wtorek, 7 kwietnia 2015

Zawsze, gdy wrócę z wyprawy rowerowej to...

Zawsze, gdy wrócę z wyprawy rowerowej czuję, że czeka mnie dużo pracy. Przygotowanie zdjęć, montaż filmu, spisanie relacji i podzielenie się tym, co przeżyłem.
Powoduje to, że z jednej strony myślami wciąż jestem na wyprawie, wspominam, cieszę się i myślę o tym jak było fajnie. Z drugiej strony czuję, że poganiam sam siebie i tracę to, co przeżyłem.

Tydzień temu wraz z Kubą wróciłem z wyprawy rowerowej organizowanej przez United-Cyclists pod nazwą Kreidler Deep Desert Expedition II, gdzie przemierzaliśmy piękne marokańskie pustynie.

Tą wyprawą rozpocząłem tegoroczny sezon jazd z sakwami, z grubej rury, bo przez dwa tygodnie pedałowałem w marokańskim słońcu, po pustyniach, niekiedy pod wiatr, próbowałem ominąć "magiczne" przebijacze dętek, nocowałem na środku pustyni pod rozgwieżdżonym niebem oraz w berberyjskich domach :) Lecz na podsumowanie wyprawy jest jeszcze dla mnie za wcześnie. Tym razem dałem sobie czas. Do dnia dzisiejszego nie ruszyłem nawet zdjęć. Rozpakowałem jedynie rzeczy, zrobiłem pranie i wyczyściłem sakwy. Rower wciąż pozostaje nieskręcony w kartonie. I wiecie co? Dobrze mi z tym :)

Co jakiś czas wpadają mi do głowy marokańskie wspominki, którymi dzielę się z najbliższymi, zapamiętuje i pewnie za jakiś czas przeleję je na bloga. Tym razem postanowiłem nie pędzić i dać czas przede wszystkim sobie, by na spokojnie zaaklimatyzować się do codzienności.


niedziela, 1 lutego 2015

#SundayBikersPL

W dniu dzisiejszym rozpoczęliśmy nowy etap
w naszej internetowej działalności. Blog oraz
fanpage na portalu społecznościowym to za mało!!
 
Teraz postaramy się jeszcze szybciej pokazywać Wam skrawki naszych wypadów, wypraw oraz wszystkiego związanego z naszymi ukochanymi jednośladami.

Będą "polubienia" (oby), mnóstwo "hashtagów"... no i mamy nadzieję, że nie zabraknie Waszych komentarzy!!

Zapraszamy 

środa, 21 stycznia 2015

Sobotnia kaszubska pętla ze starem i metą w Szymbarku

Zimy jak nie było tak nie ma. Z punktu widzenia rowerzysty nie ma co narzekać. Jest względnie sucho, nie ma soli na ulicach, nie ma chlapy. Jednym słowem czysta droga :)

W minioną sobotę udało się w końcu zrealizować plan, do którego zabierałem się jak sójka za morze. Raz tłumacząc się brakiem czasu innym razem akurat coś wypadło. W końcu nastał ten dzień, gdy życie osobiste i zawodowe odpuściły i wraz z Kubą pojechaliśmy pokręcić trochę kilometrów na Kaszuby. Za punkt startu i mety obraliśmy Szymbark. Miejscowość słynącą z zimowych kuligów, a latem ze skansenu ze znanym na cały kraj domem do góry nogami. To największa atrakcja tego miejsca lecz nie jedyna, kto jeszcze nie odwiedził to z czystym sumieniem polecam tutejsze Centrum Edukacji i Promocji Regionu w Szymbarku.

Wróćmy do roweru.
Plan był następujący:
- budzik 7:00
- spotykamy się o 8:00
- jedziemy


Plan idealny, krótki, przejrzysty, czego chcieć więcej :) No właśnie... pogody :) Kuba już dawno powiedział
w deszczu nie jeżdżę ;)
a padało od samego rana. Nasza ulubiona prognoza pogody zapowiadała koniec opadów od godziny 10:00 z minutami. Pełni nadziei dopakowaliśmy ubrania przeciwdeszczowe i ruszyliśmy :) Początkowo naszym celem było przejechanie trasy ok 100 km wokół całego obszaru lecz późniejsza godzina wyjazdu wymusiła na nas obranie trasy 60 kilometrowej. Nie chcieliśmy pobijać rekordów, chcieliśmy pokręcić trochę korbą po pięknych terenach, odpocząć i obcować z przyrodą :) Pogodynka wiele się nie pomyliła. O godzinie 10:40 kierowaliśmy się już na rowerach w stronę Wieżycy.
Pierwszy przystanek w Koszałkowie, lokalnym ośrodku sportów zimowych, gdzie odebrałem depozyt z karty, która zalegała w szufladzie od jakiś 5 lat ;) Na stoku, najbardziej stromym w okolicy, ujrzeliśmy około 5 osób szusujących po czymś przypominającym śnieg. Spojrzałem na termometr, 4,5 °C. Na szczęście rozrywki każdy wybiera sobie sam, my obróciliśmy się kierownicami w kierunku jeziora ostrzyckiego i ruszyliśmy w drogę :)


Przez cały czas, gdy rozkoszowaliśmy się jazdą, widokami i spokojem jaki poza sezonem panuje w okolicy, nie spadła choćby jedna kropa deszczu. Temperatura utrzymywała się na poziomie 4 °C, a wiatr był dla nas łaskawy. Jechaliśmy spokojnie, trzymając średnie tempo 18 km/h.


