Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weekend. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weekend. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 maja 2017

Jezioro Wdzydzkie - pierwszy wiosenny trip


W miniony weekend wraz z Marcinem wybraliśmy się w teren. Jako, że obaj przez zimę tylko patrzyliśmy na rowery nie stawialiśmy przed sobą żadnego celu ilościowego. Postanowiliśmy ot tak zwyczajnie czerpać radość z jazdy :) Co by nie jechać zupełnie w ciemno zaplanowaliśmy jedynie zarys trasy czyli przejechanie wokół jeziora Wdzydzkiego.



Wyruszyliśmy po godzinie 10:00. Tempem rekreacyjnym by na spokojnie cieszyć się jednym z pierwszych ciepłych weekendów tej wiosny. Po ostatnich niespodziewanych opadach śniegu słońce i temperatury w okolicach 15 °C było bym czego nam bardzo brakowało!

Całość trasy jechało nam się bardzo dobrze. Na całej trasie są liczne nowe, drewniane wiaty gdzie można zrobić sobie postój. Na 40stym kilometrze nasze odzwyczajone od rowerowego siodełka tyłki dały o sobie znać lecz mimo to postanowiliśmy zajechać jeszcze nad ulubione jezioro Strupino. Był to ostatni postój na trasie. Zalegliśmy na małej plaży w cieniu pod drzewem z widokiem na jezioro i pomost, który blisko 10 lat temu współbudowaliśmy. Spiliśmy po radlerku i ruszyliśmy do bazy.

Trasa o długości niespełna 60 km po przepięknych kaszubskich terenach to idealna propozycja na jednodniową wycieczkę rowerową. Nawierzchnia to mix lasu, asfaltu oraz szutrów dlatego warto wybrać się na nią na rowerze górskim lub trekkingowym.


wtorek, 17 maja 2016

Kaszubska Włóczęga 2016 - relacja


Rowerowy rajd na orientację? Czemu nie, do tej pory nasze rowerowanie skupiało się głównie wokół własnych tras wyznaczonych wcześniej w domu lub eksploracji nowych leśnych ścieżek. Jakiś czas temu w Marcina głowie zrodził się pomysł startu w rajdzie na orientację Kaszubska Włóczęga

Sama formuła rajdu jest nam dobrze znana. Każdy z nas ma na swoim koncie liczne starty w pieszych rajdach z mapą lecz nigdy do tej pory nie łączyliśmy mapy i roweru.

Wybraliśmy start na trasie o długości 50 km. Dystans liczony przez budowniczych tras po najkrótszych drogach więc od umiejętności nawigacyjnych zależy ostateczna długość trasy. Zanim postawiliśmy koła na linii startu musieliśmy na niego dotrzeć co tym razem sprawiło nam wiele uśmiechu na twarzy :)

Rozważaliśmy trzy opcje transportu:

  • pociągiem - tu było ryzyko, że więcej osób wybierze tą drogę i podczas przesiadki w Tczewie konduktor nie wpuści wszystkich do drugiego pociągu,
  • pociągiem & rowerem - na wypadek jakbyśmy jednak w Tczewie nie dostali się do pociągu czekałoby nas 50 km jazdy rowerem,
  • samochodem.
Wybraliśmy opcję trzecią, również z racji wyjazdu z Gdańska dopiero o godzinie 19:30.

Trzy osoby, trzy rowery, jeden osobowy samochód. Nie do końca zgodnie z przepisami, bo z lekko zasłoniętą tablicą rejestracyjną ruszyliśmy ku przygodzie :D


Nasza przygoda zaczęła się już na trasie. 30 km od domu w drodze do Ocypla, gdzie odbywała się tegoroczna włóczęga czekał nas przymusowy postój.W naszym pędzidle podczas wyprzedzania odpadła środkowa część tłumika :/

Szczęście w nieszczęściu, podczas próby podwiązania tłumiku przy pomocy druty zatrzymał się obok nas Piotr, wtedy był jeszcze obcą dla nas osobą, której imienia nie znaliśmy. Przez chwile przypatrywał się co wyprawiamy po czym zapytał gdzie jedziemy, co się stało i zaproponował nam swoją pomoc.
Tego się nie spodziewaliśmy! Trafiliśmy na mechanika, którego warsztat był 50 metrów od drogi, miał podnośnik, spawarkę i umiejętności! Mega fart dla nas! Miło, że są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie! Podczas naprawy okazało się, że Piotr także jest rowerzystą i gdyby wcześniej wiedział o rajdzie na który jechaliśmy również stawiłby się na linii startu.


Pospawani i już bez sportowego dźwięku ruszyliśmy w dalszą podróż :)

Po dotarciu do do bazy rajdu odebraliśmy klucz od domku, zjedliśmy szybką kolację i po długiej rozmowie o życiu i śmierci poszliśmy spać. Oczywiście nie obyło się bez toastu za 400setną fankę, o którym pisaliśmy w dniu wyjazdu :)


Sobotni poranek zaczęliśmy pobudką o godzinie 8:30. Nie chciało nam się wstawać, ale emocje ze zbliżającego się rajdu szybko postawiły nas na nogi. Odprawa, komunikaty startowe, szkolenie z mapy i start!

O 10:30 odebraliśmy mapy oraz kartę startową. Garmin wylądował w plecaku i służył tylko do zapisu tracka, który po powrocie pięknie zaprezentował się na mapie, ale o tym później.


Trasa wymagała odnalezienia i potwierdzenia 14 punktów, które zlokalizowane były na pomostach, rowach, mostach, wieży ciśnień i innych malowniczych, charakterystycznych i ciekawych miejscach kociewskiej okolicy. Lecz po kolei.

Kilka pierwszych minut po otrzymaniu mapy poświęciliśmy na zapoznanie się z nią i ustalenie kolejności zdobywania punktów.

Na samym początku trasy nie byliśmy do końca pewni siebie. Co prawda wiele lat spędzonych w harcerstwie i na różnych rajdach sprawiły, że wiedzieliśmy co to mapa i jak wszystko działa. Niemniej ostatnimi czasy, papierową mapę zastępują nam różnego rodzaju urządzenia, które niestety "myślą" za nas.

Przez to, chcąc trochę przekombinować, już na pierwszym kilometrze napotkaliśmy na leśnym skrócie płot i trzeba było kawałek zawrócić. Na pocieszenie i małe usprawiedliwienie wraz z nami od płotu wracało kilka innych ekip.

Po początkowej przygodzie, z każdym metrem szło już coraz lepiej. Pierwsze dwa punkty odnaleźliśmy dość szybko. Były one łatwe do znalezienia. Pierwszy na ścieżce kładce, drugi na pozostałościach pomostu nad jeziorem. Pomost w bardzo kiepskim stanie, jedynie Radek zdecydował się na niego wejść.

Kolejne doświadczenie zdobyliśmy przy trzecim odwiedzonym punkcie. Po pierwsze znów chcieliśmy przekombinować, wybierając mało przejezdny skrót, zamiast wybrać niewiele dłuższą, ale równą i szeroką drogę. Na samym punkcie po raz pierwszy natknęliśmy się na "stowarzysza". Pierwotnie potwierdzony punkt okazał się nie być punktem mylnym. Na spokojnie przeanalizowaliśmy mapę, ukształtowanie terenu i opis punktu, co doprowadziło do odnalezienia właściwego.

Trasa do kolejnego punktu była szybka i przyjemna. Nadgoniliśmy stracony czas na szukanie tamy bobrów z punktu poprzedniego. Sam punkt zlokalizowany był na podmokłej łące, gdzie znów chwila na zastanowienie, który punkt jest tym właściwym. Na szczęście tym razem dajemy sobie czas na zastanowienie i nie potwierdzanie "byle jakiego punktu na karcie kontrolnej".


Następne dwa punkty chyba nikomu nie sprawiły problemu. Pierwszy dokładnie przy trasie, na małym przepuście, kolejny "zadaniowy" przy kościele w Kasparusie.

