Pokazywanie postów oznaczonych etykietą namiot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą namiot. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 października 2015

Nocleg na wyprawie rowerowej - nasz 5cio gwiazdkowy hotel

Sen odgrywa bardzo ważną rolę w życiu każdego z nas. To podczas snu nasz organizm regeneruje się. Niedobór snu może prowadzić do:

  • zaburzeń nastroju,
  • utrudnienia skupienia uwagi,
  • spowolnienia reakcji,
  • spadku motywacji.

Patrząc na sen od strony wypraw rowerowych jest on niezbędny do regeneracji sił. Wydajny organizm powinien być zdrowy, wypoczęty i pełen sił, a to można osiągnąć śpiąc wystarczającą ilość godzin. Tylko w dobrej formie fizycznej i psychicznej będziemy zdolni do pokonywania kolejnych odcinków trasy.

Przeciętny człowiek śpi od 7 do 9 godzin w ciągu doby. Długość snu jest zawsze sprawą indywidualną. Podczas naszych wypraw śpimy tyle ile musimy. Tak by w dalszą drogę ruszać w pełni sił. Owszem są czasem sytuacje awaryjne. Wówczas musimy spiąć się i dostosować ilość snu to czasu jaki mamy, by np. dotrzeć z miejsca A do miejsca B.


Na Islandii na sen przeznaczaliśmy średnio 8h w ciągu doby. Nie wyobrażam sobie czterech niewyspanych marud na rowerze, z których każdy jedzie aby jechać, jest opryskliwy i do tego nic mu się nie podoba ;) Wyprawa jest dla nas urlopem. To ją wybraliśmy jako formę odpoczynku od dnia codziennego i ona ma sprawić, że wypoczniemy :) Jak wypocząć podczas wzmożonej aktywności pytacie? Emocje i nastawienie potrafią zdziałać cuda :D

Jako główną formę zakwaterowania wybieramy zawsze pięciogwiazdkowy hotel, czyli namiot który rozbijamy w najbardziej bajecznym miejscu jakie znajdziemy :) Tak też było podczas ostatniej wyprawy na Islandię. Zaplanowana, dzienna liczba kilometrów była wyznacznikiem szukania miejsca na sen. Jego odnalezienie zazwyczaj zajmowało od 2 do 10 kilometrów. W Norwegii często trawa była za wysoka, na Islandii trawy brakowało.

Szukaliśmy więc miejsca, które:

  • będzie w miarę odsunięte od drogi,
  • będzie miało dostęp do wody pitnej,
  • podłoże będzie odpowiednie,
  • będzie osłonięte od wiatru.

Czy namiot na prawdę jest taki super?
Wszystko zależy od naszego nastawienia oraz pewnej otwartości.

Zacznę od minusów:

  • po całym dniu pedałowania trzeba poświęcić czas na znalezienie odpowiedniego miejsca,
  • trzeba mieć zapas sił i chęci na jego rozstawienie,
  • nie ma wymówki, że pada, bo namiot sam się nie rozstawi.
Na pewno każdy z Was jest w stanie dopisać jeszcze co najmniej 3 minusy nocowania pod namiotem, ale co z plusami?

  • to my, nie miejsce, decydujemy o tym jaki #widokzrana będziemy mieć,
  • przeszkadzają Wam głośni sąsiedzi? ruchliwa ulica? hałas? przejedźcie jeszcze 3 km i znajdźcie idealne dla siebie miejsce,
  • namiot to najtańsza, niezależna forma noclegu.

Trzy minusy oraz trzy plusy są subiektywne, jeśli macie swoje powody "za" lub "przeciw" - piszcie śmiało!

W sieci bez trudu wyszukać można poradniki o tym jak znaleźć idealne miejsce na biwakowanie. Są to praktyczne i logiczne wskazówki. Dobre rady nie zawsze znaczy idealne. Bliskość koryta rzeki z jednej strony zapewni dostęp do wody, z drugiej to wilgoć i hałas które nie są dobre. Jednak gdy mamy do wyboru:
a) rozstawić namiot na trawiastej, płaskiej polanie czesanej przez islandzki wiatr
lub
b) biwakować w korycie rzeki, blisko skał które ochronią nas przed wiatrem
Wybór dla mnie jest oczywisty.


Dokładnie taką sytuację mieliśmy podczas drugiej nocy na Islandii. Po przejechaniu 76 km, gdy potrzebowaliśmy porządnej porcji snu po całym dniu zmagania się z silnym wiatrem, który nie opuszczał nas nawet o godzinie 20:00, zdecydowaliśmy, że obozowisko stawiamy w korycie rzeki, najbliżej brzegu i wysokich skał.

O czym należy pamiętać biwakując pod namiotem:

zgodność z prawem

W Polsce legalnie biwakować można tylko w miejscach wyznaczonych lub na prywatnej posesji. Dlatego sprawdźcie przepisy panujące w kraju, do którego się wybieracie. Dla przykładu na Islandii panuje hasło "przyroda jest dla wszystkich" dlatego biwakować można wszędzie poza terenem prywatnym, na nim tylko za zgodą.


bezpieczeństwo

Duże skupiska ludzi bywają niebezpieczne, głośne i mogą zrobić psikusa. Dlatego im dalej od miasta tym lepiej, ale nie na polanie pełnej owiec, które swą ciekawością będą chciały podgryźć wszystko co mamy. Unikajmy spania na krawędzi, dosłownie i w przenośni.


porządek

To chyba w obawie przed jego brakiem w Polsce nie można biwakować na dziko. Uważa się, że ludzie z założenia są barbarzyńcami. A może nikt nas, polaków, nie nauczył, że na łonie natury jesteśmy gośćmi i musimy pozostawić ją taką samą dla następnych pokoleń, by te mogły cieszyć się nią w takim samym stopniu jak my?
Tak samo sprawa się ma z ogniskami. W naszym kraju ich palenie dozwolone jest tylko w wyznaczonych miejscach i często musi być zgłoszone do najbliższej jednostki straży pożarnej. To brak umiejętności i zdrowego rozsądku prowadzi do pożarów. Małe kontrolowane ognisko, odpowiednio ugaszone a jego miejsce zamaskowane nie szkodzi. Wręcz przeciwnie, ogrzewa i daje możliwość przyrządzenia posiłku.
Zostawmy po sobie porządek, a jeśli rozpalamy ognisko róbmy to odpowiedzialnie.


Pięciogwiazdkowy hotel nie zawsze jest w zasięgu. Czasem wybieramy schroniska i kwatery prywatne. Lecz namiot jest numerem jeden i polecam go jako miejsce noclegowe!

Kochacie swoje rowery prawda? Co więc zrobić z rzeczami i rowerem podczas naszego snu? Ten temat wkrótce na blogu.

piątek, 28 listopada 2014

Listopadowa noc pod namiotem - czyli weekendowy wypad do lasu

Zwykle najlepsze pomysły rodzą się w toalecie albo pod prysznicem…. W naszym przypadku są to rozmowy na komunikatorach, najczęściej podczas pracy … (mam nadzieję, że szefowa nie czyta). Tak też było i tym razem.

Był początek listopada. Radek pisał, że wybrałby się na rower, ja odpisałem, że chętnie, ale może w ramach hartowania się przez zimnymi nocami na Islandii, spróbujemy pojechać chociaż na jedną noc pod namiot. Okazja była, gdyż w połowie listopada planowaliśmy pojechać do Wygonina, przygotować bazę do remontu komina. Od słowa do słowa doszliśmy do wniosku, ze pomysł jest realny i nie aż taki głupi, jak wydawał się na początku. Wybraliśmy datę – 21 listopada – i rozpoczęliśmy przygotowania.

Im bliżej było do wyjazdu, tym więcej znaków na niebie i ziemi dawało do zrozumienia, że wyjazd nie jest najlepszym pomysłem. Temperatury oscylowały w okolicy 0 stopni, mieliśmy problemy ze znalezieniem części sprzętu, problemy z dopasowaniem pociągów, a na koniec na 2 dni przed wyjazdem dopadła mnie ostra niestrawność…

Ostatecznie udało się. W piątek około 17:00 ruszyliśmy w drogę z Gdańska do Żukowa na pociąg.
Trasa przez Kokoszki, Czaple, Pępowo. Część trasy po ścieżkach rowerowych, pozostała bocznymi, asfaltowymi drogami.
Do pierwszego zaplanowanego pociągu zabrakło nam około 10 minut. Następny odjeżdżał za kolejne 45, więc wolny czas spędziliśmy w pobliskiej pizzerii.

W pociągu do Kościerzyny spotkała nas miła niespodzianka. Bardzo miły Pan Konduktor popatrzył na nas, na rowery, na namiot i po krótkiej rozmowie zaproponował nam zniżkę, której normalnie nie doczytali byśmy w ofercie PKP – z tego miejsca pozdrawiamy Pana Konduktora i bardzo dziękujemy.


