sobota, 12 października 2013

Na wschód od Edenu.

W ostatnie weekendy wychodzą wyprawy rowerowe, oj wychodzą... jeszcze niedawno Hellowaliśmy, a teraz wykręciliśmy ok 160 km (Kędzior nawet 176 - życiówkę) w kierunku rosyjskiej granicy.
Tym razem względnie wyspani, także mieliśmy tylko 30 minut opóźnienia na starcie. Wyruszyliśmy o 7 rano z Gdańska. Było.. zimno. Na szczęście pouzupełnialiśmy ostatnio garderobę, więc byliśmy przygotowani nawet na -10. Chociaż przeprawa promowa w Świbnie dała się nam mocno we znaki.

Cała trasa właściwie płaska, z wyjątkiem ostatniego fragmentu od Kątów Rybackich i dalej, w okolicy Krynicy Morskiej. Tam czekały nas krótkie podjazdy i zjazdy, ale jak wiadomo Sandały uwielbiają górki. Pod sam pas graniczny nie dotarliśmy - ślepa uliczka najdalej wysunięta na wschód była dla nas wystarczająca.

W mijanych miejscowościach wyraźnie widać ich turystyczny charakter. Świeciły pustkami. Mimo tego bez problemu znaleźliśmy knajpkę w Krynicy Morskiej dla obiadowego uzupełnienia kalorii.

Droga powrotna upłynęła nam na hamowaniu himalajskich zapędów Radzia do wykręcania średniej odcinkowej 27 km/h - Kędzior skupiał się w tym czasie na robieniu życiówki, a ja na pilnowaniu swojej kontuzjowanej kostki, żeby za głośno nie piszczała. Mimo tych drobnych wszak przeszkód uważam, że wynik trasy ze średnią powyżej 18 km/h był zadowalający.

Sandały w szczytowej formie - na potwierdzenie podam, że tegoż samego dnia wieczorna impreza przeciągnęła nam się do 5 rano.

Wschód załatwiony, północ i południe też. Zaczynają nam się powoli kończyć pobliskie trasy - chyba trzeba zwiększyć dystanse...

Kubuś.

wtorek, 24 września 2013

Hellride 2 czyli "jestem na pierwszym*"

Po raz drugi zaatakowaliśmy półwysep. Pierwszy raz jechałem z Kubusiem dwa lata temu odcinek z Helu do Gdańska. Tym razem dorzuciliśmy sobie kilometrów, ile można bujać się w okolicy setki ;) i przejechaliśmy trasę Reda-Hel-Gdańsk. Odcinek Reda-Hel-Władysławowo dzielnie przepedałował z nami Małysz, który podwoił swój dzienny kilometraż na rowerze kończąc z wynikiem około 102 km - ode mnie wielki szacun! Ale może od początku....

Jak to jest, że na rower SundayBikers wstają o każdej porze, a do pracy mają problem? ;) Musimy sobie znaleźć inną pracę :) Mój budzik zadzwonił o 5:10. Po drodze zgarnąłem Jakuba oraz wykonałem kontrolny telefon do Małysza, który również wstał planowo. O 6:30 byliśmy już wszyscy w SKM w Gdańsku Głównym w kierunku Redy, o 7:31 osiodłaliśmy maszyny i udaliśmy się w drogę. Trasa zaplanowana była bocznymi szosami i ścieżkami rowerowymi także o 11:45 dotarliśmy na Hel. Jak Hel to i rybka, nie wiemy czy mrożona czy z porannego połowu, ale dorsz którego wszyscy zamówiliśmy smakował wyśmienicie. Obiad niczym u babci bo o godzinie 12:00 lecz picie nieco bardziej kaloryczne bo Specjalne, a nie kompot z wiśni ;) W wybranym przez nas miejscu na obiad mają ciekawe podejście do klienta: zamawiając zestaw w postaci zupy (do wyboru dwie) oraz tzw drugiego dania, gdy klient nie powie jaką zupę chce obsługa uznaje to za rezygnację z niej. Czemu nie zapytają jaką zupę wybieramy? Dlaczego nie odliczą jej od rachunku? Nie wiemy, upomnieliśmy się o zupę której nie dostaliśmy i zjedliśmy duży dwudaniowy obiad w dobrej cenie. No dobra... zupa była średnia :P


