Dwunasty dzień wyprawy to podróż po wąskich single trackach, ścieżkach z obsypującymi się kamieniami i oczywiście stromymi podjazdami, bez których byłoby już nudno. Tego dnia spora część trasy była dla mnie nieprzejezdna i musiałem pchać rower. Powodem był bardzo wymagający teren, rozrzedzone powietrze, a czasem zwyczajnie brakowało mi przełożeń w rowerze. Pchanie obciążonego roweru pod górę, czy niekiedy noszenie go przez strumienie jest wymagające i gdybym wiedział, poćwiczyłbym przed wyjazdem na siłowni również barki. Do tego wszystkiego coraz większy brak tlenu wymuszał częstsze przerwy na złapanie oddechu i dotlenienie mięśni. Po drodze zatrzymaliśmy się w Thorang Phedi (4450 m n.p.m.).

Po obiedzie i chwili odpoczynku zasnąłem na stole. Po około półgodzinnej drzemce poczułem się zregenerowany i znowu mogłem złapać za kierownice i... pchać swój rower do bazy High Camp (4850 m n.p.m.), gdzie spędziłem ostatnią noc przed przekroczeniem przełęczy. Do bazy prowadziła kręta, wąska, kamienista ścieżka, a z nieba padał śnieg i grad. Po dotarciu do celu moim oczom ukazało się kilka szeregów domków oraz duża sala z ławami, w której można było odpocząć oraz zjeść ciepły posiłek. Z pewnością może tam przenocować kilka grup turystów. Oferowane domki posiadają dość surowy standard. Ściany z surowego kamienia, łóżka zbite z surowych desek, na nich materac i kołdra z soplami lodu. Na podłodze pianka (podobnej używałem jako podkład pod panele podłogowe w mieszkaniu), pod którą jest tylko ziemia. Tej nocy ponownie zrezygnowałem z łóżka i rozłożyłem swoją karimatę w jednej z sal, na której spało około dwudziestu szerpów wraz z grupą francuskich turystów. Zostałem ostrzeżony, że cała grupa wstaje o godzinie 3 w nocy i może być to dla mnie dyskomfort.


Obudziłem się dopiero około godziny 7, na sali nie było już nikogo. Sen mam tak twardy, że nie słyszałem, jak grupa opuszczała High Camp i ruszała na szlak. Po tradycyjnym ostatnimi dniami śniadaniu w postaci owsianki z jabłkami, spakowaniu się i wypiciu herbaty byłem gotów do zdobycia najwyższego punktu wyprawy, przełęczy Thorung La położonej na wysokości 5416 m n.p.m. Zanim to jednak nastąpiło ponownie musiałem zmierzyć się z wąskimi ścieżkami, które w przeciwieństwie do dnia poprzedniego pokryte były śniegiem, który w nieubitych miejscach sięgał kolan, tak więc jazda na rowerze znów nie wszędzie była możliwa. Dotarcie na przełęcz zajęło mi około 5 godzin, był to dystans zaledwie 10 km, lecz właśnie tak pokonuje się duże wysokości. Jeden z kolegów posiadał gps z barometrem, który na przełęczy wskazywał 530 hPa - połowa tego, czym oddycham w domu, nad morzem. Po raz pierwszy byłem tak wysoko. Gdy tylko wiatr ucichł, do moich uszu dotarła niebywała cisza, jeszcze nigdy nie słyszałem takiej ciszy. Widoki jeszcze bardziej zatykały dech w piersi. Po zrobieniu pamiątkowych zdjęć i po kolejnym rozejrzeniu się kręcąc się wokół własnej osi musiałem ruszyć w dalszą drogę. Druga strona pasma, przez które podążaliśmy była zdecydowanie bardziej surowa i uboga w roślinność. Noc spędziliśmy na wysokości 3800 m n.p.m. w miejscowości Muktinath w bardzo urokliwym hotelu. Po odpoczynku i zjedzeniu kolacji marzyłem tylko o tym, by pójść spać. Najwytrwalsi poszli jeszcze do lokalnego pubu o nazwie Bob Marley, na co mi, niestety, zabrakło już sił.


