środa, 15 lipca 2015

Co jeść na wyprawie rowerowej? - Islandia 2015

Od naszego powrotu z Islandii minęły dwa tygodnie. Zdążyłem odpocząć, wkręcić się w wir pracy i codzienności. Ba! Nawet zacząłem obrabiać zdjęcia ;)

Cały czas chodzi mi po głowie od czego zacząć spisywanie naszych przygód. Tym razem nie będzie jednej dużej relacji. Wydaj mi się, że:
- nie każdemu chce się czytać kilka stron tekstu,
- krótkie posty pisze się zdecydowanie szybciej,
- w krótkim poście można skupić się na wybranym zagadnieniu,
- będzie można łatwiej wyszukać jakiś temat w przyszłości.

Tak mi się wydaje, a wyjdzie w praniu więc zaczynam!


Na pierwszy ogień temat jedzenie! W tym poście znajdziecie informację praktyczne o tym co jemy na wyprawach rowerowych na przykładzie naszych dotychczasowych wypraw oraz wypraw w których uczestniczyłem. O tym czy są to dobre czy złe rozwiązania, czy można coś zmienić, urozmaicić, zamienić z chęcią podyskutuję. Nie jest to wzór i gotowe menu, traktujcie to raczej jako sugestię, która może przypadnie Wam do podniebienia ;)

Co jeść na wyprawie rowerowej?
Temat z pozoru błahy bo jemy co dzień. Codziennego jedzenia nie da się jednak przełożyć na realia wyjazdowe. Poranna jajecznica na boczku ze szczypiorkiem albo ulubiona sałatka z kurczakiem czy pyszna zupa z dyni mogą sprawić problem w przygotowaniu na ognisku czy kuchence turystycznej.

Kupię w Polsce bo na wyjeździe zawsze drogo, będę wozić z sobą!
I tak i nie.
Zależy gdzie jedziemy. Nie cały świat to droga Skandynawia. Choć i w niej nie ma tragedii, ale o tym co kupować by nie ujrzeć dna w portfelu w połowie wyjazdu nieco później.
Będąc w krajach trzeciego świata jedzenie jest (w przeliczeniu na złotówki) bardzo tanie i nie opłaca się zabierać z sobą za wiele. Po pierwsze fajnie jest spróbować lokalnej kuchni, po drugie przepłacimy wożąc jedzenie z kraju, po trzecie jesteśmy bardziej obciążeni.

Zjem byle co, byle szybko, byle tanio.
Nie jest to dobre rozwiązanie. Wyprawa rowerowa w odróżnieniu od niedzielnej przejażdżki to wzmożony i długotrwały wysiłek fizyczny. O ile tempo na takiej wyprawie jest zdecydowanie wolniejsze niż na maratonie to wysiłek jest często całodzienny. Dlatego też ważne jest by dostarczyć naszemu organizmowi dobre paliwo, które nie będzie tylko szybko spalanym cukrem prostym.

Co zatem jadać na wyprawach rowerowych?
Preferencji, szkół, poradników jest wiele, zaleceń producentów żywności pewnie jeszcze więcej. Bazując na naszej ostatniej wyprawie rowerowej do Islandii i posiłkując się zeszłoroczną wyprawą do Norwegii wybraliśmy następującą opcję żywienia.

Jako, że Islandia to kraj skandynawski, w którym po przeliczeniu koron na złotówki czasem wolimy zjeść kamień, a kamienie są małokaloryczne to zakupy na miejscu należą do obowiązkowych. Jednakże zabraliśmy z sobą jedzenie z Polski z opcją dokupywania najpotrzebniejszych składników, a czasem zachcianek, na miejscu. Kupowaliśmy tylko chleb, owoce, warzywa, colę, piwo.

Do przygotowania porannej kawy, herbaty czy też ogólnie do gotowania zabraliśmy z sobą kuchenkę GoSystem GS2101 autotrail, a kartusze z gazem kupowaliśmy na miejscu. Kartuszy nie można przewozić w bagażu podręcznym ani rejestrowanym. Kupić je można w punktach informacji lub na stacjach benzynowych. Podczas 9 dni używania kuchenki na 4 osoby zużyliśmy dwa duże kartusze po 500 gram.


Na wyprawach jemy z reguły 4 posiłki dziennie. Jeśli jest mega ciepło jemy mniej.
1. śniadanie
Zabraliśmy z sobą musli własnej roboty, mix płatków owsianych, otrębów, suszonych owoców, orzechów, itp. Przygotowanie jest banalnie proste i szybkie. Wystarczy zalać wrzątkiem lub kupionym na miejscu jogurtem (naturalnym lub smakowym, kwestia gustu).

2. drugie śniadanie
W naszym przypadku to klasyczne kanapki. Zabraliśmy z kraju po dwie puszki mięsne, pasztety oraz po bochenku chleba razowego na "pierwszy dzień" (resztę pieczywa kupowaliśmy na bieżąco). Na miejscu kupowaliśmy także warzywa i owoce, które urozmaicały nam posiłek.