 Żeby ominąć problem z poszukiwaniem miejsca na nocleg, wybraliśmy doskonale znaną nam plażę blisko wsi Szenajda, nad jeziorem Strupino, gdzie dawniej spędziliśmy spory kawałek życia na harcerskich obozach.


Trasa z Kościerzyny do Szenajdy wiodła w połowie asfaltowymi, w połowie leśnymi drogami przez Rotembark, Debrzyno i Juszki. Tak się złożyło, że trafiliśmy na chyba najbardziej ciemną i mglistą noc tej jesieni. Mieliśmy dzięki temu możliwość wypróbowania wszystkich naszych świateł i odblasków, bez których jazda byłaby nie tylko niebezpieczna, ale i niemożliwa.

Na miejsce dotarliśmy bez przeszkód. Mimo sporej wilgoci i kompletnej ciemności, udało nam się zebrać odpowiednią ilość opału i rozpalić ognisko. Po wstępnym ogrzaniu przyszedł czas na kolację. Część posiłku udało się zjeść na ciepło dzięki termosowi  na jedzenie, który miał z sobą Radek. Wreszcie była okazja sprawdzić termos  w bardzo niesprzyjających warunkach. Gorący żurek był wystarczająco ciepły by po 4,5 godzinach, od zapakowania do termosu, można było zjeść go ze smakiem. Dziś możemy powiedzieć, że na krótkich dystansach termos się sprawdza, i że polecamy.

Po kolacji zapadła decyzja, iż mimo 3,5 stopni Celsjusza, zostajemy na noc w lesie. Rozstawiliśmy namiot, rozpakowaliśmy graty i wróciliśmy do ogniska. Noc przy ogniu minęła na wspominkach i rozmowach o życiu i śmierci… Ognisko dawało niesamowite poczucie ciepła, stąd każda propozycje, że może pójdziemy już spać, kończyła się dorzuceniem kolejnej porcji drewna… Ostatecznie około 1 w nocy przekonaliśmy się nawzajem że czaj już się położyć.
Mimo sporych obaw o temperaturę, noc w namiocie okazała się na tyle znośna, że wstaliśmy wyspani dopiero około 9 rano.


Szybkie śniadanie, zwijanie sprzętu, post na facebooku i ruszyliśmy w drogę do Wygonina.

Trasa około 17 km. podobna do wczorajszej. Połowa leśnymi, połowa bocznymi asfaltowymi drogami.
W HBO Wygonin dołączyły do nas nasze dziewczyny i para znajomych. Reszta soboty i połowa niedzieli minęły na pracy na terenie Bazy, grach planszowych i ogólnym odpoczynku od trudów życia codziennego.


W niedzielę po południu ruszyliśmy w drogę powrotną. Wstępny plan zakładał przejazd z Wygonina aż do Gdańska. Jednak późna godzina wyjazdu, mój ból stopy i ogólne zbyt duże wyluzowanie w sobotni wieczór wymusiły weryfikację planów. Kolejnym pomysłem był dojazd do Zblewa na pociąg. Do wyboru mieliśmy 2 pociągi. Na pierwszy była szansa zdążyć na styk, na drugi musieli byśmy czekać kolejne 2 godziny na zimnym dworcu.


W połowie trasy do Zblewa wyszło, że mamy lekki niedoczas, i na pierwszy pociąg możemy nie zdążyć, a na drugi nie ma sensu czekać. Po krótkim przemyśleniu sprawy, postanowiliśmy pojechać w stronę Kalisk żeby złapać pierwotnie planowany pociąg 2 stacje wcześniej. Pomysł wypalił, i po krótkim oczekiwaniu na dworcu, udało nam się wcisnąć do pociągu. Niestety w niedzielne popołudnie pociągi na tej trasie są tak zatłoczone, że o miejscu na powieszenie, albo chociaż ustawienie roweru pod ścianą roweru mogliśmy zapomnieć…

Ściśnięci w przejściu przy drzwiach, wysiadając co kilka stacji aby wypuścić innych pasażerów,  dotarliśmy na przesiadkę do Tczewa.
Jeszcze na trasie okazało się, że na przesiadkę w Tczewie będziemy czekać około 40 minut. Czas ten postanowiliśmy wykorzystać na bardzo szybkiego kebaba, w małym barze około 5 minut jazdy od dworca.
Pociąg do Gdańska na szczęście był już dość luźny. Dojechaliśmy na siedząco, bez większych problemów.

Nasza przygoda zakończyła się na dworcu PKP Gdańsk Główny.

Podsumowując – udało się nam spędzić noc pod namiotem, przy odczuwalnej temperaturze zbliżonej do 0 stopni.
Trasa, jaką pokonaliśmy nie jest może imponująca pod względem odległości, ale celem wyjazdu było sprawdzenie siebie, ciuchów i sprzętu w takich właśnie warunkach.
Po wyjeździe jesteśmy bogatsi o kolejne doświadczenia i wspomnienia na długie lata.
Daliśmy radę i już myślimy o przekroczeniu kolejnej bariery – nie tylko temperaturowej.
Szkoda tylko, że Kubie i Kędziorowi nie udało się pojechać z nami, jednak czasami życie zawodowe i prywatne jest ważniejsze niż rowerowe hobby… Dobrze że tylko czasem :)



Jeśli zastanawiacie się z jakiego sprzętu korzystaliśmy podczas tego wyjazdu to poniżej krótka lista:
- namiot Fjord Nansen Lima II
- alumata + karimata
- materac dmuchany Trekker Fjord Nansen
- nieco wysłużony śpiwór Bergson
- nieco wysłużony śpiwór puchowy (firmy już nieczytelna, a pamięć ulotna)
- 2x termos na herbatę
- Primus Lunch Jug 0,5 l na obiad
- kuchenka GoSystem GS2101 autotrail

Udowodniliśmy, że nie trzeba kosmicznej technologii by spędzić noc w namiocie pod koniec listopada w lesie. Wystarczy pamiętać o ubraniu się na cebulkę przed wejściem do śpiwora. Do tego obowiązkowo czapka i można się nawet zgrzać ;)



Pozdrawiamy
Marcin [Małysz] i Radek

piątek, 19 września 2014

Norwegia 2014 - relacja z wyprawy

Norwegia. Nasze pierwsze skojarzenie to fiordy, przyroda, czyste powietrze i wolność. Wolność pod postacią otwartych przestrzeni, na tle której zaplanowaliśmy tegoroczną wyprawę rowerową. Dziś wiemy, że była to dobra decyzja. Norwegia, jaką poznaliśmy, to niezwykle gościnne miejsce, to już nie czasy Wikingów, lecz spokój, uprzejmość i synonim piękna. Norwegia ugościła nas tym, co w niej najlepsze - ciszą, spokojem i bezpieczeństwem.

W połowie lipca zaczęła się nasza wyprawa rowerowa do tego niezwykle malowniczego kraju, jednakże początki planu sięgają kilku miesięcy wstecz. Wiedzieliśmy wtedy tylko dokąd chcemy jechać, a mianowicie do kraju, którego powierzchnia zbliżona jest do Polski, lecz w którym statystycznie na jednego mieszkańca przypada ponad dziewięć razy więcej kilometrów kwadratowych niż w naszym kraju. Po kilkunastu dniach spędzonych na logistycznym rozplanowaniu naszego wyjazdu wiedzieliśmy, że początkiem wyprawy będzie Trondheim, a końcem Oslo. Wiedzieliśmy też, że chcemy zobaczyć fiordy, wjechać na słynne Trollstigen oraz sprawdzić swoją kondycję na tak długiej trasie. Podczas wyjazdu byliśmy w 100% niezależni posiadaliśmy kuchnię polową w postaci gazowego palnika, menażkę, zapas jedzenia i namiot. Całość zaplanowanej wyprawy zakładała przejechanie dystansu 1200 km po drogach asfaltowych. Czy nam się udało? Czy napotkaliśmy po drodze jakieś trudności? A może wyprawa nas rozczarowała? 

Zapraszamy do relacji z wyprawy – SundayBikers uderzają na północ!



Nasza przygoda rowerowa w Norwegii zaczęła się od złożenia rowerów na lotnisku w Trondheim, które opuściliśmy spakowani i gotowi do drogi po godzinie 1:00 w nocy. Po przejechaniu 6 km znaleźliśmy idealne miejsce na pierwszy nocleg. Spędziliśmy go pod gołym niebem rozkładając jedynie karimaty w wysokiej trawie i zasnęliśmy wtuleni w śpiwory. Pierwszy raz doświadczyliśmy białej nocy- o godzinie 3:00 było jasno jak w dzień i tylko księżyc na niebie i wskazówki na tarczach zegarków informowały nas o porze dnia/nocy. 

Wiedzieliśmy, że by zdążyć na samolot powrotny musimy pokonywać dziennie średnio 100 km. Jadąc po płaskich Żuławach, które mieszkając w Gdańsku są nam bardzo bliskie, trasę dzienną można planować na podstawie dystansu. Jeżdżąc w górzystym kraju nie jest to już takie proste. Staraliśmy się trzymać się tego założenia przez kolejne dni, lecz nie zawsze było to wykonalne.