Kolejny fragment trasy ponownie pozwolił nadrobić trochę czasu dzięki prostej, asfaltowej drodze. Ze znalezieniem punktu znów nie było problemów. Przy skręcie na ścieżkę do punktu napotkaliśmy kilka innych ekip. Punkt położony bardzo malowniczo, na końcu małego jeziorka, w ruinach starego młyna.

Jedyny minus to konieczność przedzierania się przez dość wysokie pokrzywy, co w krótkich spodenkach nie należy do rzeczy najprzyjemniejszych.

W tym momencie trasa zrobiła się trudniejsza, szeroka do tej pory droga, zaczęła być coraz bardziej wąska i piaszczysta, a skręty w kolejne drogi nie aż tak oczywiste jak do tej pory. Jednak i z tym udało się nam poradzić. Przy kolejnym punkcie znów spotykamy sporą grupę rowerzystów. Sam punkt, zlokalizowany był na starorzeczu, do którego prowadziły dwie drogi. Pierwsza przez rzekę po spróchniałej kłodzie, druga przez dość bagnistą łąkę. Ostatecznie Radek zadecydował o wyborze drugiej opcji i przez kilkanaście minut przedzierał się, wraz z kilkoma innymi osobami, przez moczary. Skutek, jeden upadek i mokre buty, ale udało się i na karcie kontrolnej mieliśmy potwierdzony kolejny punkt!


Przed ruszeniem w dalszą drogę, ustaliliśmy, iż w tym momencie rezygnujemy z jazdy do punktu numer 10, gdyż istniało prawdopodobieństwo nie wyrobienia się w regulaminowym czasie.

Droga do kolejnego punktu to druga (i ostatnia) nasza pomyłka nawigacyjna na trasie. Przez pośpiech i nieuwagę, ominęliśmy jeden ze skrętów i zafundowaliśmy sobie drogę bardziej zapiaszczonymi ścieżkami.

Po zdobyciu kolejnego punktu, zlokalizowanego przy pomniku przyrody, wyjechaliśmy do miejscowości Wda. Tam dokupiliśmy wodę i patrząc na zegarek, zrezygnowaliśmy z kolejnego punktu oznaczonego numerem 6.

Po kilkunastu minutach, na 30 minut przed końcem regulaminowego czasu, docieramy do punktu na wiadukcie nieczynnej trasy kolejowej. Tam inna ekipa namówiła nas do zboczenia z zaplanowanej trasy i zdobycie jeszcze punktu numer 8 na starym moście kolejowym około 1 km dalej. Pierwotnie z braku czasu również tam nie planowaliśmy jechać, jednak ostatecznie opłaciło się.

Na ostatni punkt i powrót do bazy zostało około 20 minut. Na szczęście nie musieliśmy szukać leśnych dróg, gdyż wzdłuż linii kolejowej biegła ścieżka, na której mogliśmy dość mocno się rozpędzić.



Ostatni punkt zdobyliśmy na kilkanaście minut przed końcem czasu przy wieży ciśnień nieopodal nieczynnej stacji kolejowej w Ocyplu. Z tego punktu kręcimy ile sił w nogach przez wieś do bazy.

Ostatecznie, zmęczeni ale bardzo szczęśliwi, na mecie zjawiliśmy się około 7 minut przed końcem regulaminowego czasu.


Krótkie podsumowanie:

Mapa wraz z naniesionym trackiem poniżej.
  • przejechaliśmy 37 km,
  • potwierdziliśmy 12 z 14 punktów kontrolnych,
  • dwa razy lekko zboczyliśmy z trasy,
  • na mecie stawiliśmy się 7 minut przed końcem wyznaczonego czasu,
  • zdobyliśmy 137 punktów,
  • zajęliśmy 9 miejsce na 21 ekip na TR50.

Nam się podobało i już czekamy na #KW2017 !

Organizacyjnie bomba, bez spiny, wszystko czytelnie, na czas, trasa dobrze wyznaczona, punkty na mapie oznaczone czytelnie, punkty stowarzyszone rozstawione rozsądnie (chociaż przy punkcie 5 mieliśmy małą zagadkę, który wybrać-wybraliśmy ten bliżej mostu).

Inne ekipy spotkane na trasie uśmiechnięte, wesołe i pogodne. Widać, że również przyjechały przede wszystkim miło spędzić czas, pobawić się z mapą w terenie i nieco popedałować.

Dziękujemy za organizację, świetną zabawę i pogodę, które dopisała wyśmienicie :)


czwartek, 12 maja 2016

Planujemy się powłóczyć czyli Kaszubska Włóczęga tuż tuż !


W najbliższy weekend jedziemy na Kaszubską Włóczęgę. Każdy z nas ma na swoim koncie co najmniej kilkanaście startów w pieszych rajdach na orientację, dziennych, nocnych, dłuższych i krótszych. Nikt z nas jednak nie brał jeszcze udziału w wersji rowerowej. Rajd organizowany jest po raz jedenasty, lecz dla nas będzie to debiut. Zgłosiliśmy się na trasę rowerową o dystansie 50 km.

Pomysłodawcą i głównym spoiwem naszego uczestnictwa jest Marcin. To on od ponad miesiąca monitoruje całe wydarzenie. Dokonał zgłoszenia, dopilnował opłaty startowej oraz zarezerwował domek. Jedziemy dzień wcześniej by się zaklimatyzować i pospać nieco dłużej w dniu startu.

Pierwotny plan zakładał, że na linii startu stawiamy się w komplecie jako dwie drużyny. Niestety, wczoraj okazało się, że Tomek musi być w pracy. Jedziemy zatem we trzech, Marcin, Kuba i Radek, jako jeden patrol.

Zasady rajdu są proste:

  • stawiamy się na start z rowerami,
  • dostajemy mapę w skali 1:25 000 z zaznaczonymi punktami kontrolnymi,
  • możemy używać busoli/kompasu,
  • nie korzystamy z GPSa (poza rejestracją trasy, Garmin ląduje zatem w plecaku by nie wzbudzać niepotrzebnych scysji),
  • od momentu startu mamy 4 godziny 20 min na powrót do bazy, po tym czasie naliczane są punkty karne,
  • naszym zadaniem jest wyznaczenie optymalnej trasy i bezbłędne znalezienie punktów kontrolnych, następnie wracamy do bazy.
Brzmi banalnie prawda? :) Z doświadczenia jednak wiem, że najtrudniejsze w tego typu imprezach jest posługiwanie się mapą, orientacja w terenie oraz ustalenie priorytetów. Naszym celem jest odnalezienie wszystkich punktów lecz mapy nie zawsze są aktualne, nasz zmysł orientacji w terenie (mimo, że potrojony) może nas zawieść, dlatego też będziemy pilnować się wzajemnie. Ważne jest dostosowanie ewentualnych korekt trasy (a na rowerze można łatwo przegapić małe, leśne ścieżki) do czasu jaki pozostał do końca zabawy.

Nie można też walczyć za wszelką cenę, należy słuchać organizmu, dbać o odpowiednie nawodnienie i mieć zawsze w zapasie cukier, który podtrzyma zmęczony organizm.

Traktujemy to jako dobrą zabawę i przejażdżkę po lesie. Na pewno nie będziemy walczyć o złote kalesony i mam nadzieję, że nie spotkamy takich uczestników (co niestety zdarza się na takich imprezach). Mamy jeden cel: dobrze się bawić stosują się do regulaminu imprezy. :)

Co zabrać z sobą na taki rajd? Teraz mogę teoretyzować, mniej bądź bardziej trafnie, dlatego też wstrzymam myśl i napiszę po powrocie co znalazło się w naszych plecakach. O tym co było niezbędne, co mogłoby się przydać, a co było całkowicie zbędne.


piątek, 10 lipca 2015

Rodzinny weekend na Bornholmie


Całkiem niedawno (tj. w 2013 roku) dwóch przedstawicieli SundayBikers, właśnie na tej malowniczej wyspie, przeżyło swoją pierwszą rowerową wyprawę. Z ich relacji wynikało, że bardzo prawdopodobną opcją jest ponowne odwiedzenie tego miejsca. Wystarczyło poczekać 2 lata i padł pomysł: "A może byśmy tak pojechali na Bornholm?" Co ciekawe zaproponowała to moja przyszła teściowa!! Długo nie trzeba było namawiać reszty rodziny. Na długi, czerwcowy weekend pojechaliśmy sześcioosobowym, rodzinnym składem: rodzice, dwie córki wraz ze swoimi narzeczonymi.