3. obiad
W Norwegii gotowaliśmy ryż, makaron i zalewaliśmy sosami. Obiady przygotowywaliśmy na kuchence turystycznej lub na ognisku. Na Islandii ogniska można palić bez przeszkód lecz... no właśnie nie ma z czego bo nie ma lasów. Pozostała więc kuchenka.


Na Islandii zrezygnowaliśmy w 100% z tego na rzecz obiadów liofilizowanych, które wystarczy zalać wrzątkiem, odczekać wymagany czas po którym są gotowe do spożycia.

Posiłki liofilizowane są na pewno droższe niż nasza opcja obiadów w Norwegii, ale za to są dużo szybsze w przygotowaniu, nie trzeba zmywać naczyń i są zdecydowanie bardziej energetyczne. Poza tym skoro już jesteśmy w kraju skandynawskim, który ma ceny wyższe niż Polska i tak bardziej opłaca się liofilizat niż pójście na "kebsa" ;) A że kebsa na interiorze nie ma, że wieje silny wiatr i gotowanie nawet wody zajmuje sporo czasu to polecam obiady liofilizowane :) Mieliśmy z sobą obiady firm Lyo Food oraz Trek'n Eat. Są to posiłki smaczne i wysoce energetyczne. Zabraliśmy z sobą między innymi kurczaka pięciu smaków, zupę gulasz, wieprzowinę z ziemniakami, bigos, chili con carne. Dla przykładu, kurczak curry z ryżem ma 627 kcal i wymaga 520 ml wrzątku.


4. kolacja
Z reguły nie chce nam się jeść wieczorem. Dlatego spożywamy gainera (odżywka węglowodonowo-białkowa), jako uzupełnienie węglowodanów i białka po wysiłku. Do tego kilka kanapek i to nam wystarcza na zaspokojenie głodu.


coś na czarną godzinę!
Kilka gorących kubków, zupka chińska, suche kabanosy (których nie warto jednak jeść ostatniego dnia wyprawy) oraz 3-4 batoniki. Te batoniki zawijam taśmą i wrzucam na dno sakwy, następnie zapominam. Są na naprawdę czarną godzinę.

Powyższa rozpiska to nasze podstawowe założenie jedzeniowe na wyjazd. Przed wyjazdem wyliczyliśmy potrzebne ilości i zabraliśmy z sobą co mogliśmy z Polski. Co ciekawe na miejscu chleb czy warzywa kupowaliśmy głównie na stacjach benzynowych, sklepiki, nawet najmniejsze, należały do rzadkości na naszej trasie. Na stacji nie pogardziliśmy także hot-dogiem. Również burgery i frytki były nam nie straszne i jedliśmy je ze smakiem. Mimo iż nacodzień nie przepadam za "takim" jedzeniem, to poza domem wszystko smakuje inaczej. Czasem po prostu człowiek ma zachcianki, które trzeba spełnić ;) Tłumaczę sobie, że całą "niezdrowość" spalaliśmy na bieżąco ;)


skąd brać wodą?
Bez wody daleko nie zajedziemy. Przyrządzamy posiłki, pijemy kawę, pijemy w czasie jazdy. Wodę możemy kupić, to najprostsze rozwiązanie lecz gdy nie ma sklepów wystarczy znaleźć odpowiednie, naturalne źródło. Unikajmy brania wody z małych rzeczek na pastwiskach, gdyż woda może być zanieczyszczona. Wodospady, górskie potoki, jeziora położone wysoko w górach są bezpieczne. Zawsze jednak, gdy mamy wątpliwości można użyć tabletek do odkażania wody. W Nepalu korzystałem z tabletek Micropur Forte firmy Katadyn. Jedna tabletka wystarcza do odkażenia pół litra wody. Warunkiem jest odczekanie pół godziny.
W Norwegii i na Islandii woda jest czysta i można ją pić bez obaw praktycznie z każdego źródła. Nam tabletki się nie przydały, choć mieliśmy je z sobą.


co pić w czasie jazdy?
Woda jest dobra, ale nie czysta. Powinniśmy dostarczyć naszemu organizmowi coś więcej. My wybieramy wszelkiego rodzaju witaminy w postaci tabletek musujących. Magnez, potas, żelazo. Jako, że mam z sobą zawsze dwa bidony na ramie w drugim bidonie podczas wyprawy do Maroko wylądował napój hipotoniczny. O różnicach pomiędzy izotnikami, hipotonikami i hipertonikami pozwólcie, że nie będę się tu rozwodził. Ważne jest by nie pić tylko czystej wody, która jest szybko odprowadzana na zewnątrz i słabo nawadnia organizm.

co jeść pomiędzy posiłkami?
Mama od zawsze mówiła, że podjadanie między posiłkami jest niezdrowe. Mówiła rzecz jasna o codziennym żywieniu, nie o jedzeniu na wyprawach, gdzie zapotrzebowanie jest inne. Baton energetyczny, żel czy gorzka czekolada potrafią uratować od kompletnej utraty sił i dodać ich przed podjazdem czy jeszcze kilkoma kilometrami trasy. A niezdrowe cukry zostaną spalone szybciej niż przyswojone ;) Batoniki jakie z sobą zabraliśmy były przeróżne. Dedykowane sportowe, zwykłe corny z orzechami, batony musli i ukochane przez wszystkich sezamki!