O godzinie 13:00 ruszyliśmy w drogę powrotną, nieco lżejszym tempem bo aż do Władka wiał nam wmordewind. Jak już pisałem wyżej Małysz rozstał się z nami we Władysławowie zapowiadając, że następnym razem atakuje 150 km jednego dnia :) W drodze powrotnej odkryliśmy, ścieżkę rowerową wokół Pucka, która polami wyprowadziła nas do Rzucewa, następnie przez Kosakowo i Pogórze dotarliśmy do znanych nam rejonów. W Gdańsku Głównym zameldowaliśmy się przed 21:00 na kawie u Małyszów :)

*jestem na pierwszym - takimi słowami przywitał mnie Jakbu gdy go budziłem o 5:35, biedak nie pamiętał tego nawet...takie są skutki powrotu z imprezy o 4:00 i pójścia na rower - drugi szacun tego dnia!




poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Szklarska Poręba 2013 - relacja z wyprawy

Dlaczego Szklarska? Gdy pomysł pojechania w góry okazał się realny okazało się to najlepsze dla nas miejsce na rowerowe góry. Czynnikami które nas interesowały były:
- mnogość tras rowerowych
- różne stopnie trudności tras
- możliwie jak najkrótszy dojazd PKP
Do tego wszystkiego internet aż huczał informacjami o przyjazności regionu dla rowerzystów, o trasach dla każdego, o trasach maratonów i całodniowych wycieczkowych. Wszystko to okazało się prawdą, a jak to wyglądało z naszej perspektywy? Wszystko poniżej dzień po dniu, zapraszamy.



Dzień pierwszy - "droga długa jest"

W relacji z Bornholmu można znaleźć informację, że Radek jest królem drzemek. Tak też zaczyna się nasz drugi wyjazd.
Plan był następujący:
- o godzinie 3:30 przyjeżdża Bynio i zawozi nas do Laskowic Pomorskich, gdzie wsiadamy w pociąg i jedziemy już sami
Niestety, pakowanie, plotkowanie i ostatnie ustalenia sprawiły, że położyliśmy się o godzinie 1:30. O godznie 3:36 zadzwonił telefon "Panowie czekam już na dole". To był nasz budzik, bo te właściwe przespaliśmy ;)
Na szczęście zbieramy się szybko, pakujemy rowery i sakwy do samochodu i o 3:50 ruszamy z Gdańska.
Do Laskowic docieramy o 5:15 więc na spokojnie składamy rowery i montujemy bagaże. Idziemy na peron, na którym stały dwa pociągi, żółty i brązowy. Stały na jednym torze więc uznaliśmy że to jeden pociąg. Nic bardziej mylnego, były to dwa pociągi jadące w różnym kierunku, dzięki Bynio że to zauważyłeś, bo byś nas wiózł do Inowrocławia ;)
W pociągu odpalamy tradycyjne jajko na twardo i mkniemy na południe :)


Następnie przesiadka do Poznania, by następnie ruszyć do Wrocławia. Do Wrocka docieramy z pół godzinnym opóźnieniem co daje nam tylko półtorej godziny czekania na kolejny pociąg. Wsiadamy więc na rowery i pedałujemy na rynek.
Ostatni pociąg do Jeleniej Góry odjeżdża planowo.


Do Jeleniej Góry docieramy o godzinie 17:50, stąd już tylko 20km do Schroniska Szkolnego Wojtek, w którym Tomasz zabukował noclegi. Siodłamy więc maszyny i ruszamy. Docieramy tuż przed godziną 20:00.
Cała podróż zajmuje nam 16 godzin.


Kładziemy się do łóżek o 21:40 :)



Dzień drugi - rozgrzewka

Dzień pierwszy w górach zaczynamy od rozgrzewki, nie ma co od razu rzucać się na całodzienne trasy, toć są to nasze pierwsze w życiu rowerowe góry! Na cel obieramy trasę nr 5. Przed wyruszeniem na trasę udajemy się do informacji turystycznej, skąd mieliśmy pobrać darmową mapkę szlaków. Niestety, pracownik informacji leniwie wzrusza ramionami. Po kilku pytaniach pomocniczych udaje mi się wyciągnąć z niego informacje, że mapki są dopiero w przygotowaniu. Kupiliśmy mapę w sklepie.






Tego dnia jemy obiad na mieście, ale popołudniu wyruszamy jeszcze do sklepu po niezbędne artykuły do przygotowania samodzielnie obiadu na następny dzień. Wyszliśmy z założenia, że skoro mamy w pełni wyposażoną kuchnię to jutro będzie chińszczyzna. Trasa do sklepu dodaje do naszego dystansu 11km.