Rowery do samochodów i czas ruszać w trasę. Nad ranem mieliśmy prom z Kołobrzegu do Nexø, skąd musieliśmy dojechać do naszej bazy noclegowej w Dueodde. Po dotarciu na miejsce, trasa troszeczkę się skomplikowała, gdy okazało się, że domek nr 51 nie istnieje!! Poszukiwania domku umożliwiły nam zwiedzenie okolicy, na szczęście jeden z mieszkańców rozpoznał domek na zdjęciu, które ze sobą mieliśmy i wskazał nr 6! No tak! Prosta matematyka 5+1=6 !! Z powodu wydłużenia się czasu poszukiwań naszego noclegu na tym zakończyliśmy jazdę pierwszego dnia.


 


Drugi dzień na wyspie spędziliśmy na zwiedzaniu miejscowości Aakirkeby, skąd udaliśmy się pod pomnik leśniczego Hansa Romera, następnie na wieżę widokową Rytterknaeten (162 m.n.p.m.) oraz do kompleksu leśnego Almindingen...





...gdzie znajdują się nasze polskie żubry (sześć jałówek z Białowieży i byk z Pszczyny), które zostały tam przetransportowane w 2012 roku.


Trzeci dzień miał być "naj"! NAJdłuższy, NAJcięższy, NAJciekawszy... no i pewnie jeszcze parę "naj" by się znalazło. Zaplanowaliśmy wyjazd autobusem z Dueodde do Hammershus. Czyli do ruin zamku z XIII wieku, który podobno jest największym tego typu obiektem w północnej Europie.


Następnie trasa prowadziła wzdłuż wschodniego wybrzeża Bornholmu. Mieliśmy okazje zwiedzić miejsca sakralne, obejrzeć starodawne wiatraki oraz liczne wędzarnie ryb, gdzie trzeba było oblizywać się od ucha do ucha.




Ostatni dzień naszej wyspiarskiej przygody to powrót do Nexø, Ale trasa byłaby zbyt krótka oraz nudna, gdybyśmy jej nie urozmaicili... postanowiliśmy udać się do Paradisbakkerne. Miejsce to nazywane jest  Rajskimi Pagórkami. Nasze "rumaki" zostawiliśmy przed wejściem na szlak pieszy i daliśmy chwilę odpocząć naszym pośladkom! Dalej już tylko z górki i na prom.





Podsumowując:
- w 4 dni przejechane ponad 160 km, czyli w sam raz na rodzinny "spacer", gdzie nikt się nie spieszy, a jedynym wymogiem było wrócić wieczorem do łóżka;
- potwierdzamy, że Bornholm to raj dla rowerzystów - ścieżki rowerowe, oznakowanie oraz kultura kierowców zaskakują (oczywiście pozytywnie);
- trzy rowery górskie, dwie holenderki i jeden rower trekkingowy - żaden nie zawiódł na wyjeździe,  ale wszystkie pokazały swoje mocne i słabe strony;
- z rodziną też można pokręcić i to nieźle!! "Niedzielne rowerowanie" jest dla każdego - nieważne mały czy duży, młody czy trochę starszy.

Pozdrawiam 
Kędzior

wtorek, 16 czerwca 2015

Misja Specjalna w Borach Tucholskich, czyli jak urozmaicić jeżdżenie na rowerze

Po ostatnich walkach o odzyskanie podziemnych magazynów rakiet ziemia-ziemia, oddziały państwa Libistan wycofały się na, neutralne do tej pory, tereny położone na południe od wsi Wygonin. Tym samym odcięta została większość dróg zaopatrzeniowych, umożliwiających dostawy amunicji z Linii Kolejowej do Centralnej Bazy wojsk Radestanu w Wygoninie. Dowództwo sił Radestanu postanowiło wysłać oddział specjalny, który miał przebić się przez teren wroga. 

Pierwotny plan zakładał desant 5 skoczków z pięciu różnych stacji kolejowych. Mieli jedno zadanie – odnaleźć jak najszybszą drogę przez tereny Libistanu, a następnie wraz z pozostałymi, ocalałymi członkami oddziału dostarczyć zaopatrzenie do Bazy w Wygoninie.


Niestety do gry włączył się wywiad Libistanu. Wrodzy agenci w ostatniej chwili zmienili trasę jednego z pociągów oraz zaminowali trasę kolejową od Zblewa. Dowództwo Radestanu natychmiast zareagowało, zmieniając rozkazy. Oddział Specjalny został podzielony na dwa pododdziały. Pierwszy w składzie Kuba, Krowa, Małysz otrzymał zadanie desantu ze stacji Pinczyn, i przeprowadzić zwiad terenu w kierunku miejscowości Kobyle. Zwiad się udał, jednak przed wsią Kobyle pododdział wpadł w zasadzkę. Dowództwo nakazało przerwanie misji i oczekiwanie na posiłki. Drugi pododdział w składzie Kędzior i Radek niezwłocznie wyruszył z Tczewa w celu wsparcia otoczonych kolegów. Posiłki dotarły około godziny 23:30. Połączone siły pokonały wroga, i oddział w pełnym składzie wyruszył do Bazy w Wygoninie.


Po początkowych problemach, ostatecznie misja zakończyła się pełnym sukcesem. Zapasy amunicji i żywności zostały dostarczone bez strat własnych. 

Był to krótki scenariusz zaczerpnięty wprost z ASG, które uwielbia kolega Krowa, który wybrał się z nami w Bory Tucholskie. Oczywiście nie było żadnych obcych wojsk, nie było rakiet, amunicji, ani wojny. Jednak scenariusz jaki realizowaliśmy podczas piątkowego wieczoru dostarczył nam sporo frajdy i jest świetnym sposobem na urozmaicenie tzw. wyjścia na rower. Krowa zaproponował by urozmaicić trochę piątkowy przejazd z Gdańska na miejsce noclegu w HBO Wygonin. Mocno wkręcony w militarne gry ASG, wymyślił zabawę, w której każdy z nas wysiądzie w innym miejscu i na zasadzie „kto pierwszy ten lepszy” dojedzie do wyznaczonego punktu, nawigując w nocy za pomocą GPS. Małysz dopisał do tego mały scenariusz wprowadzający wszystkich w lekko militarny klimat, – czego dowodem jest treść z początku relacji. Ostatecznie w wyniku problemów z pociągami, a w zasadzie niewyrobieniem się części z nas na pociąg, pomysł przełożyliśmy na inny termin. Scenariusz musieliśmy zmodyfikować i dopasować do zaistniałej sytuacji.Jechaliśmy dwoma trasami więc musieliśmy spotkać się po drodze. Piątkowy przejazd dla części z nas wyniósł około 25 km, (Pinczyn – Kobyle – Wygonin), dla pozostałych około 55 km (Tczew – Kobyle – Wygonin). Do Wygonina dotarliśmy ostatecznie około 01:30.



Sobotnia trasa, przygotowana przez Małysza, była właściwą częścią treningu. Motywy przewodnie planowanej trasy to „Wda i Kanał Wdy”, oraz „Nieczynna linia kolejowa Kościerzyna – Czersk” 


Ruszyliśmy około 11: 00 z HBO Wygonin. Pierwsza część trasy biegła przez wsie Bartel Wielki, Leśna Huta, Czarna Woda, Wieck, Wojtal, Uroża. Zgodnie z motywem przewodnim kilkukrotnie przekraczaliśmy rzekę Wdę lub biegnący prawie równolegle Kanał Wdy. Trasa w większości leśnymi szutrowymi drogami, miejscami brukowana a na terenach wsi miedzy Wieckiem a Wojtalem asfaltowa. Po drodze mijaliśmy kilka, stosunkowo nowych, leśnych parkingów, na których zatrzymywaliśmy się na małe przerwy i podziwianie otaczającej nas przyrody. Pierwsza dłuższą przerwę zrobiliśmy pod sklepem w Wojtalu.