Być w innym kraju i nie skosztować lokalnej kuchni uważam grzech. Przed wyjazdem kilka razy czytałem o islandzkim rekinie. O tym, że zakopuję się go w ziemi na kilka tygodni, następnie wykopuje i przyrządza. Nie wiem czy to prawda. Niestety takiego nie znaleźliśmy. Za to pod koniec wyprawy gdy mieliśmy pół dnia wolnego wyszliśmy pozwiedzać Reykjavik i poszukać lokalnej kuchni. Islandia czyli ryby. Ewelina, która przechowała nasze kartony, a także udostępniła na dwie noce podłogę w salonie i prysznic (raz jeszcze wielkie dzięki!!!) poleciła nam pójść do portu i odwiedzić restaurację Saegreifinn. Odnaleźliśmy ją bez problemu. W środku znaleźliśmy niewielką lodówkę ze świeżymi porcjami różnego rodzaju ryb. 


Skosztowaliśmy wieloryba, szaszłyk z ryby której nazwy nie pamięta już żaden z nas oraz rekina. Pycha, polecam :) Rekin podany był na kęsa, dosłownie. Dowiedzieliśmy się, że nie każdemu smakuje, a raczej mało komu smakuje więc może stąd tylko kęs. A może limity połowu lub jego zdobycie jest bardzo ograniczone? Nie dociekałem jeszcze tego tematu, spróbowałem i stanąłem po stronie "smakowało mi".




Była to chociaż namiastka lokalnego jedzenia. Podczas wszystkich dni pedałowania nie spotkaliśmy niestety żadnego miejsca, w którym moglibyśmy skosztować coś innego niż wymienione wcześniej "specjały" kuchni stacji benzynowych ;) Myślę, że planując trasę bardziej na północ, bliżej Oceanu Atlantyckiego czy Morza Norweskiego są miejsca, w których można znaleźć lokalne specjały. Tak jak w miejscowości Gudhjem na Bornholmie, gdzie nad samym morzem stała potężna wędzarnia połączona z restauracją. My niestety mieliśmy bardzo ograniczony czas na Islandię, a zależało nam na przejechaniu przez interior. Więc niestety musieliśmy zadowolić się specjałami z portu w Reykjaviku. O samej trasie, przygotowaniach, niespodziankach i o tym czy nam się podobało będziecie mogli przeczytać w następnym poście.

piątek, 10 lipca 2015

Rodzinny weekend na Bornholmie


Całkiem niedawno (tj. w 2013 roku) dwóch przedstawicieli SundayBikers, właśnie na tej malowniczej wyspie, przeżyło swoją pierwszą rowerową wyprawę. Z ich relacji wynikało, że bardzo prawdopodobną opcją jest ponowne odwiedzenie tego miejsca. Wystarczyło poczekać 2 lata i padł pomysł: "A może byśmy tak pojechali na Bornholm?" Co ciekawe zaproponowała to moja przyszła teściowa!! Długo nie trzeba było namawiać reszty rodziny. Na długi, czerwcowy weekend pojechaliśmy sześcioosobowym, rodzinnym składem: rodzice, dwie córki wraz ze swoimi narzeczonymi.


Rowery do samochodów i czas ruszać w trasę. Nad ranem mieliśmy prom z Kołobrzegu do Nexø, skąd musieliśmy dojechać do naszej bazy noclegowej w Dueodde. Po dotarciu na miejsce, trasa troszeczkę się skomplikowała, gdy okazało się, że domek nr 51 nie istnieje!! Poszukiwania domku umożliwiły nam zwiedzenie okolicy, na szczęście jeden z mieszkańców rozpoznał domek na zdjęciu, które ze sobą mieliśmy i wskazał nr 6! No tak! Prosta matematyka 5+1=6 !! Z powodu wydłużenia się czasu poszukiwań naszego noclegu na tym zakończyliśmy jazdę pierwszego dnia.


 


Drugi dzień na wyspie spędziliśmy na zwiedzaniu miejscowości Aakirkeby, skąd udaliśmy się pod pomnik leśniczego Hansa Romera, następnie na wieżę widokową Rytterknaeten (162 m.n.p.m.) oraz do kompleksu leśnego Almindingen...





...gdzie znajdują się nasze polskie żubry (sześć jałówek z Białowieży i byk z Pszczyny), które zostały tam przetransportowane w 2012 roku.


Trzeci dzień miał być "naj"! NAJdłuższy, NAJcięższy, NAJciekawszy... no i pewnie jeszcze parę "naj" by się znalazło. Zaplanowaliśmy wyjazd autobusem z Dueodde do Hammershus. Czyli do ruin zamku z XIII wieku, który podobno jest największym tego typu obiektem w północnej Europie.


Następnie trasa prowadziła wzdłuż wschodniego wybrzeża Bornholmu. Mieliśmy okazje zwiedzić miejsca sakralne, obejrzeć starodawne wiatraki oraz liczne wędzarnie ryb, gdzie trzeba było oblizywać się od ucha do ucha.