Drugiego dnia, a może lepiej byłoby powiedzieć pierwszego dnia wyprawy, pokonaliśmy dystans ponad 100 km. Przez cały dzień towarzyszyła nam piękna, słoneczna pogoda, przy której liczniki niemalże same nabijały kilometry. Jako, że rano na stacji benzynowej udało nam się znaleźć gaz do naszego palnika, to zgodnie z planem obiad mogliśmy przygotować w dowolnym miejscu. Ładna pogoda towarzyszyła nam przez cały dzień. O godzinie 19:30 w jednej z miejscowości termometr wskazywał 35°C. W takiej temperaturze bardzo potrzebna jest woda. Na szczęście w całej Norwegii można bez obaw pić wodę z większości strumieni, jezior, rzek i wodospadów, więc gdy nasze zapasy wody kończyły się, a w pobliżu nie było jak jej zdobyć, ratunkiem byli mieszkańcy, którzy nigdy nie odmówili nam napełnienia bidonów, czy to z ogrodowego węża, czy z kranu. Za każdym razem z resztą żartując - „ciepła czy zimna?” :).



Kolejnego dnia Norwegia przywitała nas typową skandynawską pogodą. Byliśmy zmuszeni ubrać ochraniacze na buty, spodnie i kurtki przeciwdeszczowe. Na szczęście deszcz padał z przerwami i jeszcze tego samego dnia mieliśmy okazję wykąpać się we fiordzie. Tego dnia po raz pierwszy na wyjeździe przeprawialiśmy się promem. Przeprawa z Halsy trwała 30 minut, podczas niej ponownie uzupełniliśmy zapas wody i ogrzaliśmy się pod pokładem. Po zejściu z promu, znowu się rozpadało. Znaleźliśmy wiatę przystankową w miejscowości Oydegard, w której przygotowaliśmy obiad, wypiliśmy herbatę i zregenerowaliśmy siły. Gdy byliśmy już gotowi do drogi na przystanek podjechał samochód. Był to początek jednej z naszych większych „przygód” na tym wyjeździe. Kierowca łamaną angielszczyzną zapytał, czy nie jesteśmy głodni, czy chcemy kawy i czy nam nie zimno. Był niezmiernie zdziwiony naszą odpowiedzią, że właśnie zjedliśmy obiad, wypiliśmy gorącą herbatę i szykujemy się do dalszej drogi. Jego odpowiedź była jednak krótka i brzmiała:
„zapraszam Was do swojego domu, wypijecie herbatę i ogrzejecie się - jeździe za mną!”
Nie mogliśmy odmówić, nie co dzień słyszy się takie zaproszenie. Norwegowie ugościli nas truskawkami, kawą i herbatą; spędziliśmy bardzo miły wieczór na rozmowie - począwszy od polityki, po pracę, skończywszy na tym, w jaki sposób spędzamy wolny czas. Nasi gospodarze okazali wyraźnie zaskoczenie, gdy powiedzieliśmy, że nie przyjechaliśmy pracować w Norwegii, lecz zwiedzić ich kraj na rowerach w ramach wakacji. Zyskaliśmy tym w ich oczach do tego stopnia, że zaproponowali nam nocleg i śniadanie! Noc spędziliśmy w obszernej ogrodowej altanie z drewnianą podłogą, z dostępem do łazienki w domu przez całą dobę. Następny dzień zaczęliśmy o godzinie 8:00 od wspomnianego śniadania - sadzone jajko z bekonem, świeże domowe bułeczki, łosoś, kawa, soki, dżemy i cała masa innych pyszności szybko napełnia nasze brzuchy. Nie zwracaliśmy już uwagi na deszcz za oknem. Spakowaliśmy się, ubraliśmy odpowiednio do pogody i po zrobieniu pamiątkowego zdjęcia ruszyliśmy w stronę Isfjorden, gdzie tego dnia na nasz namiot czekała idealnie skoszona trawa. Zanim jednak rozbiliśmy się na tak przygotowanej połaci zieleni musieliśmy zmierzyć się z wciąż deszczową aurą oraz leśnymi skrótami. W końcu wszyscy jechaliśmy na rowerach MTB, więc trzeba było choć odrobinę odskoczyć od asfaltu. Mniej więcej na 40tym kilometrze trasy, gdy za miejscówkę naszego drugiego śniadania posłużył nam wiadukt, a właściwie miejsce pod nim, dając nam idealne schronienie przed deszczem, Kędzior posmutniał. Posmutniał to raczej złe określenie, lekko przeklął i wyraźnie poirytowany zastygł w milczeniu, trzymając swoją ukochaną dwukołową maszynę… 
„pękła mi rama” – oznajmił.
Faktycznie, rama pękła w miejscu w którym wchodzi sztyca. Byliśmy na początku wyprawy, na każdych wyjazdach zawsze trzymaliśmy się razem, tak wiec tym razem nie mogło być inaczej. Gdy emocje opadły, wykonaliśmy telefon ratunkowy do serwisu rowerowego Rock And Road (www.rockandroad24.pl), który wspierał technicznie naszą wyprawę, aby uzyskać poradę. Finalnie skończyło się na podmianie sztycy Kędziora ze sztycą Radka (która była dłuższa), podmianie siodełka i kontynuowaniu jazdy. W czasie postoju techniczno-regeneracyjnego pod wiadukt podjechała ciężarówka, z której wysiadł Bjorn, czyli Norweg, który ugościł nas poprzedniej nocy. Ucięliśmy sobie miłą pogawędkę i ruszyliśmy każdy w swoją stronę. Tego dnia sporą część trasy jechaliśmy wzdłuż fiordów, które musieliśmy objechać, gdyż w tym miejscu nie było przepraw promowych. Podczas objazdu trzeciego z nich wybił setny kilometr przejechany tego dnia. Oznaczało to czas szukania miejsca na nocleg. W Norwegii okolice fiordów są gęsto zaludnione, dlatego też znalezienie miejsca na rozbicie namiotu, które według norweskiego prawa musi znajdować się 150m od zabudowań, nie było łatwe. Finalnie miejsce na nocleg tego wieczoru znalazł Kędzior, który to zapukał do jednego domu z pytaniem: 
„Czy możemy rozbić się na Państwa trawniku?”. 
Odpowiedź uzyskaliśmy błyskawicznie 
„nie ma problemu, zapraszamy, proszę sobie wybrać dogodne miejsce, a gdybyście potrzebowali wody, zapukajcie”. 
W ten o to sposób rozbiliśmy namiot na pięknie skoszonej trawie, na kolację zjedliśmy gainera i poszliśmy spać.



Czwarty dzień naszego pobytu w Norwegii, to zgodnie z planem wielka atrakcja tego kraju - Trollstigen. Droga otwarta w 1936 roku, to 11 serpentyn zakręcających pod kątem 180°, której podjazd zaczyna się z parkingu na wysokości 300 m n.p.m. poprzez punkt widokowy na 700 m n.p.m. i kończy finalnym wjazdem na ponad 800 m n.p.m. Słynne jedenaście serpentyn pokonaliśmy w 47 minut, po tym czasie zaparkowaliśmy nasze dzielne rumaki z sakwami na punkcie widokowym, robiąc sobie obowiązkową sesję zdjęciową. Co dziwne, większość napotkanych ludzi, którzy oczywiście drogę pokonują samochodami lub autokarami nie jedzie wyżej, lecz zjeżdża w dół tą samą drogą. Podczas wjazdu motywowały nas „okejki”, które wynurzały się z okien mijających nas samochodów. Nasza trasa nie zakładała jednak jazdy dwa razy tym samym odcinkiem, czekała nas jeszcze wspinaczka na finalne 852 m n.p.m. Zbliżając się na ostatnie wzniesienie tego dnia dostrzegliśmy trzech rowerzystów, którzy jechali z naprzeciwka i zatrzymali się na przerwę. Będąc około 20 metrów przed nimi usłyszeliśmy z ich gardeł Hymn Polski. Biało czerwone flagi powiewające na naszych rowerach nie dawały wątpliwości skąd przyjechaliśmy, co wychwyciło sprawne około naszych rowerowych pobratymców, którzy w bardzo miły sposób powitali nas na górze. Rowerowi bracia jechali z Bergen do Trondheim, również podróżowali z sakwami, a noce spędzali na dziko pod nieboskłonem. Doszliśmy wspólnie do wniosku, że tylko Polacy robią takie rzeczy. Nasze organizmy nie mogły jednak stygnąć w nieskończoność, więc po krótkiej rozmowie ruszyliśmy w wyznaczonych kierunkach. Kolejnym etapem naszej trasy był zjazd. Zjazd trwał 30 km. W trakcie drogi w dół zatrzymaliśmy się na obiad i odpoczynek. Po uzupełnieniu braków energetycznych kontynuowaliśmy trasę i finalnie zjechaliśmy do brzegu fiordu, gdzie przeprawiliśmy się promem do miejscowości Stranda. Noc spędziliśmy śpiąc nad rzeką nieopodal drogi.