Po spożyciu napoi energetycznych i krótkiej regeneracji ruszyliśmy w dalszą drogę. Leśną szutrową drogą jechaliśmy dalej wzdłuż Wdy przez miejscowości Uroża, Miedzno i Cisewie. Kolejnym przystankiem na trasie była stacja kolejowa Bąk. Stacja obecnie jest nieczynna, a linia kolejowa obsługuje jedynie pociągi towarowe.

W Bąku postanowiliśmy skrócić nieco wcześniej zaplanowaną trasę, aby na następnym postoju mieć więcej czasu na zjedzenie rybki i pierogów w znanym nam barze „Drewutnia” w Olpuchu. Radek z Krową znaleźli fajny skrót, dzięki czemu po około 40 minutach siedzieliśmy już przy stole zajadając się ciepłym obiadem.


Po obiedzie podzieliliśmy się na dwie ekipy. Krowa, Kuba i Kędzior musieli szybciej wracać do Gdańska, więc z Olpucha pojechali przez Gołuń, Szenajdę, Juszki i Rotembark na pociąg do Kościerzyny, skąd regionalnym pociągiem dojechali do Rębiechowa.

Radek z Małyszem pojechali fragmentem trasy, która była przewidziana na rowerową trasę Rajdu Rodło w 2014 roku, (która niestety ostatecznie się nie odbyła). Trasa po części lasami, po części szosami przez Bestrą Sukę, Stary Bukowiec, Nowe Polaszki do Starych Polaszek. W Starych Polaszkach Radek pojechał lasami i polami do Gdańska a Małysz wrócił do Wygonina, skąd do Gdańska wracał w niedzielę (pociągiem z Kalisk).


Wliczając trasy od domu do domu przez cały weekend każdy z nas zrobił sporo ponad 150 kilometrów. Zwiedziliśmy kolejny kawałek Borów Tucholskich a przede wszystkim bardzo miło spędziliśmy czas.

Teraz nadszedł czas na dłuższą wyprawę, ale we wrześniu na pewno wrócimy w nasze ulubione okolice.

Poniżej naniesione na jedną mapę ślady tras jakie pokonaliśmy w opisywany weekend.


piątek, 28 listopada 2014

Listopadowa noc pod namiotem - czyli weekendowy wypad do lasu

Zwykle najlepsze pomysły rodzą się w toalecie albo pod prysznicem…. W naszym przypadku są to rozmowy na komunikatorach, najczęściej podczas pracy … (mam nadzieję, że szefowa nie czyta). Tak też było i tym razem.

Był początek listopada. Radek pisał, że wybrałby się na rower, ja odpisałem, że chętnie, ale może w ramach hartowania się przez zimnymi nocami na Islandii, spróbujemy pojechać chociaż na jedną noc pod namiot. Okazja była, gdyż w połowie listopada planowaliśmy pojechać do Wygonina, przygotować bazę do remontu komina. Od słowa do słowa doszliśmy do wniosku, ze pomysł jest realny i nie aż taki głupi, jak wydawał się na początku. Wybraliśmy datę – 21 listopada – i rozpoczęliśmy przygotowania.

Im bliżej było do wyjazdu, tym więcej znaków na niebie i ziemi dawało do zrozumienia, że wyjazd nie jest najlepszym pomysłem. Temperatury oscylowały w okolicy 0 stopni, mieliśmy problemy ze znalezieniem części sprzętu, problemy z dopasowaniem pociągów, a na koniec na 2 dni przed wyjazdem dopadła mnie ostra niestrawność…

Ostatecznie udało się. W piątek około 17:00 ruszyliśmy w drogę z Gdańska do Żukowa na pociąg.
Trasa przez Kokoszki, Czaple, Pępowo. Część trasy po ścieżkach rowerowych, pozostała bocznymi, asfaltowymi drogami.
Do pierwszego zaplanowanego pociągu zabrakło nam około 10 minut. Następny odjeżdżał za kolejne 45, więc wolny czas spędziliśmy w pobliskiej pizzerii.

W pociągu do Kościerzyny spotkała nas miła niespodzianka. Bardzo miły Pan Konduktor popatrzył na nas, na rowery, na namiot i po krótkiej rozmowie zaproponował nam zniżkę, której normalnie nie doczytali byśmy w ofercie PKP – z tego miejsca pozdrawiamy Pana Konduktora i bardzo dziękujemy.


 Żeby ominąć problem z poszukiwaniem miejsca na nocleg, wybraliśmy doskonale znaną nam plażę blisko wsi Szenajda, nad jeziorem Strupino, gdzie dawniej spędziliśmy spory kawałek życia na harcerskich obozach.


Trasa z Kościerzyny do Szenajdy wiodła w połowie asfaltowymi, w połowie leśnymi drogami przez Rotembark, Debrzyno i Juszki. Tak się złożyło, że trafiliśmy na chyba najbardziej ciemną i mglistą noc tej jesieni. Mieliśmy dzięki temu możliwość wypróbowania wszystkich naszych świateł i odblasków, bez których jazda byłaby nie tylko niebezpieczna, ale i niemożliwa.

Na miejsce dotarliśmy bez przeszkód. Mimo sporej wilgoci i kompletnej ciemności, udało nam się zebrać odpowiednią ilość opału i rozpalić ognisko. Po wstępnym ogrzaniu przyszedł czas na kolację. Część posiłku udało się zjeść na ciepło dzięki termosowi  na jedzenie, który miał z sobą Radek. Wreszcie była okazja sprawdzić termos  w bardzo niesprzyjających warunkach. Gorący żurek był wystarczająco ciepły by po 4,5 godzinach, od zapakowania do termosu, można było zjeść go ze smakiem. Dziś możemy powiedzieć, że na krótkich dystansach termos się sprawdza, i że polecamy.

Po kolacji zapadła decyzja, iż mimo 3,5 stopni Celsjusza, zostajemy na noc w lesie. Rozstawiliśmy namiot, rozpakowaliśmy graty i wróciliśmy do ogniska. Noc przy ogniu minęła na wspominkach i rozmowach o życiu i śmierci… Ognisko dawało niesamowite poczucie ciepła, stąd każda propozycje, że może pójdziemy już spać, kończyła się dorzuceniem kolejnej porcji drewna… Ostatecznie około 1 w nocy przekonaliśmy się nawzajem że czaj już się położyć.
Mimo sporych obaw o temperaturę, noc w namiocie okazała się na tyle znośna, że wstaliśmy wyspani dopiero około 9 rano.


Szybkie śniadanie, zwijanie sprzętu, post na facebooku i ruszyliśmy w drogę do Wygonina.

Trasa około 17 km. podobna do wczorajszej. Połowa leśnymi, połowa bocznymi asfaltowymi drogami.
W HBO Wygonin dołączyły do nas nasze dziewczyny i para znajomych. Reszta soboty i połowa niedzieli minęły na pracy na terenie Bazy, grach planszowych i ogólnym odpoczynku od trudów życia codziennego.


W niedzielę po południu ruszyliśmy w drogę powrotną. Wstępny plan zakładał przejazd z Wygonina aż do Gdańska. Jednak późna godzina wyjazdu, mój ból stopy i ogólne zbyt duże wyluzowanie w sobotni wieczór wymusiły weryfikację planów. Kolejnym pomysłem był dojazd do Zblewa na pociąg. Do wyboru mieliśmy 2 pociągi. Na pierwszy była szansa zdążyć na styk, na drugi musieli byśmy czekać kolejne 2 godziny na zimnym dworcu.