Ostatni dzień naszej wyspiarskiej przygody to powrót do Nexø, Ale trasa byłaby zbyt krótka oraz nudna, gdybyśmy jej nie urozmaicili... postanowiliśmy udać się do Paradisbakkerne. Miejsce to nazywane jest  Rajskimi Pagórkami. Nasze "rumaki" zostawiliśmy przed wejściem na szlak pieszy i daliśmy chwilę odpocząć naszym pośladkom! Dalej już tylko z górki i na prom.





Podsumowując:
- w 4 dni przejechane ponad 160 km, czyli w sam raz na rodzinny "spacer", gdzie nikt się nie spieszy, a jedynym wymogiem było wrócić wieczorem do łóżka;
- potwierdzamy, że Bornholm to raj dla rowerzystów - ścieżki rowerowe, oznakowanie oraz kultura kierowców zaskakują (oczywiście pozytywnie);
- trzy rowery górskie, dwie holenderki i jeden rower trekkingowy - żaden nie zawiódł na wyjeździe,  ale wszystkie pokazały swoje mocne i słabe strony;
- z rodziną też można pokręcić i to nieźle!! "Niedzielne rowerowanie" jest dla każdego - nieważne mały czy duży, młody czy trochę starszy.

Pozdrawiam 
Kędzior

czwartek, 9 lipca 2015

Pomorski Puchar Dogtrekkingu w Gniewowie k. Wejherowa - ustawianie trasy

Wczoraj wieczorem miałem przyjemność ustawić trasę na zawody Dogtrekkingowe, które odbędą się w najbliższą sobotę o godz. 15:00 w Gniewowie.

Dogtrekking czyli bieg na orientację z psem to świetna forma aktywnego spędzania czasu, dbanie o kondycje fizyczną swoją i naszego czworonoga. Wybiegany pies to szczęśliwy pies, do tego może spotkać się z innymi psami, a te jak ludzie są zwierzakami stadnymi :)

Sam wielokrotnie startowałem w pieszych rajdach na orientację. Harpagany, Tułacze oraz również kilka dogtrekkingów. Na najbliższych zawodach uczestnicy będą mieli do wyboru trasę fitness, rodzinną, mid - po szczegóły odsyłam do wydarzenia na fb lub stronę www. Trasę przygotował PanHusky, z którym niejednokrotnie jeździłem i rozstawiałem trasy lecz tym razem trasę rozstawiłem samodzielnie. Mam nadzieję, że nie będzie żadnej wtopy, że punkty przyczepiłem solidnie i co najważniejsze, tam gdzie trzeba ;)

Na ustawianie trasy wybrałem się prosto po pracy. Uzbrojony w rower, dwa bidony wody, punkty, mazaki, taśmę klejącą, mapę papierową + mapę cyfrową pojechałem SMKą do Wejherowa. Na miejscu byłem o godzinie 18:30 i od razu ruszyłem w las.


Ustawianie trasy to świetna okazja na pojeżdżenie rowerem i popracowanie z mapą. Rower pomaga szybciej przemieścić się po trasie lecz czasem trzeba go zostawić i przejść się kilkadziesiąt czy kilkaset metrów do punktu położonego na wzniesieniu czy wąwozie bo gęste krzaki wiją się po całym napędzie i wtedy rower przeszkadza. Rozstawienie punktu zabiera trochę czasu, trzeba znaleźć odpowiednie miejsce w terenie, zdjąć plecak, wyjąć punkty, mazak, taśmę, przymocować, spisać kod na kartę i cyknąć fotkę. Następnie spakować się i pedałować dalej. Dlatego gdy miałem rozstawionych pięć punktów spojrzałem na godzinę i ... przyspieszyłem :)

W okolicach Gniewowa byłem pierwszy raz . Znalazłem tam piękny las, malownicze tereny i kilka fajnych podjazdów. Oprócz samej przyrody mijałem kilka wiat z ławami, miejscami na ognisko i koszami na śmieci. Jest to dobre miejsce na rower, dogtreking czy rodzinny spacer i piknik.



Ostatni punkt rozstawiłem o godzinie 23:25 po czym ruszyłem ile sił w nogach na ostatnią kolejkę do Gdańska tego dnia! W niecałe 13 min wyjechałem z lasu, ominąłem kilka ulic jednokierunkowych i skwer (mimo pustych ulic uznałem, że nie ma co łamać przepisów) i wskoczyłem do kolejki, która odjechała dwie minuty później :)


To kolejny po naszej ostatniej zabawie w scenariusz zaciągnięty wprost z ASG sposób na urozmaicenie jazdy na rowerze. Nie tylko trzaskanie kilometrów, ale także poznanie okolicy i wyhasanie się :)

wtorek, 16 czerwca 2015

Misja Specjalna w Borach Tucholskich, czyli jak urozmaicić jeżdżenie na rowerze

Po ostatnich walkach o odzyskanie podziemnych magazynów rakiet ziemia-ziemia, oddziały państwa Libistan wycofały się na, neutralne do tej pory, tereny położone na południe od wsi Wygonin. Tym samym odcięta została większość dróg zaopatrzeniowych, umożliwiających dostawy amunicji z Linii Kolejowej do Centralnej Bazy wojsk Radestanu w Wygoninie. Dowództwo sił Radestanu postanowiło wysłać oddział specjalny, który miał przebić się przez teren wroga. 