Czwartkowy poranek przywitał nas deszczem. Kuba wykorzystał moment bez deszczu, na szybką kąpiel w lodowatej rzece. Śniadanie zjedliśmy jedną nogą będąc w namiocie, chroniąc się w ten sposób od deszczu. Pakowanie sakw i składanie namiotu nie było proste przy takiej pogodzie. Nasz trzyosobowy namiot, który pożyczyła nam Harcerska Baza Obozowa Wygonin (www.wygonin.org), podzieliliśmy pomiędzy siebie tak, aby w miarę równomiernie rozłożyć ciężar. Tropik, mokry tego dnia, przysparzał dodatkowych kilogramów, lecz jest to coś, z czym trzeba się liczyć na wyprawie rowerowej. Rozpogodziło się dopiero około godziny 17:00, po raz kolejny doceniliśmy ubrania przeciwdeszczowe, które po przyczepieniu do sakw schły w błyskawicznym tempie. Wyjątkowo krótki dzień, krótki pod względem dostarczonych atrakcji, zakończyliśmy za miejscowością Stryn, gdzie tym razem Kuba wybrał miejsce na nocleg. Było to jedno z piękniejszych miejsc noclegowych podczas tego wyjazdu. Objazd tunelu odsłonił przed nami maleńką polankę na skraju klifu z miejscem na ognisko. Widząc to nie chcieliśmy jechać dalej, mimo iż dzienny dystans pokazywał dopiero 80 kilometrów. Tego wieczoru ponownie zauważyliśmy jak jesteśmy zgrani. Bardzo ważną kwestią wyprawy, jest zgranie uczestników. Szczególnie, gdy trzeba na siebie liczyć oraz gdy nie ma czasu na kłótnie i spory. Każdego wieczoru bez żadnego rozkazu dzieliliśmy między siebie zadania jakie mieliśmy do wykonania. Z reguły w pojedynkę lub we dwóch rozbijaliśmy namiot, trzeci z nas w tym czasie albo przygotowywał posiłek, albo zbierał drewno na ognisko. Nie inaczej było tego wieczoru. Po kilkunastu minutach mieliśmy rozstawiony namiot, gotową kolację oraz rozpalone ognisko, przy którym suszyliśmy rowerowe koszulki oraz trochę przemoczone buty SPD. W oczekiwaniu na piękny poranny widok udaliśmy się do krainy snów.



Przez kolejne dni mogliśmy zapomnieć o ubraniach przeciwdeszczowych. Warto wspomnieć, że poza obowiązkowym ubraniem na wypadek deszczu warto zadbać o solidne sakwy rowerowe. Na tym wyjeździe mieliśmy przyjemność testować sakwy MSX ze sklepu www.szumgum.com, które faktycznie są w 100% nieprzemakalne. Możemy polecić je z czystym sumieniem, nie zawiodły nas ani razu! Gdy powróciło słońce i wysokie temperatury dobrze chroniły żywność jaką w nich przewoziliśmy, dając lekki chłód w środku Tego dnia po porannym objechaniu jednego z fiordów stanęliśmy u podnóża kolejnego podjazdu, który jak się wkrótce miało okazać był dla nas dużo większym wyzwaniem niż Trollstigen. Podjazd w okolicach miejscowości Re zaczął się na wysokości 10 m n.p.m. i skończył na 640 m n.p.m. bez wielkiego parkingu i punktu widokowego, z mniejszą ilością serpentyn, był przez to bardziej stromy. Podjazd ten podjechaliśmy bez zająknięcia, nie robiąc sobie żadnej przerwy, co musimy dziś przyznać, nie było zbyt mądre. Nasze stawy kolanowe wyraźnie odczuły ten odcinek, o czym przypominały przez kilka kolejnych dni. Po przejechaniu 80 km tego dnia dojechaliśmy do końca jeziora Jolstravatnet w stronę Sogndal, na końcu którego znajdował się tunel. Niestety akurat jeden z tych, które w Norwegii nie są przejezdne dla rowerów. Przed wyjazdem trasa była planowana w oparciu o internetowe mapy tuneli w Norwegii (www.cycletourer.co.uk/maps/tunnelmap.shtml), na których faktycznie tunel na naszej trasie nie był przejezdny. Cóż błędy się zdarzają jednak nie skupialiśmy się na tym „dlaczego się tutaj znaleźliśmy”, lecz na poszukiwaniu rozwiązania zaistniałej sytuacji. Rozwiązania, jakie przychodziły nam na myśl były trzy:

1. jechać mimo zakazu,
2. iść tunelem i prowadzić rowery,
3. złapać stopa.



Demokratyczną większością głosów skłanialiśmy się do opcji nr 3. Samochód, którego szukaliśmy musiał być na tyle pakowny, by pomieścić nas oraz nasze rowery. Ruch na tej trasie nie był duży, gdy byliśmy już nieco zrezygnowani powiedzieliśmy sobie, że czekamy jeszcze trzy samochody. Szczęście się do nas uśmiechnęło. Zatrzymał się kamper na fińskich rejestracjach. Nim zdążyliśmy wytłumaczyć, w jakiej sytuacji się znaleźliśmy, że przez ostatnie 40 km nie było żadnego oznakowania, a teraz stoimy przed takim oto tunelem, kierowca wysiadł z samochodu i pakował nasze rowery na dach auta. Sakwy zabraliśmy z sobą do środka ciepłego samochodu. Po drugiej stronie góry pogoda była diametralnie różna. Gdy tylko wysiedliśmy z samochodu musieliśmy natychmiast się ubrać. Długie spodnie, polar, wiatrówka, Radek ubrał nawet zimową czapkę z windstoperem pod kask! Jechaliśmy doliną, było późno i zimno. Noc spędziliśmy na punkcie widokowym, gdzie pomiędzy ławkami na drobnych kamieniach rozstawiliśmy nasz namiot. Los sprzyjał nam jednak i w tym miejscu. Na parkingu znajdowała się toaleta, w której była duża umywalka i ciepła woda. Poza prysznicem mogliśmy również zrobić drobne pranie.

Następne dni to początek wczesnego wstawania. Im dalej na południe tym noce są coraz ciemniejsze i nie można już komfortowo pedałować wieczorami. Ciężko było nam przestawić swoje organizmy na wcześniejsze wstawanie. Otwieraliśmy oczy o 8:30 wyjeżdżając niestety jak zawsze, czyli w okolicach 10:30-11:00.

Norwegia, którą poznaliśmy podzielić można na kilka owocowych regionów. Z początku mijaliśmy wiele krzewów porzeczek, malin, a także sady z jabłkami i pola truskawek. Zapach soczystych malin, które równie często co na plantacjach rosną dziko, wymuszały kilka postojów niezwiązanych z uzupełnieniem wody czy posiłkiem, do których przywykliśmy przez kilka ostatnich dni. Nie skorzystać jednak z malinowej przyjemności byłoby grzechem, w końcu nie samym pedałowaniem człowiek żyje.

W niedzielny poranek 20.07.2014 przetarliśmy oczy ze zdumieniem patrząc się na ośnieżone szczyty norweskich fiordów. Atrakcją były także trzy owce, które zaciekawione trzema rowerzystami z Polski postanowiły zbadać wszystko, co ze sobą przywieźliśmy. Ten dzień zaczęliśmy od solidnego podjazdu na 950 m n.p.m., na szczycie którego czekał na nas (tym razem w pełni namacalny) śnieg. Największy niedowiarek, czyli Kuba musiał sprawdzić czy biała masa obok nas to na pewno to, o czym myśli. W końcu był lipiec, na niebie palące słońce, co potwierdzał nasz strój i opalenizna na tzw. „rowerzystę”. W pięknych okolicznościach przyrody dobiliśmy do 97 km tego dnia, trafiając na miejsce idealne na nocleg. Mała polanka, z miejscem na ognisko i rzeką Espelandselvi, która, jako że przepływała przez dwa jeziora, nie była zimna, co pozwoliło nam się w pełni zrelaksować.