Dzień trzeci - wyprawa do Czech

Po udanej rozgrzewce i bardzo długiej nocy wstajemy około 8:00, Radek jak zwykle później :P
Tego dnia mamy w planie zaatakować naszych południowych sąsiadów, oczywiście atak bardzo przyjacielski i turystyczny. Ruszamy trasą nr 2. Granicę w Jakuszycach przejeżdżamy z górki nie zwalniając nawet na dawnym przejściu granicznym, dobrze że nie było tam fotoradaru, bo mieliśmy zdecydowanie za dużo na naszych budzikach! Trasa po czeskiej stronie również wiedzie z górki przez co przegapiamy skręt na szlak i dojeżdżamy do Harrachova.


Pierwszym miejscem jakie odwiedzamy jest mały pub, w którym raczymy się piwem czy dwoma i po dwóch godzinach ruszamy pod skoczenie narciarskie i następnie na szlak. Trasę musieliśmy zmodyfikować lecz wracamy na szlak. Po 10 km rowerowej wspinaczki czekała na nas nagroda :) Zjazd, na którym rozpędziliśmy się do magicznych 63,5 km/h Hell yeah! Dobrze, że zboczyliśmy z trasy, dobrze że nie podjeżdżaliśmy tego odcina, to nic że obcięliśmy około 3 km szlaku, było warto!





Dzień czwarty - pętla wokół Szklarskiej Poręby

Tego dnia ruszamy trasą nr 3. pod patronatem radiowej trójki. Szlak wokół Szklarskiej Poręby, trasa nie długa za to mocno techniczna. Sporo podjazdów, szybkich zjazdów, a w jej południowej części szlak rowerowy pokrywa się z pieszym w drodze do Wodospadu Szklarskiego co dodatkowo uatrakcyjnia trasę. Dobrze wybraliśmy kierunek pętli i na wspólnym odcinku jedziemy w dół, omijając przechodniów i ich małe pieski.



Po obiedzie ruszamy drugą pętlę trasą, której numeru w chwili pisania relacji już nie pamiętamy, a zapiski z wyjazdu milczą na ten temat...





Dzień piąty - dwie pętle

Relację z tego dnia rozpoczniemy dialogiem z poprzedniego wieczoru:
R: skoro wczoraj zrobiliśmy dwie pętle to jutro robimy tak samo, rano zrobimy trasę ok 45 km, wrócimy na obiad i pojedziemy jeszcze 35 km
T: eee... jak wstaniesz rano i zrobisz obiad to nie ma problemu, ale musiałbyś wstać o 6:00 (śmieję się pod nosem Tomasz)
R: ok, nie ma problemu nastawiam budzik na 5:30
T: jasne już widzę ja wstajesz

5:30 dzwoni budzik Radka, Tomasz z uśmiechem zerka jak ręka wyłącza budzik
5:32 Radek wstaje

O godzinie 6:05 obiad był już gotowy, spaghetti bolognese, pozostało tylko ugotować makaron, ale to jak wrócimy z pierwszej pętli. Po śniadaniu napełniamy bukłaki i bidony wodą i ruszamy trasą nr 10.





Na obiad wracamy około godziny 14:00, dowiadujemy się, że zgodnie z regulaminem nie powinno nas w być w schronisku pomiędzy 10:00, a 17:00, hmmm no cóż ;) Gotujemy makaron, spijamy chmielowego energetyka i ruszamy na drugą pętlę. Tomasz nieco się opierał, ale skoro król drzemek dotrzymał słowa to i on musiał :)


Trasa nr 7 okazała się niezwykle nuuudna i monotonnna. Opisywana jako wycieczka całodniowa, nie wiemy jakim cudem. Wpierw asfaltem 10 km lekko pod górę, by następnie zjechać 9 km szturową drogą bez pedałowania. Uwieżcie nam przez 9 km zakręciliśmy korbą może 3 razy, no nuda na maxa :P Do tego wyszło nam 10 km mniej niż planowaliśmy. Trudno bywa i tak, za to pod koniec trafiliśmy na oberwanie chmury i w końcu coś się działo :)




Dzień szósty - wracamy do domu

Schronisko musieliśmy opuścić do godziny 10:00. Uznaliśmy, że nie wyjeżdżamy już na szlaki, z resztą wszystko co najciekawsze zjechaliśmy. Pozostał jeden szlak ok 60 km oraz kilka małych po ~10-15 km, które z resztą przejechaliśmy w drodze na inne szlaki, które zjeździliśmy.
Droga do Jeleniej Góry zajmuje nam zdecydowanie mniej czasu niż pierwszego dnia. Co tu robić przed 12:00? Zwiedzamy rynek, bardzo ładny polecamy! I idziemy na piwo i pizze :)


Następnie zmieniamy lokal na park przy dworcu PKP, gdzie już tylko 4 godziny do odjazdu pociągu....