Pierwotny plan zakładał desant 5 skoczków z pięciu różnych stacji kolejowych. Mieli jedno zadanie – odnaleźć jak najszybszą drogę przez tereny Libistanu, a następnie wraz z pozostałymi, ocalałymi członkami oddziału dostarczyć zaopatrzenie do Bazy w Wygoninie.


Niestety do gry włączył się wywiad Libistanu. Wrodzy agenci w ostatniej chwili zmienili trasę jednego z pociągów oraz zaminowali trasę kolejową od Zblewa. Dowództwo Radestanu natychmiast zareagowało, zmieniając rozkazy. Oddział Specjalny został podzielony na dwa pododdziały. Pierwszy w składzie Kuba, Krowa, Małysz otrzymał zadanie desantu ze stacji Pinczyn, i przeprowadzić zwiad terenu w kierunku miejscowości Kobyle. Zwiad się udał, jednak przed wsią Kobyle pododdział wpadł w zasadzkę. Dowództwo nakazało przerwanie misji i oczekiwanie na posiłki. Drugi pododdział w składzie Kędzior i Radek niezwłocznie wyruszył z Tczewa w celu wsparcia otoczonych kolegów. Posiłki dotarły około godziny 23:30. Połączone siły pokonały wroga, i oddział w pełnym składzie wyruszył do Bazy w Wygoninie.


Po początkowych problemach, ostatecznie misja zakończyła się pełnym sukcesem. Zapasy amunicji i żywności zostały dostarczone bez strat własnych. 

Był to krótki scenariusz zaczerpnięty wprost z ASG, które uwielbia kolega Krowa, który wybrał się z nami w Bory Tucholskie. Oczywiście nie było żadnych obcych wojsk, nie było rakiet, amunicji, ani wojny. Jednak scenariusz jaki realizowaliśmy podczas piątkowego wieczoru dostarczył nam sporo frajdy i jest świetnym sposobem na urozmaicenie tzw. wyjścia na rower. Krowa zaproponował by urozmaicić trochę piątkowy przejazd z Gdańska na miejsce noclegu w HBO Wygonin. Mocno wkręcony w militarne gry ASG, wymyślił zabawę, w której każdy z nas wysiądzie w innym miejscu i na zasadzie „kto pierwszy ten lepszy” dojedzie do wyznaczonego punktu, nawigując w nocy za pomocą GPS. Małysz dopisał do tego mały scenariusz wprowadzający wszystkich w lekko militarny klimat, – czego dowodem jest treść z początku relacji. Ostatecznie w wyniku problemów z pociągami, a w zasadzie niewyrobieniem się części z nas na pociąg, pomysł przełożyliśmy na inny termin. Scenariusz musieliśmy zmodyfikować i dopasować do zaistniałej sytuacji.Jechaliśmy dwoma trasami więc musieliśmy spotkać się po drodze. Piątkowy przejazd dla części z nas wyniósł około 25 km, (Pinczyn – Kobyle – Wygonin), dla pozostałych około 55 km (Tczew – Kobyle – Wygonin). Do Wygonina dotarliśmy ostatecznie około 01:30.



Sobotnia trasa, przygotowana przez Małysza, była właściwą częścią treningu. Motywy przewodnie planowanej trasy to „Wda i Kanał Wdy”, oraz „Nieczynna linia kolejowa Kościerzyna – Czersk” 


Ruszyliśmy około 11: 00 z HBO Wygonin. Pierwsza część trasy biegła przez wsie Bartel Wielki, Leśna Huta, Czarna Woda, Wieck, Wojtal, Uroża. Zgodnie z motywem przewodnim kilkukrotnie przekraczaliśmy rzekę Wdę lub biegnący prawie równolegle Kanał Wdy. Trasa w większości leśnymi szutrowymi drogami, miejscami brukowana a na terenach wsi miedzy Wieckiem a Wojtalem asfaltowa. Po drodze mijaliśmy kilka, stosunkowo nowych, leśnych parkingów, na których zatrzymywaliśmy się na małe przerwy i podziwianie otaczającej nas przyrody. Pierwsza dłuższą przerwę zrobiliśmy pod sklepem w Wojtalu.

Po spożyciu napoi energetycznych i krótkiej regeneracji ruszyliśmy w dalszą drogę. Leśną szutrową drogą jechaliśmy dalej wzdłuż Wdy przez miejscowości Uroża, Miedzno i Cisewie. Kolejnym przystankiem na trasie była stacja kolejowa Bąk. Stacja obecnie jest nieczynna, a linia kolejowa obsługuje jedynie pociągi towarowe.

W Bąku postanowiliśmy skrócić nieco wcześniej zaplanowaną trasę, aby na następnym postoju mieć więcej czasu na zjedzenie rybki i pierogów w znanym nam barze „Drewutnia” w Olpuchu. Radek z Krową znaleźli fajny skrót, dzięki czemu po około 40 minutach siedzieliśmy już przy stole zajadając się ciepłym obiadem.