Przestawianie organizmu nie jest rzeczą prostą. Szczególnie dla Króla Drzemek, który następnego poranka budząc się o godzinie 7:30, przestawił budzik na... godzinę później. W efekcie Radek obudził się o 10:00, a nad nim była już tylko sypialnia. Chłopaki zdążyli spakować tropik i swoje rzeczy. Tomasz tradycyjnie zdążył już przygotować kawę i owsiankę, którą wręczył Radkowi leżącemu w swym śpiworze.
Uwielbiam atmosferę, jaka między nami panuje; to, że się nie spinamy, że możemy na siebie liczyć i przede wszystkim czerpać z tego wszystkiego ogromną radochę.” – Radek
Mówią, że w przyrodzie ważna jest równowaga, dlatego my kolejny dzień zaczęliśmy od zjazdu, który zaprowadził nas wprost do Hardangerbrua. Najdłuższego wiszącego mostu w Norwegii, trzeciego w Europie i jednocześnie jednego z dziesięciu najdłuższych mostów na świecie. Ma długość 1380 m, a droga znajduje się 55 m nad wodą. Most zrobił na nas duże wrażenie, a jeszcze bardziej ścieżka pieszo-rowerowa, która bezpiecznie przeprowadziła nas na jego drugi kraniec. Na przygotowanie drugiego śniadania wybraliśmy niewielki port w Eidfiord. Miasteczko liczące niespełna tysiąc mieszkańców jest miejscem cumowania i uzupełniania zapasów potężnych pasażerskich statków wycieczkowych, z basenami, salami tanecznymi i własnymi rowerami, którymi spragnieni ruchu pasażerowie mogą pojeździć na lądzie. Właśnie taką wycieczkę ponad 40 rowerzystów mieliśmy na ogonie przez kilka kilometrów w drodze do Mabo. Kolejna piękna droga wzdłuż fiordu doprowadziła nas do tabliczki informującej, że za 15 km skończy się droga dla rowerów. Po szybkiej analizie mapy papierowej i elektronicznej z niezwykłym zaciekawieniem podążaliśmy dalej. Mapy pokazywały kilka serpentyn, które dosłownie tworzyły spiralę.



Od Ovre Eidfiord podążaliśmy trasą ekstremalnego triathlonu (www.nxtri.com), którego napisy na asfalcie motywowały Nas do jeszcze mocniejszego naciskania na pedały i targania naszych maszyn wraz z sakwami coraz wyżej. Gdy w końcu dojechaliśmy do tabliczki informującej o zamknięciu drogi nie mogliśmy zrozumieć o co dokładnie chodzi. Informacja na tabliczce nie była jednoznaczna. Jak się okazało ostrzeżenia były spowodowane osuwającymi się kamieniami ze skał na odcinku niespełna 200 metrów. Po raz kolejny zobaczyliśmy, jak kraj dba o rowerzystów. Serpentyny, które widzieliśmy na mapie były nową drogą, tunelem wydrążonym w skale! My jechaliśmy starą droga, objeżdżając nowoczesne, zamknięte dla rowerzystów tunele. Po raz kolejny stara samochodowa droga nie była zniszczona czy zaniedbana, lecz wykorzystano i dostosowano ją właśnie dla dwóch kółek, dzięki temu bezpiecznie mogliśmy wjechać na sam szczyt, 1250 m n.p.m. Była to najwyższa wysokość na jaką wdrapaliśmy się na tym wyjeździe. Na górze jedyna droga, która przecinała góry, poprowadzona była pomiędzy tyczkami, które zimą są torem dla odśnieżarek. Po obu stronach po horyzont widoczny był jedynie bezkres, którego nikt z nas nigdy wcześniej nie doświadczył. Była godzina 20:00, a my wciąż byliśmy grubo ponad 1000 m n.p.m. i o ile miejsca na rozbicie namiotu było mnóstwo, bo wszędzie były polanki, pitna woda, o tyle ilość komarów była nie do zniesienia. Zatrzymanie się na dłużej niż 4 sekundy skutkowała kilkoma ukąszeniami i chmurą owadów nad głową. Jedynie turyści w kamperach mogli swobodnie „biwakować”, my musieliśmy zjechać niżej. Rozbiliśmy namiot tuż przed północą, za miastem Haugastol 1000 m n.p.m., gdzie z sąsiedniego jeziora wybija potężne źródło wody.



Tego dnia zrodziło się powiedzenie, które już na stałe weszło do kanonu SundayBikers, a którego autorem jest Radek. Brzmi ono:
„Panowie, wyczuwam niezły zjazd”.
Wszystko spowodowane było niedokładnym ocenieniem trasy, szybkim rzutem oka na gps, na którym wyświetlana trasa miała zaznaczone końce podjazdów i zjazdów. Błąd w ocenie trasy sprawił, że wszyscy liczyliśmy na zjazd, z serpentynami i muchami odbijającymi się od okularów. W rzeczywistości pedałowaliśmy pod górę, wylewając litry potu na asfalt.

Lubimy zjazdy, zawsze mówimy, że zjazd jest nagrodą. Od nagrody właśnie zaczynamy kolejny dzień. Przez prawie 80 km zjeżdżaliśmy. Przyjemnie? Na początku tak. Szczególnie, że z nieba lał się żar i temperatura sięgała ponad 30 °C. Cieszyliśmy się, że nie musimy cisnąć pod górę. Jednakże po kilkunastu kilometrach, gdy nasze nogi nie musiały praktycznie w ogóle się ruszać robiło się nieco… nudno. Nie narzekaliśmy i znaleźliśmy dobrą stronę tej sytuacji. Długi zjazd pozwolił nam zaoszczędzić siły na podjazd na wysokość 850 m n.p.m., gdzie ostatecznie rozbiliśmy swój mały obóz na przydrożnym parkingu. Do dyspozycji mieliśmy drewnianą ławkę ze stołem, miejsce na ognisko oraz kosz na śmieci. Nie było tylko wody, lecz byliśmy przygotowani. Posiadaliśmy łącznie 6 bidonów 0.7 l wody, co wystarczyło nam na przygotowanie kolacji oraz śniadania, ba! nawet wystarczało na umycie zębów.



Podróżowanie jest przyjemne, zmienianie miejsca noclegowego również, lecz mimo wszystko po 11 dniach nieustanego pedałowania człowiek ma w głowie małą, maluteńką myśl, że chciałby trochę odpocząć. Pobyczyć się na zielonej trawie lub we fiordzie z zimnym piwem w ręku. Pedałując przez Norwegię wykorzystywaliśmy nasz urlop. Zamiast leżeć w Egipcie i sączyć drinka z palemką nad brzegiem basenu wybraliśmy taką, a nie inną formę wypoczynku. Jednakże zaplanowaliśmy, uwaga, dwa dni nicnierobienia :D Szaleństwo, wiemy ;) Zanim jednak nastało niewinne lenistwo czekał nas kolejny stu kilometrowy odcinek, na każdą nagrodę trzeba zasłużyć. Tego dnia każdy z nas miał przed oczyma łazienkę i krzesło, na którym można będzie usiąść i się oprzeć. Naszym celem była miejscowość Hov, w której mieszkają nasi przyjaciele – Michał i Paula. Jeśli mamy być szczerzy to nie pamiętamy szczegółów tego dnia. W pamięć zapadł nam obiad, który spożyliśmy tuż przy drodze asfaltowej, którą podążaliśmy. Pamiętamy, że był cień i to nam wystarczyło. Ugotowaliśmy wodę, którą zalaliśmy obiady liofilizowane. Odczekaliśmy 10 minut, zjedliśmy, Kuba pojechał na stację benzynową po coca-colę i naładowani energią ruszyliśmy dalej. O godzinie 19:30 byliśmy na miejscu, dużo wcześniej niż zakładaliśmy.



Goszcząc w Hov mieliśmy przyjemność zwiedzić lokalną piekarnię, w której produkuje się słynne na cały kraj ciastka Lefse. Poznaliśmy cały proces produkcji, od składników, przez maszyny, dekorowanie, pakowanie, na magazynowaniu skończywszy. Każdy z nas inaczej to sobie wyobrażał. Było to pomieszanie niczym z programów „Jak to jest zrobione” lecz bez pulchnego Pana piekarza formującego ręcznie każdy pączek

Jeden dzień lenistwa sprawia, że już wieczorem chcieliśmy wsiadać na rowery, cierpliwie jednak doczekaliśmy poranka. Pożegnaliśmy się z Paulą i Michałem, którzy swą gościnnością doprowadziliby do adopcji naszej trójki. By więc nie sprawiać kłopotu ruszyliśmy dalej. Kolejnym celem naszej rowerowej wyprawy była miejscowość Eidsvoll, gdzie czekali na nas Jola i Kuba. Wpierw jednak musieliśmy wkręcić się na obroty, po całym dniu nic nierobienia, potrzebowaliśmy na to ponad 10 km. Od kolejnego byczenia się dzieliło nas 120 km. Udało nam się skrócić trasę korzystając z przeprawy promowej. Finalnie pokonaliśmy 100 km, meldując się o godzinie 19:00 pod drzwiami naszych przyjaciół. Cieszyliśmy się bardzo, ze udało nam się połączyć wyprawę rowerową z odwiedzinami u znajomych. Gdy prawie daliśmy adoptować się po raz drugi, Kuba powiedział 
„To w jakim kraju mamy jeszcze znajomych? Takie wyprawowanie bardzo mi się podoba ;)”. 
Od początku wyprawy żartowaliśmy, że cały czas wracamy do domu. Było to prawdą, z każdym dniem przybliżaliśmy się do lotniska Gardermoen, z którego opuściliśmy przepiękną Norwegię. Na lotnisko dostaliśmy się nie inaczej jak rowerami, w końcu jak wyprawa rowerowa, to do samego końca. W drodze powrotnej gościliśmy na pokładzie linii Norwegian, która to nie wymagała od nas składania rowerów do kartonu. Było to głównym powodem wybrania tych linii, gdyż nasze kartony porzuciliśmy 1200 km na północ od lotniska pod Oslo i nie chcieliśmy tracić czasu na kombinowanie kartonów tuż przed wylotem. Jedyne, czego od nas wymagano to przekręcenie kierownicy, odkręcenie siodełka i pedałów. Od siebie dodaliśmy jeszcze zabezpieczenie napędu kartonem. Następnie pełni obaw oddaliśmy nasze dzielne rumaki w ręce pracowników lotniska, kończąc wyprawę rowerową „SundayBikers uderzają na północ”.