Podsumowanie

Radek:
Oznakowanie tras w mieście fatalne, na skrzyżowaniach ulic często brakuje oznakowań, na trasie czasem trzeba się domyślać, więc bez mapy ani rusz.


Poza tym bardzo pięknie miejsce, które spełniło moje rowerowe oczekiwania. Zostałbym jeszcze jeden dzień dłużej, a przy następnym podobnym wypadzie zdecydowanie od samego początku będę robił dwie pętle jednego dnia. Niby środek sezony, a trasy rowerowe praktycznie puste, co sprawiało jeszcze większą radochę.

Niestety w pamięć zapadło mi kombinowanie przejazdu PKP, wniosek jaki nasuwa mi się po powrocie to:
- jestem za uczciwy, kombinuje i szukam pociągu, który zabierze nasze rumaki z sobą, w rzeczywistości lepiej nie mieć biletu i zrobić następująco:
- znaleźć pociąg, którym chcemy jechać
- jeśli jest jeszcze miejsce na wieszakach zająć najbardziej nam odpowiadające
- jeśli jest 3:00 nad ranem i jest Was czwórka oczywiście z rowerami to bez skrupułów wsiadasz do pociągu, a rowery wpierdalasz jeden a drugi, to nic że w przedziale rowerowym jest już 6 rowerów, zawsze jakoś da się upchnąć kolejne
- następnie szukasz miejsca siedzącego, to nic że nie masz wykupionego biletu wraz z miejscówką
- czekasz aż konduktor będzie sprawdzał bilety
- bez zbędnych tłumaczeń kupujesz bilet dla siebie (niektórzy nawet nie wspomnieli o rowerze)
- konduktor nic nie powie na piramidę rowerów, to nic że pociąg przystosowany jest tylko na trzy.

Można powiedzieć, że konduktor jest po stronie rowerowych turystów, jakby zaczął wyrzucać ludzi z rowerami bo nie ma dla nich miejsca były ostry dym. Dla mnie była to (raczej, bo nigdy nie mów nigdy) ostatnia podróż z rowerem w TLK, już wolę regionalne, gdzie nikt nie będzie bezmyślnie rzucał rowerów jeden na drugi.

Kędzior:
Podział dotyczący wyjazdu uważam za sprawiedliwy... zająłem się noclegiem. Jedyna rzecz jaka sprawiła trudności to decyzja Radka - gdzie w końcu jedziemy!!?? :)
Początek był trudny, przejazd z sakwami do schroniska był, nazwijmy to, dość wyczerpujący. Nie wspomnę o paru chwilach, gdy mięsem rzucałem na lewo i prawo. Następne dni to już tylko ból mięśni ud i tyłka! Trzeciego dnia zmuszony byłem do zakupu spodenek z pampersem - polecam, załorzyłem i jakbym na kanapę usiadł!
Ale o tym wszystkim i tak można zapomnieć! Każdego dnia widzieliśmy coś innego, tj. trasa, nawierzchnia, kąt nachylenia podjazdów i zjazdów. Osobiście zakochałem się w trasach "wymagających technicznie", bo podjazd pod górkę zwykłą drogą stał się nudny! Gorąco zachęcam do wykorzystania rowerów MTB zgodnie z przeznaczeniem, czyli W GÓRACH!!

sobota, 27 lipca 2013

Szklarska Poręba - nadjeżdżamy!