W połowie trasy do Zblewa wyszło, że mamy lekki niedoczas, i na pierwszy pociąg możemy nie zdążyć, a na drugi nie ma sensu czekać. Po krótkim przemyśleniu sprawy, postanowiliśmy pojechać w stronę Kalisk żeby złapać pierwotnie planowany pociąg 2 stacje wcześniej. Pomysł wypalił, i po krótkim oczekiwaniu na dworcu, udało nam się wcisnąć do pociągu. Niestety w niedzielne popołudnie pociągi na tej trasie są tak zatłoczone, że o miejscu na powieszenie, albo chociaż ustawienie roweru pod ścianą roweru mogliśmy zapomnieć…

Ściśnięci w przejściu przy drzwiach, wysiadając co kilka stacji aby wypuścić innych pasażerów,  dotarliśmy na przesiadkę do Tczewa.
Jeszcze na trasie okazało się, że na przesiadkę w Tczewie będziemy czekać około 40 minut. Czas ten postanowiliśmy wykorzystać na bardzo szybkiego kebaba, w małym barze około 5 minut jazdy od dworca.
Pociąg do Gdańska na szczęście był już dość luźny. Dojechaliśmy na siedząco, bez większych problemów.

Nasza przygoda zakończyła się na dworcu PKP Gdańsk Główny.

Podsumowując – udało się nam spędzić noc pod namiotem, przy odczuwalnej temperaturze zbliżonej do 0 stopni.
Trasa, jaką pokonaliśmy nie jest może imponująca pod względem odległości, ale celem wyjazdu było sprawdzenie siebie, ciuchów i sprzętu w takich właśnie warunkach.
Po wyjeździe jesteśmy bogatsi o kolejne doświadczenia i wspomnienia na długie lata.
Daliśmy radę i już myślimy o przekroczeniu kolejnej bariery – nie tylko temperaturowej.
Szkoda tylko, że Kubie i Kędziorowi nie udało się pojechać z nami, jednak czasami życie zawodowe i prywatne jest ważniejsze niż rowerowe hobby… Dobrze że tylko czasem :)



Jeśli zastanawiacie się z jakiego sprzętu korzystaliśmy podczas tego wyjazdu to poniżej krótka lista:
- namiot Fjord Nansen Lima II
- alumata + karimata
- materac dmuchany Trekker Fjord Nansen
- nieco wysłużony śpiwór Bergson
- nieco wysłużony śpiwór puchowy (firmy już nieczytelna, a pamięć ulotna)
- 2x termos na herbatę
- Primus Lunch Jug 0,5 l na obiad
- kuchenka GoSystem GS2101 autotrail

Udowodniliśmy, że nie trzeba kosmicznej technologii by spędzić noc w namiocie pod koniec listopada w lesie. Wystarczy pamiętać o ubraniu się na cebulkę przed wejściem do śpiwora. Do tego obowiązkowo czapka i można się nawet zgrzać ;)



Pozdrawiamy
Marcin [Małysz] i Radek

środa, 30 lipca 2014

Mały rodzinny weekend w siodle

W miniony weekend, kiedy pozostali członkowie grupy byli jeszcze w Norwegii, postanowiłem wraz z żoną Kają, wybrać się na małą wyprawę.


 Musieliśmy pojechać do bazy w Wygoninie, żeby odebrać sprzęt po zakończonym obozie. Pogoda była piękna, samochód w warsztacie, więc głównym motywem wyprawy było przemieszczenie się z punktu „A” do punktu „B”. Dodatkową motywacją było wypróbowanie w terenie nowego roweru Kaji.

Wyruszyliśmy w piątek po południu po pracy, pociągiem z Gdańska Głównego w kierunku Kalisk. Wybór padł na pociąg bezpośredni, żeby nie trzeba było się szybko przesiadać w Tczewie.
Na peron pojechał „piętruś”, więc miejsca na rowery było na szczęście wystarczająco.
Wysiedliśmy po niecałych 2 godzinach jazdy. Gdy pociąg już odjechał, ku mojemu zdziwieniu Kaja spytała, czemu na budynku dworca jest napisane „ZBLEWO”...


 Jak się okazało, przez roztargnienie, pośpiech i lekkie opóźnienie pociągu, wysiedliśmy o dwie stacje za wcześnie, i zamiast spokojnej przejażdżki bocznymi drogami, czekała nas trasa bardzo ruchliwą drogą.
Na szczęście w Zblewie znalazło się trochę Internetu, i dzięki Mapą Google odnaleźliśmy leśną drogę, która prawdopodobnie prowadziła w tym samym kierunku, w którym chcieliśmy jechać.
Dzięki całemu zamieszaniu odkryliśmy całkiem przyjemną trasę przez miejscowości Cis i Cieciorka.
Z Cieciorki, już planowaną trasą przez Płociczno, Chwarzno,  Starą Kiszewę do Wygonina.
Do Cieciorki głównie leśne drogi, w sporej części ze sporą, dość nieprzyjemną warstwą piasku. Od Cieciorki wąski asfalt na mało uczęszczanej, ale pięknej widokowo drodze.
Cała piątkowa trasa skończyła się przyjemnymi 22 kilometrami (zamiast planowanych 15)


 W sobotę przez natłok prac na bazie, i bardzo niesprzyjające warunki atmosferyczne nie udało nam się niestety wsiąść na rowery.

W niedzielę, około 13: 30 ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem celem była stacja PKP w Kościerzynie.
Trasa z Wygonina przez Konarzyny, Olpuch, Szenajdę, Juszki,  Rotembark do Kościerzyny.

Do Konarzyn przyjemny asfalt, potem połowa trasy do Olpucha mocno zapiaszczoną leśną drogą. Potem znów asfalt, z którego zjechaliśmy około 1,5 km za Olpuchem. Skręt w leśną drogę, po części piaskową, po części szutrową – remontowaną kilka lat temu.


Przerwa w trasie nad jeziorem Strupino, około 1,5 km od Szenajdy, gdzie przez kilka lat zarówno my jak i pozostali członkowie SundayBikers jeździliśmy na obozy pod namioty.
Niestety, mimo planowanego dłuższego odpoczynku, z nad jeziora wygoniło nas stado gryzących gzów.
Dalej jeszcze trochę leśnej do Juszek, a dalej asfalt do Kościerzyny.
Na PKP dotarliśmy 3 minuty po tym jak lunęło i przyszła burzą …
Cała trasa niecałe 29 kilometrów


Nowym, klimatyzowanym szynobusem dojechaliśmy do Rębiechowa, skąd zjechaliśmy do domu na Starówkę. Trasa głównie ścieżkami rowerowymi wzdłuż ul. Nowatorów, przez Kokoszki, Jasień, i ul. Kartuską.
Trasa około 18 km.


Podsumowując – polecamy tereny w okolicy Wygonina, zarówno na krótkie jak i dłuższe, nawet kilkudniowe wypady. W okolicach jest sporo oznakowanych tras rowerowych, szlaków turystycznych oraz niezliczona ilość przejezdnych leśnych i polnych dróg.
Dojazd na Kaszuby i Kociewie zapewniają dwie linie kolejowe – Gdańsk – Tczew – Chojnice i Gdynia – Kościerzyna. Na obu trasach kursuje kilka pociągów dziennie, w większości nowe szyno busy z miejscami na rowery. Dodatkowo w okresie wakacyjnym PKP uruchomiło linię z Gdyni do Kartuz – 2 pociągi dziennie.


Łącznie w weekend udało się przejechać niecałe 70 kilometrów. Nie ważne czy to dużo czy mało, dla nas liczyła się prze wszystkim możliwość wspólnej jazdy w terenie.

Pozdrawiamy – Małysz i Kaja

środa, 30 kwietnia 2014

CHOJNICE - GDAŃSK -> Subiektywna relacja Małysza

ROZDZIAŁ I - "WSZYSTKIE i STELAŻ"

25 kwietnia 2014 roku. Dworzec PKP Gdańsk Główny, peron numer 2. Z podziemnego przejścia wyłania się lekko zziajany Małysz. Pociąg ma odjechać za 2 minuty… Małysz rozgląda się niepewnie po peronie, w końcu dostrzega dwa rowery, i dwie sylwetki facetów w rajtuzach.

- Zdążyłem, ale ledwo – krzyknął, zbliżając się do Kuby i Radka. Minutę później na peron wjechał pociąg z napisem „Smętowo” na czole składu….