Ślad gps


PODSUMOWANIE

Radek:

Ciężko jest spisać relację z dwóch tygodni wyprawy. Z jednej strony można powiedzieć „nic się nie działo, cały dzień spędzałem na rowerze” z drugiej strony nie jest to prawdą - nie było przecież tak, że tylko jechaliśmy. Okoliczności przyrody, jakie mieliśmy zaszczyt oglądać, w jakich przebywaliśmy i jakie nas ugościły zasługują na udokumentowanie. Dlatego też zawsze opisujemy nasze przygody, robimy zdjęcia, a będąc w drodze co dzień wieczór uzupełniam pamiętnik podróży, by po powrocie do domu, gdy wpadnę w wir domowych, rodzinnych i zawodowych obowiązków można było odwzorować jak najwięcej. Nasza norweska przygoda, jak lubię nazywać ten wyjazd, w 100% spełniła moje oczekiwania. Trasę, którą przejechaliśmy mogę w 100% polecić, tylko uważajcie przy tunelach, które napotkaliśmy na trasie ;) Białe noce towarzyszyły nam przez ponad połowę wyprawy. Ceniliśmy je pod względem możliwości bezpiecznego pokonywania trasy, lecz musieliśmy pilnować się by spać i regenerować nasze organizmy na kolejne dni.

więcej zdjęć na facebooku

Sponsor wyprawy


Naszą wyprawę wsparli medialnie

Technicznie



Partnerzy

Patronat honorowy


środa, 30 kwietnia 2014

CHOJNICE - GDAŃSK -> Subiektywna relacja Małysza

ROZDZIAŁ I - "WSZYSTKIE i STELAŻ"

25 kwietnia 2014 roku. Dworzec PKP Gdańsk Główny, peron numer 2. Z podziemnego przejścia wyłania się lekko zziajany Małysz. Pociąg ma odjechać za 2 minuty… Małysz rozgląda się niepewnie po peronie, w końcu dostrzega dwa rowery, i dwie sylwetki facetów w rajtuzach.

- Zdążyłem, ale ledwo – krzyknął, zbliżając się do Kuby i Radka. Minutę później na peron wjechał pociąg z napisem „Smętowo” na czole składu….

Pomysł na wyprawę zrodził się podczas luźnych rozmów na Google talku w przerwach w pracy jeszcze zimą.

Sezon powoli się zbliżał, Małysz i Kuba mieli kupić nowe rowery, Radek wrócił z podróży w Himalaje, więc potrzebna była okazja żeby sprawdzić sprzęt i godnie rozpocząć sezon. Ponieważ Małysz nie był jeszcze z grupą na „sakowym” wyjeździe, nalegał, abyśmy pojechali gdzieś na weekend. Panowie pomysł podchwycili, Radek obmyślił ogólny zarys trasy, ustaliliśmy jedyny możliwy termin i …. Trzeba było czekać ponad dwa miesiące aż plany wejdą w życie.

- W który kurnik wsiadamy? – padło pytanie gdy pociąg się zatrzymał.
- W pierwszy, jest pusto - dajesz.

„Kurnik”, czyli końcowy przedział w pociągu typu EZT okazał się luźny, jak na piątkowe popołudnie. W środku siedziała tylko sympatyczną parka z rowerami, również spakowaną na weekendowego tripa pod namiot.

Podróż do Tczewa przebiegła bez zbędnych perturbacji. Miła pogawędka z napotkaną parką, chłodne „napoje energetyczne” i wesoły pan konduktor - to wszystko pozwoliło zrelaksować się po całym tygodniu pracy i przygotować się psychicznie na planowaną w Tczewie przesiadkę do szynobusa w kierunku Chojnic.

- Przedział rowerowy z przodu pociągu – zawołał Małysz do schodzących jeszcze po schodach Kuby i Radka. Dochodząc do przedziału Małysza dostrzegł, że niestety miejsca rowerowe są zajęte przez grupkę gimbo – licealnych kolesi w „strojach sportowych”

- Radek, wsiadasz pierwszy, Ty ogarniesz. – Zawołał.

Radek napiął pierś, władował się do pociągu i – jeszcze spokojnym tonem – spytał kolesi czy mogliby zwolnić miejsce.

- ILE? – Spytał pierwszy z siedzących.
- WSZYSTKIE – odpowiedział już mniej spokojnie Radek.

Po krótkiej wymianie zdań, oglądaniu informacji o miejscu dla rowerów i potwierdzeniu, że mamy kupione bilety na rowery, kolesie odpuścili i udało się wpakować do pociągu, wraz z napotkaną wcześniej rowerową parką.

- Nie stawiaj tak roweru, bo odjedzie i się wyjebie – powiedział lekko nerwowo do Radka Małysz, patrząc jak ten upycha jego nowiutki świecący rower. Na to zdanie odezwał się kolega rowerzysta poznany w poprzednim pociągu:
- Tacy z Was podróżnicy, a prostych patentów nie znacie …. Po czym wyjął z kieszeni gumkę recepturkę i zacisnął ją nią hamulec o kierownicę. Wszyscy panowie popatrzyli na siebie, spuścili głowy i zamilkli…


 Dalsza podróż przebiegała bez specjalnych fajerwerków. Było trochę frajdy z zacinającymi się drzwiami w kiblu, wesołe rozmowy z panią konduktor, trochę gimbazy, trochę nawalonych – ot jak to w PKP….

Około 21: 08 (planowo, – co w PKP jest rzadkością), około 50 minut po zachodzie słońca, udało się dotrzeć do Chojnic.

- To co włączamy lampki i szukamy jakiegoś sklepu? – Padło pytanie.

Jako, że wyjazdu w poszukiwaniu browara nie trzeba nikomu dwa razy proponować, wszyscy trzej dzielnie ruszyli, jak Lucky Luke – w stronę zachodzącego słońca (a przynajmniej tam, gdzie słońce już dawno zaszło).

Nie minęło 5 minut, gdy za rogiem wyłonił się świecący napis „ŹRÓDEŁKO”.


Po uzupełnieniu zapasów płynów Radek odpalił GPS. Rozpoczęła się podróż w nieznane.

Jednym z pomysłów na wyjazd było poszukiwanie „skrzynek” geocachingu z serwisu opencachin.pl

Na piątek wybrane były 4, jednak nie udało się zdobyć żadnej. Pierwsza minięta (a nikomu nie chciało się wracać) druga dwie kolejne nie znalezione po ciemku, mimo podjętych prób a ostatnia świadomie pominięta, gdyż znajdowała się pod mostem, gdzie wchodzenie po ciemku mogłoby skończy się zbyt gwałtownym myciem.

Pierwszym, proponowanym przez Radka, miejscem na nocleg było jezioro niedaleko Małych Swornychgaci, jednak w połowie trasy okazało się, że znajduje się ono na terenie parku krajobrazowego. Przed wjazdem do parku stało kilka tablic z opisami, czego nie wolno, coś o „Natura 2000” i kilka innych informacji, które skutecznie zniechęciły do noclegu „na dziko” w tym miejscu.

Drugą propozycją (Małysza) było jeziorko „Małe Głuche” z drugiej strony Małych Swornyhcgaci” już po za terenem parku.

- Radziu, czy ta droga jest na pewno na mapie – spytał jeszcze spokojnie Kuba
- Tak, spoko jedziemy
- Radziu, ale na pewno? – Padło pytanie, gdy droga nagle znikła, a ścieżka prowadziła w ciasny zagajnik
- No przecież jest na mapie – jedziemy…

W tle dało się słyszeć przyśpiewkę zaczerpniętą ze stadionu:

-"Jesteśmy chuj wie gdzie, dobrze bawimy się, la la la ..."

Ścieżka ostatecznie się skończyła i trzeba było przedzierać się przez zagajnik po dość stromej skarpie.

Po dojechaniu nad jeziorko, okazało się, że przez bagna, krzaki i strome brzegi nie ma tam odpowiedniego miejsca na rozbicie namiotów. Poszukiwania trwały około pół godziny i zaprowadziły nad drugie, podobnie usytuowane jeziorko. W końcu w akcie desperacji, około 23: 30 udało się znaleźć kawałek w miarę płaskiego miejsca, gdzie ledwo mogły się zmieścić dwa namioty. Zapadła decyzja o pozostaniu.