Ponoć nie ma nic lepszego niż spontany! Kilka miesięcy temu rzuciłem pomysłem "weźmy dzień, dwa urlopu, zapakujmy się z rowerami do pociągu i pojedźmy w góry". Przyznam, że zapomniałem o tym lecz na znajomych zawsze można liczyć. Około dwa tygodnie temu dzwoni Tomasz z pytaniem "to kiedy jedziemy i gdzie?". Więcej nie potrzebowałem. Po kilku dniach poszukiwań pod kątem tras i dojazdu wybór padł na Szklarską Porębę. Miasto, które jest bardzo rowerowe, odbywają się w nim cykliczne maratony MTB i przygotowanych jest kilkanaście tras dla każdego. Ponoć odnajdzie się tam rodzina na niedzielnym wypadzie jak i osoby chcące porządnie się zmęczyć! My jesteśmy niedzielni ;) ale w planie mam oczywiście się zmęczyć :)
Podczas całych przygotowań najwięcej problemu sprawił niestety dojazd. Jako, że jedziemy PKP do tego z rowereami, osoby obeznane w temacie wiedzą co mam na myśli, to wybór optymalnego połączenia pociągiem bez przesiadek graniczy z cudem! Sześć miejsc dla rowerów w całym składzie... dla chcącego nic trudnego. Za wiele czasu poświęciłem i za bardzo się nakręciłem by teraz odpuszczać. Z absurdu PKP powiem , że dostępność miejsc dla rowerów można sprawdzić tylko w kasie! Infolinia? e-e. Jako, że na dworcu głównym w Gdańsku zlikwidowano (nie wiem kiedy) okienko informacji przez 5 dni popołudniu i wieczorem blokowałem kasę na około 30-40 w poszukiwaniu dojazdu z rowerem. Gdy byłem już pełen zrezygnowania i mówiłem z uśmiechem na twarzy "dobrze to pojadę pociągami regionalnymi" Pani w kasie dziwnie się na mnie patrzyła ;) Poskutkowało i wracamy pociągiem TLK bez przesiadek, a jedziemy... no cóż. Teleportujemy się do Las Palmas, zwanego Laskowicami Pomorskimi i z stamtąd już tylko trzy przesiadki i dojeżdżamy do.. uwaga Jeleniej Góry. Tak, tak dalej z rowerem się nie da, będziemy pedałować. Nocleg mamy zabukowany w Schronisku Wojtek, dotrzemy tam dziś przed 20:00.

...

Tym czasem czas choć trochę pospać, pobudka o 3:00.

czwartek, 25 lipca 2013

Niedzielni rowerzyści

Udało mi się w końcu wybrać na 1-dniową wyprawę, zorganizowaną przez Grupę Rowerową 3Miasto. Wycieczka, której celem były Jeziora Raduńskie, rozpoczęła się w niedzielę o 7.30 rano. 11 osobowa grupa dzielnie przemierzyła ponad 130-kilometrową trasę. Było warto. Pogoda dopisała - było bardzo gorąco, wypiłem ponad 4 litry płynów na trasie; dobrze że w końcu nabyłem CamelBak.
Tempo spokojne, acz zdecydowane - po drodze przerwy dla fotoreporterów i po lepszych podjazdach, na nacieszenie się zwycięstwem. Oj, górek trochę było, wszak to Szwajcaria Kaszubska. Jak jednak wiadomo, po podjazdach znajdują się nagrody w postaci zjazdów.
Trasa szutrowo, leśno, asfaltowa. Nasz lider świetnie zaplanował trasę, dzięki czemu prawie nie musieliśmy poruszać się głównymi szosami.
Przy okazji się pochwalę, że to mój nowy rekord życiowy, jeśli chodzi o jednodniowy dystans...a jeszcze kilka kilometrów bym ujechał.
Dziękuję serdecznie ekipie z GR3 za świetną atmosferę i już czekam na kolejną wycieczkę.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Pierwsze kroki...


W lipcowy weekend postanowiliśmy wybrać się do Wygonina…




Piątek: Gdańsk – Tczew (pociągiem), następnie Tczew – HBO Wygonin naszymi jednośladami (60,5 km). Była to pierwsza wyprawa SundayBikers’a Juniora, czyli mnie. Moim głównym zadaniem nie było radosne pedałowanie z kolegami… lecz osiągnąć cel, nie dać d**y i przetrwać na trasie. Zaprawieni
w boju Bikers’i bez problemów pokonywali kolejne wzniesienia prowadzące do naszej bazy noclegowej.
W związku z tym musiałem się spiąć i odłożyć na bok wszystkie przeciwności losu, tj. deszcz oraz brak odpowiedniego przygotowania przed (jak dla mnie) tak długą trasą. Ułatwieniem dla mnie był brak obciążenia, gdyż w specjalistyczny sprzęt przeznaczony do transportowania ekwipunku wyposażony jeszcze nie jestem. W celu ominięcia głównych dróg, podczas przejazdu w godzinach wieczornych, trasa została lekko zmodyfikowana oraz wydłużona, choć czas nie uległ zbytniemu wydłużeniu. Wszystko dzięki pogodzie, deszcz i wiatr sprawiały, że co chwilę słychać było: „Trzymaj tempo!!”. Do Wygonina dotarliśmy o godz. 23:53, mokrzy, zmęczeni ale zadowoleni i najważniejsze… na miejscu czekała na nas nagroda!!