Po obiedzie podzieliliśmy się na dwie ekipy. Krowa, Kuba i Kędzior musieli szybciej wracać do Gdańska, więc z Olpucha pojechali przez Gołuń, Szenajdę, Juszki i Rotembark na pociąg do Kościerzyny, skąd regionalnym pociągiem dojechali do Rębiechowa.

Radek z Małyszem pojechali fragmentem trasy, która była przewidziana na rowerową trasę Rajdu Rodło w 2014 roku, (która niestety ostatecznie się nie odbyła). Trasa po części lasami, po części szosami przez Bestrą Sukę, Stary Bukowiec, Nowe Polaszki do Starych Polaszek. W Starych Polaszkach Radek pojechał lasami i polami do Gdańska a Małysz wrócił do Wygonina, skąd do Gdańska wracał w niedzielę (pociągiem z Kalisk).


Wliczając trasy od domu do domu przez cały weekend każdy z nas zrobił sporo ponad 150 kilometrów. Zwiedziliśmy kolejny kawałek Borów Tucholskich a przede wszystkim bardzo miło spędziliśmy czas.

Teraz nadszedł czas na dłuższą wyprawę, ale we wrześniu na pewno wrócimy w nasze ulubione okolice.

Poniżej naniesione na jedną mapę ślady tras jakie pokonaliśmy w opisywany weekend.


poniedziałek, 18 maja 2015

Jak spakować się na wyprawę rowerową część 3.

Wyruszając na wyprawę rowerową zawsze zaczynam od wyjęcia wszystkich potrzebnych rzeczy z szafy. Układam je na łóżku i następnie pakuję do sakw. Jeśli wyruszam z domu czy też jadę pociągiem to rozkładam ciężar w miarę równomiernie od razu na obie sakwy. Jeśli do miejsca startu dostaję się samolotem temat wymaga nieco więcej pracy i logistyki. Ale o tym za chwilę w punkcie czwartym. Zacznę od tego jakie są (znane mi) opcje przewozu roweru.



1. na kołach

Z punktu widzenia pakowania jest to najwygodniejsze rozwiązanie. Możemy na spokojnie spakować się w domu. Nie musimy spieszyć się na pociąg czy samolot. Możemy od razu spakować się docelowo tak, jak będziemy jeździć. Ułożyć ważne rzeczy na górze (jak kurtka przeciwdeszczowa) i rzadziej używane (jak zapas jedzenia) na dnie sakwy. Nie musimy rozkręcać roweru, wsiadamy i jedziemy. Jest to opcja dobra pod warunkiem, że miejsce do którego chcemy dotrzeć jest w miarę niedaleko lub mamy bardzo dużo czasu na wyprawę. Jeśli miałbym jechać z domu, z Gdańska do Besishahar w Nepalu, skąd rok temu ruszałem w Himalaje, potrzebowałbym ekstra urlopu na dojazd na miejsce startu.


2. samochód

To rozwiązanie najprostsze. Zakładając, że mamy samochód, mamy odpowiedni bagażnik na rower (dachowy, na klapę, kwestia gustu) lub kombi, pakujemy rower, sakwy, siebie i jedziemy :) Jest to rozwiązanie dobre, pod warunkiem że:

  • mamy samochód
  • miejsce startu i mety jest takie same
  • samochód pomieści wszystkich uczestników + rowery + bagaże
  • jest to akceptowalny dla nas koszt
Niekiedy koszt przejazdu samochodem rekompensuje czas jaki trzeba poświęcić na jazdę pociągiem. Jeśli więc mamy mało czasu na wyjazd to samochód pozwoli go zaoszczędzić. Oczywiście, zaraz pojawią się głosy "ale przecież w pociągu mogę się wyspać, a samochód trzeba prowadzić". Tak, ale czy ktoś z Was śpi spokojnie w pociągu, podczas gdy w przedziale obok wisi Wasz rower? Nie zawsze samochód to najszybszy środek lokomocji, ale np. w nasze polskie góry jest w stanie znacząco skrócić czas podróży w porównaniu z pociągiem.


3. pociąg

Zacznę anegdotą. Dwa lata temu wybraliśmy się z Kędziorem do Szklarskiej Poręby. Jako środek transportu wybraliśmy pociąg. Chcąc jechać w pełni w zgodzie z przepisami, gdy dowiedzieliśmy się, że nocny pociąg którym początkowo planowaliśmy jechać nie ma już miejsc na rowery, wybraliśmy połączenia regionalne i przewóz roweru w tzw. kurniku. Podróż trwała prawię dobę. Z kilkoma przesiadkami, wnosząc i wynosząc osakwione rowery z pociągu na pociąg. W drodze powrotnej mieliśmy już w pełni legalny bilet lecz ... niestety... jacyś "spryciarze" zajęli nam miejsca. Cóż to, machnęliśmy ręką i nie prowadziliśmy dochodzenia, postawiliśmy rowery obok i zajęliśmy miejsca w przedziale. Te o dziwo były wolne ;)

Często korzystamy z usług przewozów regionalnych, gdy jedziemy np. w Bory Tucholskie czy w okolice Żarnowca. Wówczas jedziemy maksymalnie 1,5 h. Wybierając się w dalszą podróż pociągami dalekobieżnymi trzeba przygotować garść albo dwie cierpliwości. Słyszałem, że nawet w nowoczesnym pendolino Panowie konduktorzy nie zawsze uśmiechają się na rowery, które przecież mają wyznaczone miejsca. Także trzeba być czujnym.