- O KURWA panowie … - Ciszę przerwał głos Radka, przechodzący w nerwowy śmiech…
- Pół roku temu wyjąłem stelaż do namiotu żeby go podreperować i … został w szafie …

Kilku dalszych zdań ze względu na młodocianych czytelników nie ma, co przytaczać, zresztą każdy się domyśla.


Po małej nerwówce, podczas której Radek, dość zrezygnowany, już planował, że wszyscy trzej będą spali w małym namiocie, który wiózł Małysz, inicjatywę przejął Kuba. Namiot udało się rozstawić, (jeśli można to tak nazwać) za pomocą sznurka, ekspanderów i taśmy izolacyjnej.

Około 01: 00, po kolacji gotowanej na małym przenośnym palniku, i wypiciu chłodnego browarka, wszyscy poszli spać z budzikiem nastawionym na 7: 45 rano.


Dla statystyk – trasa wiodła z Chojnic przez Charzykowy, Funkę, Małe Swornegacie w okolice jeziora Małe Głuche.

ROZDZIAŁ DRUGI - "WINETU, OPONA i PSTRĄG"

Po ciepłej nocy i dość chłodnym poranku, przerwanym na chwilę dźwiękiem budzika, ciszę ostatecznie przerwał głos Radka

- Jest 9: 00, chyba musimy wstawać ….

Po serii jęków, stękania i kilku epitetach określających temperaturę i „wygodę” spania na ziemi, wszyscy wyłonili się z namiotów. Za dnia okazało się, że namioty stały jednak dość blisko jeziora i co gorsza – na tyle blisko szosy, że wszyscy byli z niej bez problemów widoczni.

Po śniadaniu, i pakowaniu ekipa ruszyła w dalszą drogę. Plan na sobotę to około 65 km przez miejscowości Swornegacie, Laska, Parzyn, Leśno, Wiele, Olpuch do jeziora Strupino koło Szenajdy.

Pierwsza atrakcja czekała już po około 300 metrach za pierwszym zakrętem. Okazało się, bowiem, że miejsce noclegowe znajdowało się nie tylko niespodziewanie blisko drogi, ale też około 300 metrów od LEŚNICZÓWKI. Na szczęście obyło się bez żadnego przypału.



Po dojechaniu do Swornychgaci nadszedł czas na przerwę „na drugie śniadanie” na trawniku z widokiem na jeziorko, przy miejscowym sklepie. W czasie śniadania zza drzew wyłonił się pan z torbą nawozu, prosząc o przestawienie rowerów z „trawnika”. Trawnikiem nazwał piaskową skarpę z kilkoma zielonymi miejscami. Ku ogólnemu zdziwieniu zaczął posypywać piach nawozem, mówiąc coś o pięknym trawniku, który ma podobno w tym miejscu wyrosnąć… Później wdał się w dyskusję z ekipą i napotkaną rowerzystką na temat niemieckiej wersji filmu Winetu i narodowości głównego aktora … To był idealny czas, aby zwinąć się i wyruszyć w dalszą drogę.


Po niecałym kilometrze udało się jeszcze zatrzymać w stanicy wodnej PTTK, aby sprawdzić stan miejscowych toalet.

W planie na dalszą drogę znów było przygotowanych kilka „skrzynek” geocachingowych. Niestety w poszukiwaniach pierwszej przeszkodził wędkarz siedzący na moście, pod których skrzynka rzekomo była ukryta.

Dalsza, piaskowo – szutrowa droga – wiodła przez malownicze lasy i pola w kierunku miejscowości Laska. Po trasie ekipa zatrzymała się na małą przerwą na wspólne foto, po czym wyruszyła na dalsze poszukiwania.

- Radek, to jak daleko do następnej skrzynki?
- Jakieś 20 – 30 metrów za zakrętem będzie skrzynka „DĄB”

Po przejechaniu jeszcze około 400 metrów i jednym małym powrocie po skręcie w złą drogę, udało się dotrzeć do punktu wskazanego przez współrzędne.


Miłym zaskoczeniem był sklep i ławeczka. Po zakupieniu oranżady marki Radler, Małysz zabrał się za rozszyfrowywanie miejsca ukrycia „skrzynki”, następnie Kuba i Radek ruszyli podjąć zdobycz.

Udało się za pierwszym podejściem i już po kilku minutach można było wpisać zaliczenie pierwszej ( i jak się miało później okazać ostatniej) zdobytej skrzynki na tym wyjeździe.


Dalsza droga, już asfaltem (lub jak woli mówić Kuba „SZOSĄ”) wiodła znów przez malownicze pola, lasy i wioski. Po drodze drobne przerwy na picie, batona i inne potrzeby. Kolejnym „dużym” celem była miejscowość Wiele, gdzie „podobno” miała być knajpka z daniami obiadowymi…

- Dzień dobry, czy gdzieś tu w okolicy można coś zjeść? Takie i podobne pytania zadawał każdy kilku napotkanym osobą. Odpowiedzi były różne – od napawających optymizmem w stylu:

- Tu za rogiem jest restauracja, bar itp.

Po mniej optymistyczne w stylu:

- Najbliższy czynny bar dopiero w Karsinie.

Wszystko było zamknięte, Karsin nie po drodze, więc wybór padł na bułkę, parówkę i oranżadę marki Radler z miejscowego sklepu, a potem się zobaczy…

Równolegle w tle można było usłyszeć kolejną przyśpiewkę:

-"Co to za miasto, co to za wieś, ani poruchać, ani coś zjeść..."

Podczas, gdy Małysz i Radek robili zakupy, Kuba rozmawiał przez telefon, gdy nagle usłyszał głośny wybuch, który zainteresował nawet miejscowych, siedzących na przystanku PKS po drugiej stronie ulicy.

Chwilę później Radek, wychodząc ze sklepu zobaczył, że jego tylna opona eksplodowała, a rower stoi na pięknym flaku.

Tu śmiech przeplatał się ze zdziwieniem i słowami, których znów przytoczyć nie mogę.

Na szczęście za sklepem znajdował się park z ławeczkami, gdzie można było spokojnie zjeść, wypić i zmienić gumę.


Cisze podczas odpoczynku pod koniec naprawy przerwał dopiero grzmot z nadciągającej chmury burzowej. Mino zapewnień od napotkanego przechodnia, że padać nie powinno i przejdzie bokiem, ekipa ruszyła w dalszą drogę.

Następnym celem był Olpuch, gdzie znajduje się bardzo dobry bar „Drewutnia”.

Na trasie dwie przerwy. Pierwsza w poszukiwaniu kolejnej skrzynki, ukrytej w starym podziemnym bunkrze na terenie nieczynnego lotniska wojskowego. Bunkier udało się odnaleźć, jednak ściana z muszek, komarów i innego latającego robactwa, zniweczyła dwie próby wejścia do środka. Zresztą po chwili zaczął dość intensywnie padać deszcz, więc po krótkim sprincie pod daszek w mijanej w Borsku knajpce, nastąpiła druga przerwa.

Ulewa okazała się krótka, można było ruszyć dalej, i po niedługim czasie dojechać do Olpucha.

Tam, w miejscowym sklepie wszyscy zakupili artykuły pierwszej potrzeby na kolację i śniadanie (serek, chleb, woda, piwo, kiełbasa) i, po łyku tajemniczego płynu, który Radek miał w piersiówce, ekipa dojechała do baru Drewutnia.


- To, co ja będę jadł – spytał Kuba.
- Tam masz napisane – odpowiedział Małysz wskazując tablicę z krótkim, aczkolwiek ciekawy menu.
- A Ty, co będziesz jadł – dopytywał dalej Kuba
- Pstrąga smażonego frytki, surówka i browar – odpowiedział Małysz
- To ja też chce taki zestaw, odpowiedział Kuba i poszedł zając miejsce na dworze.

Ostatecznie zamówienie opiewało na 3 identyczne zestawy – nie wiadomo tylko, czemu Radka pstrąg był o 2 zł tańszy (lżejszy) niż dwa pozostałe.

Wybór okazał się strzałem w 10-tkę, a zmęczenie, piwo i miła atmosfera spowodowały, że ekipa zaległa w Drewutni ponad godzinkę.

-KUBA NA, CO PATRZYSZ? – Spytał Małysz, widząc jak ten wpatrywał się bez ruchu z błogim wzrokiem i lekko rozchylonymi ustami na dwie blondynki wychodzące właśnie z baru.
- A nic nic tak tylko się zamyśliłem… Odpowiedział jeszcze rozmarzony Kuba, po czym wszyscy zamilkli żeby nie wzbudzać podejrzeń, gdy dwie nieznajome przechodziły koło ich stolika.

Kolejne pół godziny minęło na odpoczynku i spokojnym dopijaniu chłodnego browarka na ławeczce. Jedynie Kuba odkrył, że w środku baru stoi wielki wygodny fotel. Co było dalej, każdy się domyśla …


Po skończeniu posiłku i oderwaniu Kuby od fotela, ekipa ruszyła w stronę jeziora Strupino, niedaleko miejscowości Szenajda, gdzie przed laty każdy z członków SundayBikers jeździł na harcerskie obozy.