Sobota: rankiem sprawdziliśmy sprzęt: kasety, korby oraz łańcuchy ostro dostały w piątek, rdza chciała je pożreć w całości, dlatego czym prędzej odpaliliśmy sprężarkę, szczotki i smary. Po sprawnie przeprowadzonej akcji po niecałej godzinie byliśmy gotowi do drogi. Trasa prowadzić miała dookoła jezior: Jelenie, Radolne i Wdzydze. Niestety, a może „na szczęście” wzorem poprzedniego dnia, również została zmodyfikowana. Rano wyruszyliśmy do Wdzydz Kiszewskich, już po pół godzinie zasygnalizowałem, że pokonanie trasy nie będzie proste ze względu na zmęczenie materiału (ból mięśni czterogłowych ud). Pogoda piękna, lekki wiatr i odrobina Słońca – jak tu można nie jechać dalej, dlatego średnia prędkość została dostosowana do możliwości Najsłabszego Ogniwa i wyruszyliśmy dalej. Kilka kilometrów przed miejscowością Czerlina wjechaliśmy na czerwony szlak rowerowy, ups… nie prowadził on po naszej zaplanowanej trasie, dlatego gdy dojechaliśmy do m. Grzybowo postanowiliśmy zmodyfikować dalszą część trasę: Grzybowo – Wygonin przez Wąglikowice i Szenajdę. Łącznie przejechaliśmy 59,26 km, co równe jest planowanej trasie dookoła jezior. Sobotni dzień był dla mnie kwintesencją „SundayBikers”: ładna pogoda, wspaniałe widoki, przerwy na jagody i maliny oraz niezapomniane: „Słuchaj… bo nie do końca jesteśmy tam gdzie powinniśmy.”





Niedziela: czas powrotu, pierwotny plan: Wygonin – Gdańsk by bike! Aczkolwiek, w celu ratowania swojego honoru, by nie uronić łez na trasie zaproponowałem „lekką” modyfikację. Po przedyskutowaniu wszystkich „za” i „przeciw” oraz przejrzeniu wachlarza możliwości spędzenia wolnego czasu, jakie proponuje Wygonin, podjęliśmy decyzję: Wygonin – Kaliska (17,38 km), a następnie pociągiem do Gdańska.





Podsumowując: weekend spędzony aktywnie, poruszaliśmy się bez mapy oraz nawigacji satelitarnej – warto wziąć następnym razem, w sumie przejechane 137,4 km, spalone kalorie etc. Kaszuby to jedno z lepszych miejsc do amatorskiej jazdy rowerowej.

piątek, 12 lipca 2013

Druga czaszka, czyli o kasku ostrzeżenie

W świetle tego, co ostatnio słychać i widać, postanowiłem Wam pokazać, jak ważne jest jeżdżenie w kasku. Wiele osób uważa, że to bezsensowne, bo jeżdżą nieczęsto i powoli.
Jakiś czas temu czytaliśmy o rowerzyście, który w Gdyni obił sobie głowę i złamał obojczyk.
Dla przykładu, w zeszłym tygodniu rowerzyście jadącemu przede mną drogę przeciął samochód. Kierowca musiał go nie zauważyć. Rowerzysta przeleciał z rowerem przez maskę, rozbijając głową (w kasku) przednią szybę w pajęczynkę. Na tym odcinku Kartuskiej na liczniku ok. 30km/h.
Jeżeli rowerzysta jedzie 15km/h, to przy wadze 60kg takie uderzenie w szybę głową to siła ok. 2500 N. Jest to średnia siła, z jaką uderza półkilogramowy młotek w gwoździa. Przy 30km/h kolesia w głowe trafia kilogramowy młotek. Nic przyjemnego ani bezpiecznego.
Dlatego też Ci, którym się potem fryzura nie układa albo im gorąco, niech sobie dalej jeżdżą bez kasku. Ja wolę swoją makówkę jeszcze trochę poużywać.