Pomysł na wyprawę zrodził się podczas luźnych rozmów na Google talku w przerwach w pracy jeszcze zimą.

Sezon powoli się zbliżał, Małysz i Kuba mieli kupić nowe rowery, Radek wrócił z podróży w Himalaje, więc potrzebna była okazja żeby sprawdzić sprzęt i godnie rozpocząć sezon. Ponieważ Małysz nie był jeszcze z grupą na „sakowym” wyjeździe, nalegał, abyśmy pojechali gdzieś na weekend. Panowie pomysł podchwycili, Radek obmyślił ogólny zarys trasy, ustaliliśmy jedyny możliwy termin i …. Trzeba było czekać ponad dwa miesiące aż plany wejdą w życie.

- W który kurnik wsiadamy? – padło pytanie gdy pociąg się zatrzymał.
- W pierwszy, jest pusto - dajesz.

„Kurnik”, czyli końcowy przedział w pociągu typu EZT okazał się luźny, jak na piątkowe popołudnie. W środku siedziała tylko sympatyczną parka z rowerami, również spakowaną na weekendowego tripa pod namiot.

Podróż do Tczewa przebiegła bez zbędnych perturbacji. Miła pogawędka z napotkaną parką, chłodne „napoje energetyczne” i wesoły pan konduktor - to wszystko pozwoliło zrelaksować się po całym tygodniu pracy i przygotować się psychicznie na planowaną w Tczewie przesiadkę do szynobusa w kierunku Chojnic.

- Przedział rowerowy z przodu pociągu – zawołał Małysz do schodzących jeszcze po schodach Kuby i Radka. Dochodząc do przedziału Małysza dostrzegł, że niestety miejsca rowerowe są zajęte przez grupkę gimbo – licealnych kolesi w „strojach sportowych”

- Radek, wsiadasz pierwszy, Ty ogarniesz. – Zawołał.

Radek napiął pierś, władował się do pociągu i – jeszcze spokojnym tonem – spytał kolesi czy mogliby zwolnić miejsce.

- ILE? – Spytał pierwszy z siedzących.
- WSZYSTKIE – odpowiedział już mniej spokojnie Radek.

Po krótkiej wymianie zdań, oglądaniu informacji o miejscu dla rowerów i potwierdzeniu, że mamy kupione bilety na rowery, kolesie odpuścili i udało się wpakować do pociągu, wraz z napotkaną wcześniej rowerową parką.

- Nie stawiaj tak roweru, bo odjedzie i się wyjebie – powiedział lekko nerwowo do Radka Małysz, patrząc jak ten upycha jego nowiutki świecący rower. Na to zdanie odezwał się kolega rowerzysta poznany w poprzednim pociągu:
- Tacy z Was podróżnicy, a prostych patentów nie znacie …. Po czym wyjął z kieszeni gumkę recepturkę i zacisnął ją nią hamulec o kierownicę. Wszyscy panowie popatrzyli na siebie, spuścili głowy i zamilkli…


 Dalsza podróż przebiegała bez specjalnych fajerwerków. Było trochę frajdy z zacinającymi się drzwiami w kiblu, wesołe rozmowy z panią konduktor, trochę gimbazy, trochę nawalonych – ot jak to w PKP….

Około 21: 08 (planowo, – co w PKP jest rzadkością), około 50 minut po zachodzie słońca, udało się dotrzeć do Chojnic.

- To co włączamy lampki i szukamy jakiegoś sklepu? – Padło pytanie.

Jako, że wyjazdu w poszukiwaniu browara nie trzeba nikomu dwa razy proponować, wszyscy trzej dzielnie ruszyli, jak Lucky Luke – w stronę zachodzącego słońca (a przynajmniej tam, gdzie słońce już dawno zaszło).

Nie minęło 5 minut, gdy za rogiem wyłonił się świecący napis „ŹRÓDEŁKO”.


Po uzupełnieniu zapasów płynów Radek odpalił GPS. Rozpoczęła się podróż w nieznane.

Jednym z pomysłów na wyjazd było poszukiwanie „skrzynek” geocachingu z serwisu opencachin.pl

Na piątek wybrane były 4, jednak nie udało się zdobyć żadnej. Pierwsza minięta (a nikomu nie chciało się wracać) druga dwie kolejne nie znalezione po ciemku, mimo podjętych prób a ostatnia świadomie pominięta, gdyż znajdowała się pod mostem, gdzie wchodzenie po ciemku mogłoby skończy się zbyt gwałtownym myciem.

Pierwszym, proponowanym przez Radka, miejscem na nocleg było jezioro niedaleko Małych Swornychgaci, jednak w połowie trasy okazało się, że znajduje się ono na terenie parku krajobrazowego. Przed wjazdem do parku stało kilka tablic z opisami, czego nie wolno, coś o „Natura 2000” i kilka innych informacji, które skutecznie zniechęciły do noclegu „na dziko” w tym miejscu.

Drugą propozycją (Małysza) było jeziorko „Małe Głuche” z drugiej strony Małych Swornyhcgaci” już po za terenem parku.

- Radziu, czy ta droga jest na pewno na mapie – spytał jeszcze spokojnie Kuba
- Tak, spoko jedziemy
- Radziu, ale na pewno? – Padło pytanie, gdy droga nagle znikła, a ścieżka prowadziła w ciasny zagajnik
- No przecież jest na mapie – jedziemy…

W tle dało się słyszeć przyśpiewkę zaczerpniętą ze stadionu:

-"Jesteśmy chuj wie gdzie, dobrze bawimy się, la la la ..."

Ścieżka ostatecznie się skończyła i trzeba było przedzierać się przez zagajnik po dość stromej skarpie.

Po dojechaniu nad jeziorko, okazało się, że przez bagna, krzaki i strome brzegi nie ma tam odpowiedniego miejsca na rozbicie namiotów. Poszukiwania trwały około pół godziny i zaprowadziły nad drugie, podobnie usytuowane jeziorko. W końcu w akcie desperacji, około 23: 30 udało się znaleźć kawałek w miarę płaskiego miejsca, gdzie ledwo mogły się zmieścić dwa namioty. Zapadła decyzja o pozostaniu.


- O KURWA panowie … - Ciszę przerwał głos Radka, przechodzący w nerwowy śmiech…
- Pół roku temu wyjąłem stelaż do namiotu żeby go podreperować i … został w szafie …

Kilku dalszych zdań ze względu na młodocianych czytelników nie ma, co przytaczać, zresztą każdy się domyśla.


Po małej nerwówce, podczas której Radek, dość zrezygnowany, już planował, że wszyscy trzej będą spali w małym namiocie, który wiózł Małysz, inicjatywę przejął Kuba. Namiot udało się rozstawić, (jeśli można to tak nazwać) za pomocą sznurka, ekspanderów i taśmy izolacyjnej.

Około 01: 00, po kolacji gotowanej na małym przenośnym palniku, i wypiciu chłodnego browarka, wszyscy poszli spać z budzikiem nastawionym na 7: 45 rano.


Dla statystyk – trasa wiodła z Chojnic przez Charzykowy, Funkę, Małe Swornegacie w okolice jeziora Małe Głuche.

ROZDZIAŁ DRUGI - "WINETU, OPONA i PSTRĄG"

Po ciepłej nocy i dość chłodnym poranku, przerwanym na chwilę dźwiękiem budzika, ciszę ostatecznie przerwał głos Radka

- Jest 9: 00, chyba musimy wstawać ….

Po serii jęków, stękania i kilku epitetach określających temperaturę i „wygodę” spania na ziemi, wszyscy wyłonili się z namiotów. Za dnia okazało się, że namioty stały jednak dość blisko jeziora i co gorsza – na tyle blisko szosy, że wszyscy byli z niej bez problemów widoczni.

Po śniadaniu, i pakowaniu ekipa ruszyła w dalszą drogę. Plan na sobotę to około 65 km przez miejscowości Swornegacie, Laska, Parzyn, Leśno, Wiele, Olpuch do jeziora Strupino koło Szenajdy.