Przedostatni dzień pedałowania prowadził prawie cały czas z górki, miła odmiana móc znów pędzić na rowerze. Szlak zaprowadził mnie do miejscowości Tatopani (1200 m n.p.m.), gdzie czekała nagroda lecz musiałem na nią zasłużyć i zmierzyć się z 75 km górskiego zjazdu po kamieniach, cytując kolegę z grupy, "wielkości telewizorów". Do celu dotarłem po godzinie 19 i od razu ruszyłem do gorących źródeł, to była nagroda! Pozwoliło mi to zrelaksować się po trudach podróży. Zimne piwo w gorącym nepalskim, betonowym basenie smakowało wybornie.

Ostatniego dnia rowerowej przygody totalnej wszyscy zjechaliśmy do miejscowości Beni (900 m n.p.m.), skąd autokarem udaliśmy się do znanej mi już Pokhary. Nadal byliśmy w górach, zdecydowanie niższych niż przez ostatnie dni lecz wąskie, kręte drogi, na których nasz autokar wielokrotnie mijał się z innymi autokarami, ciężarówkami, jeepami wymagał stalowych nerwów od nas, świeżaków na tej trasie. W Pokharze po prysznicu, kupieniu pamiątek i kolacji ruszyliśmy do granicy nepalskiej, gdzie z powrotem spakowaliśmy rowery do kartonów i udaliśmy się w drogę powrotną. Wpierw do granicy, później na lotnisko w New Delhi.


Podczas wyjazdu prowadziłem pamiętnik, w którym zapisywałem wrażenia z każdego dnia wyprawy. Powyższa relacja jest zaledwie jego bardzo skróconą wersją, a wiele rzeczy - zapach Indii, cisza na Thorung La, zmęczenie i brak tlenu na stromych podjazdach są nie do opisania. Po powrocie do domu było mi ciężko się zaaklimatyzować, pierwsza myśl po wyjściu z lotniska w Warszawie była "dlaczego tu jest tak cicho? przecież jestem w mieście, jeżdżą samochody, ale żaden z nich nie trąbi, co tu się dzieje? czemu jest tu tak czysto?". Nie było mnie zaledwie trzy tygodnie, a miałem wrażenie, że zdecydowanie dłużej. Znajomi i rodzina pytała się mnie czy pojechałbym na taką wyprawę raz jeszcze. Zawsze odpowiadałem "będąc w najwyższym miejscu wyprawy, walcząc o każdy oddech, mówiłem sobie, że więcej tu nie przyjadę, dziś pojechałbym raz jeszcze". Była to pierwsza tak ekstremalna podróż na rowerze jaką odbyłem, ludzie nie jeżdżą rowerem po Himalajach, nie wożą sami swoich rzeczy, przecież są od tego szerpowie, a my? Każdy z nas miał rower z przytroczonymi sakwami, w których były ubrania, kuchenki, namiot i cała masa mniej bądź bardziej potrzebnych rzeczy. Mówią, że podróże kształcą, mnie nauczyły między innymi, że posiadanie za dużej ilości rzeczy nie zawsze jest dobre, gdy jeszcze raz pojadę w taki teren wezmę inny napęd niż przygotowałem sobie na ten wyjazd, że uśmiech jest w stanie pokonać barierę językową i można zamówić w ten sposób jedzenie, że niemożliwe stało się możliwym! Powyższym wyjazdem udowodniłem samemu sobie, że jestem w stanie w nieco ponad pół roku przygotować się na dużą wyprawę rowerową i nawet płaskie Żuławy oraz pagórkowate Kaszuby mogą służyć jako miejsce treningowe.