poniedziałek, 27 maja 2013

Weekend w Borach

Miniony weekend spędziliśmy w Borach Tucholskich. W miejscu do którego mamy sentyment, w miejscu wielu wspomnień, w miejscu gdzie można oderwać się od dnia codziennego, gdzie nikt nie niepokoi smsami, telefonami, mailami. Chcąc się skontaktować trzeba wpierw wychodzić swoje w poszukiwaniu zasięgu GSM. 
Miejscowość Wygonin położona 134 m n.p.m., a w niej kilka domów, sklep i Harcerska Baza Obozowa Wygonin, której gośćmi byliśmy i będziemy jeszcze nieraz :) Mógłbym jeszcze napisać, że tablice rejestracyjne zaczynają się od GKS ku uciesze komendanta bazy, ale nie wiem czy nie przegnę ;)

Weekend planowaliśmy z kilkudniowym wyprzedzeniem, Kuba od początku powtarzał nam "w deszczu nie jadę" więc wraz z Marcinem nie informowaliśmy go na bieżąco o tym co wiedzieliśmy już od środy ;)
Plan był prosty, przed godziną 19:00 wsiadamy w pociąg i jedziemy do Kalisk. Stamtąd skrótem przez las do Wygonina. Skrót zdecydowanie nam  nie wyszedł, zmokliśmy porządnie, napęd solidnie się zapiaszczył za to Kuba polubił jazdę w deszczu :) Na miejsce dotarliśmy przed 23:00.

Sobota miała upłynąć pod hasłem pracy na rzecz bazy. Aura miejsca i poprzedniej nocy sprawiła iż dwóch z nas zwlekła się z łóżek w południe. Po późnym śniadaniu i odwiedzeniu sklepu przystępujemy w komplecie do pracy. Niestety deszcz wygonił nas po kilku godzinach pod dach.

W niedzielę wyczyściliśmy rowery i po obiedzie ruszyliśmy w drogę powrotną. W planie było dojechać do Starogardu Gdańskiego, lecz plany ulegają zmienia. Odnaleźliśmy piątkowy skrót i cieszyliśmy się pięknym dniem.


Kuba w okienku kasy biletowej PKP Kaliska

Niemiłą niespodzianką była przesiadka w Tczewie. Podjechał tylko jeden skład i to zatłoczony. Po otwarciu drzwi dużą grupę nowych pasażerów na peronie powitały oklaski i okrzyki "powodzenia :)" od upchniętych jak sardynki pasażerów. Z rowerami nie mieliśmy najmniejszych szans. Na szczęście kolejny pociąg był za 5 min.

Podsumowując: "rowerowy wypad w Bory" uznajemy za udany, lecz nie pochwalimy się ile kilometrów przejechaliśmy. Czasem trzeba chłonąć, a nie tylko kręcić km :)

sobota, 18 maja 2013

Pęknięta guma - czyli dlaczego warto być przezornym

Zapewne każdy z Was nie raz czytał, że należy mieć zawsze przy sobie zapasową dętkę lecz pewnie tyle samo głosów powie "jeżdżę tylko na krótkich dystansach, nie potrzebuję" albo "ja nie łapię gum". Podczas dzisiejszej przejażdżki świadomie nie zabrałem z sobą pompki, łyżek do opon, kluczy imbusowych i dętki. Zawsze jeździłem na narzędziami (z dętkami tylko na dłuższe wycieczki za miasto) lecz uznałem, że dziś nie będą mi potrzebne. Gdy dzisiejszy trip distance wskazywał 45 km usłyszałem wielki huk i poczułem momentalnie brak powietrza w tylnym kole. Jechałem nową ścieżką rowerową przy Galerii Bałtyckiej, "na co najechałem, czego nie zauważyłem!". Zatrzymałem się, wróciłem ujechane 5 metrów by zrobić oględziny. Nic. Absolutnie nic nie znajdowało się na ścieżce, żadnego szkła, kamieni, nawet piasku, nawierzchnia czysta i równa. Moje zdziwienie było jeszcze większe gdy zauważyłem pękniecie na boku opony! Zacząłem szukać w myślach, gdzie są najbliższe sklepy rowerowe. Odwiedziłem trzy, lecz po 16:00 w sobotę mogłem spodziewać się tylko jednego. Pozostały otwarte serwisy na ścieżkach wzdłuż plaży, lecz oznaczało to jakiś 40 minutowy spacer. Odpuściłem i wyruszyłem na spacer z rowerem do domu. Przez chwile rozważałem autobus lecz odpuściłem. Po drodze szukałem przyczyny. Czy to wina dętki? A może zwyczajnie opona miała już dość. Przejechałem na nich dwie zimy, a łączenie ponad 4700 km. W sumie i tak miałem rozejrzeć się za nowymi bo na zakrętach nie czuję się już pewnie.
Z drugiej strony dobrze, że nie stało się to gdzieś w sopockich lasach, po których dziś się szwendałem wyszukując  nowe trasy rowerowe.