Pierwsza atrakcja czekała już po około 300 metrach za pierwszym zakrętem. Okazało się, bowiem, że miejsce noclegowe znajdowało się nie tylko niespodziewanie blisko drogi, ale też około 300 metrów od LEŚNICZÓWKI. Na szczęście obyło się bez żadnego przypału.



Po dojechaniu do Swornychgaci nadszedł czas na przerwę „na drugie śniadanie” na trawniku z widokiem na jeziorko, przy miejscowym sklepie. W czasie śniadania zza drzew wyłonił się pan z torbą nawozu, prosząc o przestawienie rowerów z „trawnika”. Trawnikiem nazwał piaskową skarpę z kilkoma zielonymi miejscami. Ku ogólnemu zdziwieniu zaczął posypywać piach nawozem, mówiąc coś o pięknym trawniku, który ma podobno w tym miejscu wyrosnąć… Później wdał się w dyskusję z ekipą i napotkaną rowerzystką na temat niemieckiej wersji filmu Winetu i narodowości głównego aktora … To był idealny czas, aby zwinąć się i wyruszyć w dalszą drogę.


Po niecałym kilometrze udało się jeszcze zatrzymać w stanicy wodnej PTTK, aby sprawdzić stan miejscowych toalet.

W planie na dalszą drogę znów było przygotowanych kilka „skrzynek” geocachingowych. Niestety w poszukiwaniach pierwszej przeszkodził wędkarz siedzący na moście, pod których skrzynka rzekomo była ukryta.

Dalsza, piaskowo – szutrowa droga – wiodła przez malownicze lasy i pola w kierunku miejscowości Laska. Po trasie ekipa zatrzymała się na małą przerwą na wspólne foto, po czym wyruszyła na dalsze poszukiwania.

- Radek, to jak daleko do następnej skrzynki?
- Jakieś 20 – 30 metrów za zakrętem będzie skrzynka „DĄB”

Po przejechaniu jeszcze około 400 metrów i jednym małym powrocie po skręcie w złą drogę, udało się dotrzeć do punktu wskazanego przez współrzędne.


Miłym zaskoczeniem był sklep i ławeczka. Po zakupieniu oranżady marki Radler, Małysz zabrał się za rozszyfrowywanie miejsca ukrycia „skrzynki”, następnie Kuba i Radek ruszyli podjąć zdobycz.

Udało się za pierwszym podejściem i już po kilku minutach można było wpisać zaliczenie pierwszej ( i jak się miało później okazać ostatniej) zdobytej skrzynki na tym wyjeździe.


Dalsza droga, już asfaltem (lub jak woli mówić Kuba „SZOSĄ”) wiodła znów przez malownicze pola, lasy i wioski. Po drodze drobne przerwy na picie, batona i inne potrzeby. Kolejnym „dużym” celem była miejscowość Wiele, gdzie „podobno” miała być knajpka z daniami obiadowymi…

- Dzień dobry, czy gdzieś tu w okolicy można coś zjeść? Takie i podobne pytania zadawał każdy kilku napotkanym osobą. Odpowiedzi były różne – od napawających optymizmem w stylu:

- Tu za rogiem jest restauracja, bar itp.

Po mniej optymistyczne w stylu:

- Najbliższy czynny bar dopiero w Karsinie.

Wszystko było zamknięte, Karsin nie po drodze, więc wybór padł na bułkę, parówkę i oranżadę marki Radler z miejscowego sklepu, a potem się zobaczy…

Równolegle w tle można było usłyszeć kolejną przyśpiewkę:

-"Co to za miasto, co to za wieś, ani poruchać, ani coś zjeść..."

Podczas, gdy Małysz i Radek robili zakupy, Kuba rozmawiał przez telefon, gdy nagle usłyszał głośny wybuch, który zainteresował nawet miejscowych, siedzących na przystanku PKS po drugiej stronie ulicy.

Chwilę później Radek, wychodząc ze sklepu zobaczył, że jego tylna opona eksplodowała, a rower stoi na pięknym flaku.

Tu śmiech przeplatał się ze zdziwieniem i słowami, których znów przytoczyć nie mogę.

Na szczęście za sklepem znajdował się park z ławeczkami, gdzie można było spokojnie zjeść, wypić i zmienić gumę.


Cisze podczas odpoczynku pod koniec naprawy przerwał dopiero grzmot z nadciągającej chmury burzowej. Mino zapewnień od napotkanego przechodnia, że padać nie powinno i przejdzie bokiem, ekipa ruszyła w dalszą drogę.

Następnym celem był Olpuch, gdzie znajduje się bardzo dobry bar „Drewutnia”.

Na trasie dwie przerwy. Pierwsza w poszukiwaniu kolejnej skrzynki, ukrytej w starym podziemnym bunkrze na terenie nieczynnego lotniska wojskowego. Bunkier udało się odnaleźć, jednak ściana z muszek, komarów i innego latającego robactwa, zniweczyła dwie próby wejścia do środka. Zresztą po chwili zaczął dość intensywnie padać deszcz, więc po krótkim sprincie pod daszek w mijanej w Borsku knajpce, nastąpiła druga przerwa.

Ulewa okazała się krótka, można było ruszyć dalej, i po niedługim czasie dojechać do Olpucha.

Tam, w miejscowym sklepie wszyscy zakupili artykuły pierwszej potrzeby na kolację i śniadanie (serek, chleb, woda, piwo, kiełbasa) i, po łyku tajemniczego płynu, który Radek miał w piersiówce, ekipa dojechała do baru Drewutnia.


- To, co ja będę jadł – spytał Kuba.
- Tam masz napisane – odpowiedział Małysz wskazując tablicę z krótkim, aczkolwiek ciekawy menu.
- A Ty, co będziesz jadł – dopytywał dalej Kuba
- Pstrąga smażonego frytki, surówka i browar – odpowiedział Małysz
- To ja też chce taki zestaw, odpowiedział Kuba i poszedł zając miejsce na dworze.

Ostatecznie zamówienie opiewało na 3 identyczne zestawy – nie wiadomo tylko, czemu Radka pstrąg był o 2 zł tańszy (lżejszy) niż dwa pozostałe.

Wybór okazał się strzałem w 10-tkę, a zmęczenie, piwo i miła atmosfera spowodowały, że ekipa zaległa w Drewutni ponad godzinkę.

-KUBA NA, CO PATRZYSZ? – Spytał Małysz, widząc jak ten wpatrywał się bez ruchu z błogim wzrokiem i lekko rozchylonymi ustami na dwie blondynki wychodzące właśnie z baru.
- A nic nic tak tylko się zamyśliłem… Odpowiedział jeszcze rozmarzony Kuba, po czym wszyscy zamilkli żeby nie wzbudzać podejrzeń, gdy dwie nieznajome przechodziły koło ich stolika.

Kolejne pół godziny minęło na odpoczynku i spokojnym dopijaniu chłodnego browarka na ławeczce. Jedynie Kuba odkrył, że w środku baru stoi wielki wygodny fotel. Co było dalej, każdy się domyśla …


Po skończeniu posiłku i oderwaniu Kuby od fotela, ekipa ruszyła w stronę jeziora Strupino, niedaleko miejscowości Szenajda, gdzie przed laty każdy z członków SundayBikers jeździł na harcerskie obozy.

Gdy przybyli na plażę, okazało się, że w miejscu gdzie planowany był nocleg, stoi namiot a w nim 3 wędkarzy. Ponieważ jezioro jest prywatne i nie bardzo można się bez zgody rozbijać, rozwiązania były dwa. Albo dogadać się z wędkarzami, albo przenieść się na pobliskie pole namiotowe – z ryzykiem, że trzeba będzie za nie zapłacić.

- To co robimy? – Padało, co chwile pytanie – Przenosimy się czy gadamy z nimi?
- Ja pogadam – powiedział Radek, po czym udał się na „rozmowy”.

Udało mu się ustalić, że jezioro owszem prywatne, ale las państwowy, więc na własną odpowiedzialność rozbić się można, a wędkarze nie będą robić problemów, bo sami na dziko zostają na noc. Dodali ponoć coś jeszcze, że nie wolno rozbijać w lesie niczego, co ma podłogę, a ich namiot podłogi nie ma, więc oni zostają. Tego jednak nikt nie zrozumiał. Ważne było, że nie trzeba jechać dalej. I gdy wszyscy wstali żeby ogarniać namioty – zaczął padać deszcz….