4. samolot

To najszybszy środek transportu, lecz wymagający najwięcej przygotowań. Do dyspozycji mamy bagaż podręczny (jego wymiary i waga zależne są od linii lotniczych) oraz bagaż rejestrowany (wymiary i wagę również podaje przewoźnik). Dla uproszczenia będę bazował na wymiarach i wadze przewoźnika Wizz Air, z którego usług skorzystaliśmy lecąc wspólnie do Norwegii oraz skorzystamy w tym roku udając się na Islandię.

  • bagaż podręczny w w/w liniach nie może przekraczać wymiaru 42 cm x 32 cm x 25 cm, przewoźnik nie podaję maksymalnej wagi.
  • bagaż rejestrowany to "paczka" o wymiarach: szerokość: 1,499 m, wysokość: 1,194 m, długość: 1,715 m; maksymalna waga to 32 kg.
Należy pamiętać, że w bagażu podręcznym niedozwolone jest przewożenie ostrych przedmiotów i płynów powyżej 100 ml. Dlatego też zapasowe szprychy, nóż, zestaw imbusów i cała masa rowerowych rzeczy musi lecieć w bagażu rejestrowanym wraz z rowerem.

Do bagażu podręcznego zabieram głównie ubrania i część jedzenia, ale tylko suche jak liofilizaty, pasztet z racji zawartości wody może nie przejść kontroli. Jako bagaż podręczny służy mi jedna sakwa.

Do bagażu rejestrowanego, w moim przypadku karton po rowerze, ląduję:

  • rower
  • wszystkie ostre przedmioty
  • płyny (odżywki, izotonik)
  • gainer (proszek który może wzbudzić zainteresowanie lotniskowych skanerów)
  • bidony (do nich także można coś schować)
  • sakwa
  • karimata
  • śpiwór
  • namiot


Waga wadze nierówna, dlatego nigdy nie zamykam ostatecznie kartonu w domu. Ważę karton na wadze lotniskowej i jeśli trzeba przepakowuję część rzeczy do podręcznego lub ubieram na siebie.

A co z rowerem? Przecież na takim wypadzie to on jest najważniejszy. Rower rozkręcam praktycznie jak tylko się da. Zaczynam od:

  • opatulenia ramy otulinami do rur, kupionymi w sklepie budowlanym
  • wyjmuję sztucę wraz z siodełkiem
  • odkręcam pedały
  • zdejmuję koła, odkręcam tarcze hamulcowe (u mnie torx 25), odkręcam tylną przerzutkę wraz z hakiem
  • zabezpieczam klocki hamulcowe, by przez przypadek się nie zapowietrzyły, wkładam pomiędzy nie kawałek plastiku, cokolwiek byle sztywne
  • zdejmuję kierownicę razem z mostkiem (jeśli masz krótkie linki dobrze jest wcześniej zdjąć hamulec i manetki.)
  • zdejmuję amortyzator (uwaga na łożyska i wszelkie podkładki)
Całość kompaktowo zipuję opaskami zaciskowymi oraz taśmą i gotowe. Tak przygotowany rower ląduje w kartonie wraz z pozostałymi rzeczami.



To co? Gdzie ruszacie na tegoroczne wyprawy rowerowe? :)


poniedziałek, 4 maja 2015

Jak spakować się na wyprawę rowerową część 1.

Każda podróż wymaga zaplanowania rzeczy, które będziemy musieli z sobą zabrać. Jeśli lubimy wylegiwać się na leżaku na złotych plażach niezbędne będą:

- japonki
- ręcznik
- stój kąpielowy
- olejek do opalania

Ja za wylegiwaniem się na plaży nie przepadam więc nie wiem co jeszcze powinno znaleźć się na takiej liście. Wiem za to, że planując aktywny wypoczynek, rowerowy wypoczynek, wyprawę rowerową niezbędne jest dokładne zaplanowanie listy rzeczy do zabrania.

O tym co spakować by przede wszystkim nie mieć za dużo rzeczy z kategorii "przyda się", a jednocześnie jest niezbędne w podróży nie można powiedzieć jednoznacznie i podać jednego gotowego przepisu. Każdy z nas jest inny. Jeden ma np. ulubioną dmuchaną poduszkę, która dla mnie jest zbędnym luksusem, gdyż zastępują ją polarem lub nic nie kładę pod głowę, a dla Kuby i Tomka jest czymś obowiązkowym. Dlatego też poniższy wpis traktujcie jako bardzo subiektywny.

Szykując się na ostatnią wyprawę podzieliłem swoją listę na kilka kategorii.

1. apteczka

Powinna być dostosowana do długości wyprawy. Inne lekarstwa zabierzemy na jednodniową wycieczkę z Gdańska na Hel, inne gdy jedziemy na dwa tygodnie np. do Norwegii. 