Gdy przybyli na plażę, okazało się, że w miejscu gdzie planowany był nocleg, stoi namiot a w nim 3 wędkarzy. Ponieważ jezioro jest prywatne i nie bardzo można się bez zgody rozbijać, rozwiązania były dwa. Albo dogadać się z wędkarzami, albo przenieść się na pobliskie pole namiotowe – z ryzykiem, że trzeba będzie za nie zapłacić.

- To co robimy? – Padało, co chwile pytanie – Przenosimy się czy gadamy z nimi?
- Ja pogadam – powiedział Radek, po czym udał się na „rozmowy”.

Udało mu się ustalić, że jezioro owszem prywatne, ale las państwowy, więc na własną odpowiedzialność rozbić się można, a wędkarze nie będą robić problemów, bo sami na dziko zostają na noc. Dodali ponoć coś jeszcze, że nie wolno rozbijać w lesie niczego, co ma podłogę, a ich namiot podłogi nie ma, więc oni zostają. Tego jednak nikt nie zrozumiał. Ważne było, że nie trzeba jechać dalej. I gdy wszyscy wstali żeby ogarniać namioty – zaczął padać deszcz….

- Dobra szybko rozstawiamy jeden żeby schować graty a potem się zobaczy – powiedział Małysz, i wszyscy ruszyli na szybko ruszyli do pracy. Udało się dość szybko, jednak komora namiotu i tropik zdążyły już dość mocno namoknąć.

Gdy namiot już stał, przestało padać..


Deszcz, mimo że już minął, popsuł wszystkim humory, i gdy wydawało się, że gorzej być nie może, nagle Radek wpadł na „genialny” pomysł :

- Małysz, bo wiesz, jak się rozstawia namiot bez stelaża na sznurkach i nie jest naciągnięty, to w czasie deszczu on będzie przeciekał, i może nie będziemy go rozkładać i zmieścimy się we trzech w Twoim namiocie…

Dodam, że namiot, który Małysz miał ze sobą, był tak mały, że dwie osoby leżące na plecach mieściły się na styk, a długie nogi Małysza na długość nie mieściły się wcale.

- Pomysł w sumie chujowy – odparł Małysz, – ale jak nie ma innej możliwości, to możemy spróbować się zmieścić.

Niestety Małysz wtedy jeszcze nie wiedział, jaki błąd popełnił.

Po przebraniu się w suche ciuszki, przyszedł czas na długo wyczekiwane ognicho. Na plaży było już jedno wypalone miejsce, w którym pozostały dwie duże kłody, na których można było spokojnie postawić menażkę i bardzo turystycznie ugotować sobie wodę na herbatkę i zupkę chińską. Radek i Kuba byli w stanie jeszcze jeść, Małysz, po rybce nie był już w stanie.

Wieczór upłynął spokojnie na wpatrywaniu się w ogień, robieniu zdjęć zachodzącego słońca, i sączeniu chłodnego browarka.



Najgorsze nadeszło, gdy wszyscy zaczęli pakować się do namiotu. Pierwszy pod ścianę Kuba, potem pod drugą ścianę Małysz. Na końcu dotarł wesoły Radek, kręcąc się, wiercąc i wesoło podśpiewując, – bo akurat w tym momencie włączył mu się humorek. Po serii zaczepek, przyśpiewek i dowcipasków nastała wreszcie błoga cisza.
Nagle:

-Panowie, idę się odlać – powiedział ucieszony Radek, i cała akcja z wychodzeniem i wchodzeniem zaczęła się od nowa. Na domiar złego Kuba i Małysz odkryli, że namiot przecieka, cała ściana i część podłogi jest zimna, oraz wilgotna lub mokra.

Dalsza noc na szczęście już w ciszy, z małą przerwą na wyjście Małysza na siku i dmuchaniem nosa Kuby około 2 w nocy.

ROZDZIAŁ III - "KREW, POT I ŁZY"

Około 7: 45 sen przerwała piosenka Mamma Mia zespołu ABBA płynąca z budzika Radka. Radek, zamiast wyłączyć budzik i włączyć, chociaż 5 minutową drzemkę, zaczął wesoło podśpiewywać. Dopiero głośne:

-Weź to kurwa wyłącz – warknięte przez zaspanego, przemarzniętego i obolałego Małysza poskutkowało wyłączeniem ABBY i 15 minutową drzemką.

W porównaniu do poprzednich, słonecznych i ciepłych dni, poranek był słaby. Niebo zachmurzone, mocny zimny wiatr i wszechogarniająca wilgoć nie nastrajały pozytywne. Kuba i Małysz wyczołgali się z namiotu z wyraźnie zmęczonymi twarzami i lekko wkurzonymi minami. Humory nieco poprawiło dopiero śniadanko z ciepłą zupką, herbatą i kanapkami z serkiem topionym.


Po złożeniu obozowiska przyszedł czas na dalszą drogę. Plan na niedzielę to powrót do Gdańska przez Kościerzynę, Kartuzy i Żukowo.

Po dojechaniu do Kościerzyny i zwiedzeniu miejscowego WC na dworcu PKS, Małysz zakomunikował:

- Jest kryzys, napierdalają mnie uda, musimy zmienić trasę, albo sam po drodze się zwinę krócej lub na pociąg.

Po kilku zdaniach otuchy i stwierdzeniach w stylu „nie pierdol, dasz radę, jedziemy dalej”, grupa ustaliła, że jedziemy dalej i „się zobaczy”.

Trasa wiodła przez wioski, szutrowo piaskową drogą biegnącą w sporej części w śladzie planowanej przed wojną linii kolejowej. Po drodze kilka wiaduktów kamiennych prowadzących do donikąd i kilka efektownych nasypów.


Po dotarciu do Szymbarka przyszedł czas na przerwę na „drugie śniadanie” na ławce pod jednym ze sklepów.

Tam Małysz oznajmił, że uda odmówiły posłuszeństwa i jedzie do Wieżycy żeby wsiąść w pociąg do Rębiechowa i dotoczyć się do domu.

-Kurwa. Mieli skończyć remont torów – Powiedział nagle Małysz.

Okazało się, że akurat między Wieżycą a Żukowem wprowadzona jest zastępcza komunikacja autobusowa na czas remontu torów i rowerów przewozić nie można.

Na prośbę Kuby, grupa miała deadline na powrót na godzinę max 17: 00. Było około 13: 00 i szanse na przejechanie w tym czasie trasy, proponowanej przez Radka, malały z minuty na minutę.

Małysz stwierdził, że nie chce opóźniać grupy, i odłączy się wracając powoli główną szosą Kościerzyna – Gdańsk.

Kuba powiedział, że najwyżej sam pociśnie żeby zdążyć. Zrobiło się trochę nerwowo…

Po ostatecznym rozładowaniu napięcia zapadła decyzja, że jedziemy razem szosą proponowaną przez Małysza a potem znów „się zobaczy”.

Wszyscy ruszyli pod górę, na 2 kilometrową wspinaczkę do stóp Wieżycy, gdzie można skręcić na szosę.

Na podjeździe całą grupę minęła, ledwo jadąca pod górę, motorynka z przyczepką, na której, jak gdyby nigdy nic, siedziała sobie koza, ciesząca się urokami wycieczki.

Po przebiciu kilku kilometrów główną szosą, dzięki jeździe w ciasnej grupie i „ciągnięciu” Małysza (jak kol wiek to brzmi) przez Radka i Kubę, w Małysza wstąpiło drugie życie i udało się całkiem nieźle rozpędzić.

Dalej trasa wiodła przez Egiertowo, Borcz i Babi Dół potem boczną drogą do Przyjaźni z małą przerwą na regenerację na stacji benzynowej.

- To gdzie jedziemy dalej – zapytał Małysz
- Ja proponuję przez Otomin, tak jak planowałem – odparł Radek
- A może przez Czaple – wtrącił Kuba

Tu znów nastąpiła lekka nerwówka, wymiana zdań, brak możliwości podjęcia decyzji, po tym jak każdy stwierdzał, że mu to obojętnie, kilka epitetów na temat decyzyjności, kupowania jedzenia i nieodzywania się do siebie …

Ostatecznie wybór padł na trasę przez Czaple.

Dalej już bez historii. Długi zjazd, ostry podjazd do Czapli, przejazd przez Kokoszki do kładki rowerowej.

Na Jasieniu w kierunku domu odłączył się Radek, Kuba z Małyszem zjechali dalej do siebie.

Cała trasa zakończyła się przejechaniem łącznie około 170 – 180 km, wypiciem kilku piw, kilku Radlerów, jednym ogniskiem, jedną przebitą oponą, dwoma nocami w namiocie i zjedzeniem dobrej ryby w Olpuchu.

Na koniec parafrazując słowa z pewnego utworu literackiego:

„I jak też tam z nimi byłem, jadłem piłem i jeździłem”

Zapraszam na profil Sundaybikers na Facebooku.


Z pozdrowieniami
MAŁYSZ