Warto spełniać swoje marzenia, nawet te, które na początku wydają się mało realne. Powyższa wyprawa wymagała ode mnie nieco zmiany stylu życia, zmiany diety, regularnych treningów w terenie i kondycyjnych na sali spinningowej. Gdy mi się nie chciało wizualizowałem sobie swój cel. Teraz wiem, że było warto i mogę powiedzieć - pedałowałem po dachu świata :)

więcej zdjęć

wtorek, 30 grudnia 2014

Działo się! Rok 2014 oczami SundayBikers

Jaki był rok 2014 dla nas, amatorów niedzielnych przejażdżek? Osobiście mam poczucie, że w tym roku dużo planowaliśmy. Zdecydowana większość planów ujrzało światło dzienne, co jest wielce satysfakcjonujące i budujące na przyszłość.

Już pod koniec zeszłego roku założyliśmy sobie duży, wspólny wyjazd. Była to nasza pierwsza wspólna tak duża wyprawa więc staraliśmy się do niej przygotować, jak tylko mogliśmy najlepiej. Dziś wiemy jakie są nasze mocne i słabe strony; wiemy, nad czym musimy popracować - wnioski zostały wyciągnięte. Poza ogólnym rozpoznaniem zaplanowanej Norwegii pracowaliśmy konsekwentnie nad kondycją. Dzięki temu zaliczyliśmy kilka weekendowych wyjazdów w ukochane Bory Tucholskie, pokręciliśmy się po Szwajcarii Kaszubskiej i Żuławach oraz sporo potu wylaliśmy na sali spinningowej, gdzie pracowaliśmy nad wydolnością. Nie wszystko oczywiście pod hasłem przygotowań, lecz również dla zwykłego, amatorskiego pojeżdżenia.

To czego nie planowaliśmy w związku z wyprawą to zainteresowanie jakie wzbudził nasz wyjazd. Dzięki niemu mieliśmy przyjemność spotkać się z Wami osobiście. Pokazać więcej zdjęć niż prezentujemy na blogu. Opowiedzieć o miejscach, które do tej pory odwiedziliśmy i mogliśmy podzielić się z Wami naszym nikłym, ale zawsze, doświadczeniem.

Spotkaliśmy się w Południku 18, na Uniwersytecie Gdańskim, gdzie na zaproszenie Można?Można! mieliśmy inspirować i pokazać, że można spełniać marzenia. Mamy nadzieję, że nam się udało. Poprzez przekrojowe pokazanie naszych dotychczasowych wyjazdów pokazaliśmy, że przy odrobinie własnej pracy i przy planowaniu można spełnić własne marzenia. Pierwszy krok to powiedzenie sobie samemu chcę. Następne kroki to konsekwencja i determinacja w dążeniu do celu. Pod koniec grudnia gościliśmy na spotkaniu Kościerska Wanoga 2014 organizowanym przez Kościerski Ośrodek Sportu i Rekreacji, gdzie zostaliśmy zaproszeni, by w 30 minut opowiedzieć o Skandynawii. Z początku wydawało się, że to niewiele czasu, gdyż do zaprezentowania mieliśmy Danię, Norwegię i Szwecję, lecz wspólnie uważamy, że było to nasze najlepsze dotychczasowe wystąpienie. Szybko, na temat i mamy nadzieję, że z dużą porcją niedosytu przedstawiliśmy nasze trzy wyjazdy.

Spotkanie twarzą w twarz to bardzo miłe doświadczenie. Dla nas ogromna trema, ale na prawdę warto! Lekka trema towarzyszyła nam również w Radio Gdańsk, gdzie współtworzyliśmy poranną audycję.

A co dalej? Oczywiście nie przenosimy się pod rzutnik na stałe, z resztą co tu można wiele jeszcze mówić w temacie ;) Planujemy kolejną wyprawę. W 2015 lecimy na Islandię. Na dzień dzisiejszy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że pojedziemy w komplecie, z czego ogromnie się cieszę! Marcin zapowiedział, że porwie nas na drugi podbój Szwecji w jeden dzień. Mamy w planie również kila mniejszych wyjazdów, ale by nie zapeszać pozwólcie, że będziemy pisać o nich na bieżąco.

Nie pozostaje nam zatem nic więcej, jak tylko wskoczyć na rower!