Po niespełna 2,5 h spaceru dotarłem do domu pokonując prawie 13 km - autobus to nie był taki zły pomysł ;) Od dziś nie ruszam się z domu bez dętki, łyżek i pompki, nawet do pracy. Lepszy szybki serwis i dalsze pedałowanie niż przymusowy spacer. W domu wymieniłem dętkę, liczę że opona wytrzyma do końca miesiąca.

A z innej bajki, kto lubi jazdę z żółtych okularach? Osobiście uwielbiam ten kolor szkieł na rower. Działa rzekłbym rozweselająco, rozpędza chmury i ogólnie czyni świat piękniejszym :)
Chlorofilowe porównanie na poniższych zdjęciach.
bez okularów

ten sam kadr zrobiony przez żółte okulary

piątek, 17 maja 2013

„Jazda z celem – czyli rowerowy geocaching”

Pomykanie na rowerze samo w sobie jest fajne i ciekawe. Jednak niewątpliwym urozmaiceniem wypadów jest cel podróży.
Przy wypadach dłuższych, tych całodniowych czy nawet z nocowaniem, nie mamy większego problemu z celem. Jedziemy zrobić trasę, nabić kilometry, dojechać w ciekawe miejsce, coś zwiedzić, zobaczyć, rozpalić ognicho nad jeziorkiem …

A co jeśli wracamy z pracy po południu, albo w niedzielny ranek mamy tylko 2 godzinki na rower – bo potem trzeba iść na mecz albo z żoną na spacer ? Bierzemy rower, wychodzimy z domu i … No właśnie. Możemy po prostu kolejny raz z robić podobną pętlę po okolicznym lesie czy ścieżkach rowerowych i po prostu wrócić do domu … Ale nie musimy !

Tu właśnie chciałbym zaproponować połączenie dwóch moich sposobów na spędzenie resztek wolnego czasu, które mi zostały, czyli roweru i geocachingu.

Mówiąc w wielkim skrócie, geocaching to ogólnoświatowa zabawa, polegająca na poszukiwaniu we wszelkim terenie „skrzynek”, ukrytych wcześniej przez innych uczestników zabawy. Skrzynki są opisane i oznaczone na mapach w specjalnych serwisach. Po znalezieniu skrzynki wpisujemy się w książeczce znajdującej się w środku, oraz rejestrujemy fakt w serwisie. Dodatkową atrakcją jest możliwość wymiany drobnych fantów znajdujących się w części skrzynek (tych większych rozmiarami).
Skrzynki w 90 % przypadków są ukrywane w ciekawych miejscach atrakcyjnych turystycznie, historycznie lub widokowo.
W naszej okolicy (trójmiasto, miasto i lasy) ilość takich miejsc ze skrzynkami liczona jest w setkach, a do większości z nich da się bez problemu dojechać rowerem.

Sądzę, że może być to ciekawa alternatywa na krótkie wypady po okolicy, jak również jeden z celów dłuższych wypadów po za trójmiasto – gdzie na Kaszubach, Kociewiu, Wybrzeżu i całej Polsce takich skrzynek znajduje się naprawdę wiele.

Niebawem przygotuję propozycję pierwszego, testowego wypadu rowerowo – poszukiwawczego, żeby w praktyce pokazać to, co starałem się tu opisać.

Do tego czasu zachęcam do przejrzenia strony www.opencaching.pl gdzie znajdują się wszelkie informacje o geocachingu oraz MAPA SKRZYNEK. Zajrzyjcie i przekonajcie się na własne oczy ile ciekawych miejsc do odwiedzenia jest w naszej okolicy.

Pozdrawiam

Małysz