2. dokumenty

Dowód osobisty warto mieć zawsze przy sobie. Często służy także jako paszport. Jeśli jedziemy w rejon świata, który wymaga od nas szczepień warto zabrać z sobą książeczkę szczepień. Ja do tego działu dorzucam jeszcze pamiętnik, w którym spisuję robocze relacje z wyprawy.

3. rzeczy osobiste

Skarpety, bielizna, koszulki, bluzy, i wszystkie rowerowe ciuchy lądują w tym dziale. Nie wszystkie ubrania są jednakowe, nasze garderoby są różne, dlatego jednemu z nas bluza rowerowa będzie pełniła funkcję ochrony przed wiatrem, a inny weźmie dodatkową wiatrówkę.

4. ekwipunek rowerowy

Ten dział rozpoczynam od odżywek, batonów energetycznych. Następnie kask, oświetlenie, bidony, sakwy, expandery, kleje, zapasowe klocki hamulcowe, klucze na rolce taśmy naprawczej kończąc. Słowem paliwo, bezpieczeństwo oraz mini warsztat.

5. elektronika

Lubię jeździć z nawigacją, zawsze przed samodzielnym wyjazdem przygotowuje tracka, którego wygrywam w garmina. Ale poza tym zawsze mam z sobą mapę papierową. Aparat fotograficzny i telefon również wpisuję na listę rzeczy elektronicznych i niezbędnych.

6. kosmetyczka

Podobnie jak ubrania tak i kosmetyczka jest rzeczą bardzo indywidualną. Higiena jamy ustnej jest bardzo ważna więc nie powinno w niej zabraknąć szczoteczki do zębów, a w przypadku gdy nie zawsze mamy do dyspozycji prysznic, rzekę czy jezioro mokre chusteczki doskonale odświeżą nasze ciało po całym dniu pedałowania.

7. kuchnia

Często na naszych wyjazdach zabieramy z sobą kuchenkę turystyczną i menażkę, która służy za garnek. Przygotowanie ciepłego posiłku, kawy, herbaty w środku lasu jest czymś bardzo przyjemnym. Nie powinno tu zabraknąć również ostrego noża.

8. spanie

To przenośna sypialnia. Namiot, karimata, śpiwór. Osobiście nie lubię marznąć w nocy, dlatego w zależności od pory roku dorzucam jeszcze termiczną bieliznę oraz czapkę - w tej śpię nawet latem :)


Część rzeczy z powyższych kategorii zabieram z sobą zawsze. Nie ważne czy jadę na weekend w Bory Tucholskie, czy na dwa tygodnie gdzieś dalej z namiotem i sakwami. Dopasowuję ilość i rodzaj rzeczy do wyjazdu. Dlatego też nie zawsze zabieram z sobą kuchnię oraz spanie. Tak przygotowane grupy zdecydowanie ułatwiają mi pakowanie się. 

Wymienione powyżej elementy są tylko przykładowymi, moja lista jest zdecydowanie dłuższa i można ją podpatrzeć tutaj. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to lista idealna jeśli uważasz, że czegoś brakuje, co może uratować życie piszcie śmiało :)

wtorek, 7 kwietnia 2015

Zawsze, gdy wrócę z wyprawy rowerowej to...

Zawsze, gdy wrócę z wyprawy rowerowej czuję, że czeka mnie dużo pracy. Przygotowanie zdjęć, montaż filmu, spisanie relacji i podzielenie się tym, co przeżyłem.
Powoduje to, że z jednej strony myślami wciąż jestem na wyprawie, wspominam, cieszę się i myślę o tym jak było fajnie. Z drugiej strony czuję, że poganiam sam siebie i tracę to, co przeżyłem.

Tydzień temu wraz z Kubą wróciłem z wyprawy rowerowej organizowanej przez United-Cyclists pod nazwą Kreidler Deep Desert Expedition II, gdzie przemierzaliśmy piękne marokańskie pustynie.

Tą wyprawą rozpocząłem tegoroczny sezon jazd z sakwami, z grubej rury, bo przez dwa tygodnie pedałowałem w marokańskim słońcu, po pustyniach, niekiedy pod wiatr, próbowałem ominąć "magiczne" przebijacze dętek, nocowałem na środku pustyni pod rozgwieżdżonym niebem oraz w berberyjskich domach :) Lecz na podsumowanie wyprawy jest jeszcze dla mnie za wcześnie. Tym razem dałem sobie czas. Do dnia dzisiejszego nie ruszyłem nawet zdjęć. Rozpakowałem jedynie rzeczy, zrobiłem pranie i wyczyściłem sakwy. Rower wciąż pozostaje nieskręcony w kartonie. I wiecie co? Dobrze mi z tym :)

Co jakiś czas wpadają mi do głowy marokańskie wspominki, którymi dzielę się z najbliższymi, zapamiętuje i pewnie za jakiś czas przeleję je na bloga. Tym razem postanowiłem nie pędzić i dać czas przede wszystkim sobie, by na spokojnie zaaklimatyzować się do codzienności.