- Dobra szybko rozstawiamy jeden żeby schować graty a potem się zobaczy – powiedział Małysz, i wszyscy ruszyli na szybko ruszyli do pracy. Udało się dość szybko, jednak komora namiotu i tropik zdążyły już dość mocno namoknąć.

Gdy namiot już stał, przestało padać..


Deszcz, mimo że już minął, popsuł wszystkim humory, i gdy wydawało się, że gorzej być nie może, nagle Radek wpadł na „genialny” pomysł :

- Małysz, bo wiesz, jak się rozstawia namiot bez stelaża na sznurkach i nie jest naciągnięty, to w czasie deszczu on będzie przeciekał, i może nie będziemy go rozkładać i zmieścimy się we trzech w Twoim namiocie…

Dodam, że namiot, który Małysz miał ze sobą, był tak mały, że dwie osoby leżące na plecach mieściły się na styk, a długie nogi Małysza na długość nie mieściły się wcale.

- Pomysł w sumie chujowy – odparł Małysz, – ale jak nie ma innej możliwości, to możemy spróbować się zmieścić.

Niestety Małysz wtedy jeszcze nie wiedział, jaki błąd popełnił.

Po przebraniu się w suche ciuszki, przyszedł czas na długo wyczekiwane ognicho. Na plaży było już jedno wypalone miejsce, w którym pozostały dwie duże kłody, na których można było spokojnie postawić menażkę i bardzo turystycznie ugotować sobie wodę na herbatkę i zupkę chińską. Radek i Kuba byli w stanie jeszcze jeść, Małysz, po rybce nie był już w stanie.

Wieczór upłynął spokojnie na wpatrywaniu się w ogień, robieniu zdjęć zachodzącego słońca, i sączeniu chłodnego browarka.



Najgorsze nadeszło, gdy wszyscy zaczęli pakować się do namiotu. Pierwszy pod ścianę Kuba, potem pod drugą ścianę Małysz. Na końcu dotarł wesoły Radek, kręcąc się, wiercąc i wesoło podśpiewując, – bo akurat w tym momencie włączył mu się humorek. Po serii zaczepek, przyśpiewek i dowcipasków nastała wreszcie błoga cisza.
Nagle:

-Panowie, idę się odlać – powiedział ucieszony Radek, i cała akcja z wychodzeniem i wchodzeniem zaczęła się od nowa. Na domiar złego Kuba i Małysz odkryli, że namiot przecieka, cała ściana i część podłogi jest zimna, oraz wilgotna lub mokra.

Dalsza noc na szczęście już w ciszy, z małą przerwą na wyjście Małysza na siku i dmuchaniem nosa Kuby około 2 w nocy.

ROZDZIAŁ III - "KREW, POT I ŁZY"

Około 7: 45 sen przerwała piosenka Mamma Mia zespołu ABBA płynąca z budzika Radka. Radek, zamiast wyłączyć budzik i włączyć, chociaż 5 minutową drzemkę, zaczął wesoło podśpiewywać. Dopiero głośne:

-Weź to kurwa wyłącz – warknięte przez zaspanego, przemarzniętego i obolałego Małysza poskutkowało wyłączeniem ABBY i 15 minutową drzemką.

W porównaniu do poprzednich, słonecznych i ciepłych dni, poranek był słaby. Niebo zachmurzone, mocny zimny wiatr i wszechogarniająca wilgoć nie nastrajały pozytywne. Kuba i Małysz wyczołgali się z namiotu z wyraźnie zmęczonymi twarzami i lekko wkurzonymi minami. Humory nieco poprawiło dopiero śniadanko z ciepłą zupką, herbatą i kanapkami z serkiem topionym.


Po złożeniu obozowiska przyszedł czas na dalszą drogę. Plan na niedzielę to powrót do Gdańska przez Kościerzynę, Kartuzy i Żukowo.

Po dojechaniu do Kościerzyny i zwiedzeniu miejscowego WC na dworcu PKS, Małysz zakomunikował:

- Jest kryzys, napierdalają mnie uda, musimy zmienić trasę, albo sam po drodze się zwinę krócej lub na pociąg.

Po kilku zdaniach otuchy i stwierdzeniach w stylu „nie pierdol, dasz radę, jedziemy dalej”, grupa ustaliła, że jedziemy dalej i „się zobaczy”.

Trasa wiodła przez wioski, szutrowo piaskową drogą biegnącą w sporej części w śladzie planowanej przed wojną linii kolejowej. Po drodze kilka wiaduktów kamiennych prowadzących do donikąd i kilka efektownych nasypów.


Po dotarciu do Szymbarka przyszedł czas na przerwę na „drugie śniadanie” na ławce pod jednym ze sklepów.

Tam Małysz oznajmił, że uda odmówiły posłuszeństwa i jedzie do Wieżycy żeby wsiąść w pociąg do Rębiechowa i dotoczyć się do domu.

-Kurwa. Mieli skończyć remont torów – Powiedział nagle Małysz.

Okazało się, że akurat między Wieżycą a Żukowem wprowadzona jest zastępcza komunikacja autobusowa na czas remontu torów i rowerów przewozić nie można.

Na prośbę Kuby, grupa miała deadline na powrót na godzinę max 17: 00. Było około 13: 00 i szanse na przejechanie w tym czasie trasy, proponowanej przez Radka, malały z minuty na minutę.

Małysz stwierdził, że nie chce opóźniać grupy, i odłączy się wracając powoli główną szosą Kościerzyna – Gdańsk.

Kuba powiedział, że najwyżej sam pociśnie żeby zdążyć. Zrobiło się trochę nerwowo…

Po ostatecznym rozładowaniu napięcia zapadła decyzja, że jedziemy razem szosą proponowaną przez Małysza a potem znów „się zobaczy”.

Wszyscy ruszyli pod górę, na 2 kilometrową wspinaczkę do stóp Wieżycy, gdzie można skręcić na szosę.

Na podjeździe całą grupę minęła, ledwo jadąca pod górę, motorynka z przyczepką, na której, jak gdyby nigdy nic, siedziała sobie koza, ciesząca się urokami wycieczki.

Po przebiciu kilku kilometrów główną szosą, dzięki jeździe w ciasnej grupie i „ciągnięciu” Małysza (jak kol wiek to brzmi) przez Radka i Kubę, w Małysza wstąpiło drugie życie i udało się całkiem nieźle rozpędzić.

Dalej trasa wiodła przez Egiertowo, Borcz i Babi Dół potem boczną drogą do Przyjaźni z małą przerwą na regenerację na stacji benzynowej.

- To gdzie jedziemy dalej – zapytał Małysz
- Ja proponuję przez Otomin, tak jak planowałem – odparł Radek
- A może przez Czaple – wtrącił Kuba

Tu znów nastąpiła lekka nerwówka, wymiana zdań, brak możliwości podjęcia decyzji, po tym jak każdy stwierdzał, że mu to obojętnie, kilka epitetów na temat decyzyjności, kupowania jedzenia i nieodzywania się do siebie …

Ostatecznie wybór padł na trasę przez Czaple.

Dalej już bez historii. Długi zjazd, ostry podjazd do Czapli, przejazd przez Kokoszki do kładki rowerowej.

Na Jasieniu w kierunku domu odłączył się Radek, Kuba z Małyszem zjechali dalej do siebie.

Cała trasa zakończyła się przejechaniem łącznie około 170 – 180 km, wypiciem kilku piw, kilku Radlerów, jednym ogniskiem, jedną przebitą oponą, dwoma nocami w namiocie i zjedzeniem dobrej ryby w Olpuchu.

Na koniec parafrazując słowa z pewnego utworu literackiego:

„I jak też tam z nimi byłem, jadłem piłem i jeździłem”

Zapraszam na profil Sundaybikers na Facebooku.


Z pozdrowieniami
MAŁYSZ