Na 17 kilometrze trasy musieliśmy zawrócić. W miejscowości Zawory budowano nowy most nad rzeką co wymusiło byliśmy obrali kurs drugą stroną jeziora. Resztę trasy przejechaliśmy zgodnie z planem. Ostatnie 4 kilometry przeznaczyliśmy na rozjazd. Po nieco ponad 3 godzinach od startu zamknęliśmy trasę przejeżdżając 60 kilometrów. Na koniec nie zapomnieliśmy o rozciąganiu :)

Ostatnio w tym rejonie byliśmy wracając z Chojnic oraz na początku marca zeszłego roku pedałując w śniegu i deszczu. Na pewno jeszcze nie raz wrócimy w te okolice. Faliste ukształtowanie terenu z licznymi podjazdami i zjazdami sprawiają, że chce się kręcić w tym rejonie :)

czwartek, 15 stycznia 2015

Himalaje z United-Cyclist

Każde hobby potrafi uzależniać. Wie o tym każdy, kto choć raz dał się mu ponieść. Moja przygoda z rowerem zaczęła się jeszcze w szkole podstawowej, gdzie podwórko szybko okazało się za małe i szukałem coraz to dalszych i ciekawszych tras. W zeszłym roku poszukiwania zaprowadziły mnie wysoko ponad poziom morza, nad którym na co dzień mieszkam. Uczestniczyłem w rowerowej wyprawie totalnej w Himalaje, gdzie zdałem sobie sprawę, że niemożliwe może stać się możliwe.

Chęć przeżycia prawdziwej przygody rowerowej zrodziła się w mojej głowie dość spontanicznie. Zapalnikiem był facebookowy profil grupy United-Cyclist, a na nim zdjęcia z różnych zakątków świata zwiedzanych na rowerze. Odkrywanie świata na dwóch kółkach nie jest czymś nowym. Ludzie od dawna organizują wyprawy rowerowe. Lecz bardzo mało ludzi pcha się z rowerem w miejsca, gdzie zdrowy rozsądek mówi "to się nie uda", "to jest niemożliwe". Właśnie ta niedostępność sprawiła, że zapragnąłem sprawdzić siebie i przeżyć rowerową przygodę życia.

Organizatorem wyprawy byli członkowie United-Cyclist. Nie jest to biuro turystyczne, lecz ludzie z pasją i ambicjami - więc już na etapie organizacji wszystko przebiegało w bardzo przyjacielskiej atmosferze. Finalnie na wyprawę pojechały 22 osoby, w tym jedna kobieta. Naszym celem było pokonanie pieszego szlaku Annapurna Circuit z najwyższym jej punktem, przełęczą Thorung La na wysokości 5416 m n.p.m.

Moja przygoda rozpoczęła się 27 marca 2014 na lotnisku Chopina w Warszawie, skąd wspólnie z grupą polecieliśmy do stolicy Indii - New Delhi. Do granicy nepalsko-indyjskiej w miejscowości Sonauli (97 m n.p.m.) dostaliśmy się autokarem. Tam skręciliśmy rowery i już bez żadnego wsparcia ruszyliśmy w kierunku ośnieżonych szczytów. Podczas wyprawy praktycznie nie było momentów, kiedy jechalibyśmy całą grupą. Podgrupy jakie się tworzyły wynikały z tempa każdego z uczestników. Stąd często w poniższej relacji będzie mowa tylko o części grupy, z którą w danym momencie przebywałem.


Szlak Annapurna Circuit ma długość 120 km i zaczyna się w miejscowości Besisahar, oddalonej około 300 km na północny-wschód od granicy. Zanim jednak dane mi było zmierzyć się z morderczymi podjazdami musiałem pokonać dystans ponad 200 km asfaltem, wznosząc się kilkukrotnie na wysokość 1100 m n.p.m. i opadając do 700 m n.p.m. Dystans ten został podzielony na dwa dni. Po dojechaniu do Pokhary, szóstego co do wielkości miasta Nepalu, skończył się asfalt i zaczęła się dżungla. Inna niż ta znana mi z książek i programów Wojciecha Cejrowskiego, bez gigantycznych węży i chaszczy oplatających każdą część ciała. Dżungla, przez którą przejeżdżałem była bogata w roślinność, pełna pól ryżowych, domostw z jedną piaszczystą i kamienistą drogą. Temperatura sięgała 35°C w cieniu, ale inna strefa klimatyczna i wilgotność powietrza pozwoliły zapomnieć o słupku rtęci i jedynie po ilości wypijanej wody widziałem, jak bardzo jest ciepło. Pierwszego dnia wypiłem ponad 10 litrów, pokonując dystans 120 km. Noc przed dojechaniem do Besisahar wraz z kilkoma osobami spędziłem w dżungli. Rozbiliśmy namiot obok miejscowości, której nie jestem w stanie odnaleźć dziś na mapie.


Po nocy spędzonej w namiocie budzę się przed godziną 6, obok dostrzegam dzieci z pobliskiej wioski. Dopiero po wyjściu z namiotu dzieci podchodzą, uśmiechają się trzymając szczoteczkę do zębów w ręku i ustawiają się do zdjęć. Przed godziną 7 jestem gotów do drogi i wspólnie ruszamy do miejsca, w którym zaczyna się cel naszej wyprawy, czyli himalajski szlak Annapurna Circuit.

Ci, którzy wybierają się na ten szlak muszą posiadać pozwolenia TIMS oraz ACEP, które kilkakrotnie sprawdzane są na szlaku. Podróżowanie bez nich można przypłacić grzywną, więc nie warto ich ignorować. Na każdym punkcie kontrolnym strażnik lub policjant wpisuje dane do księgi oraz stępluje pozwolenie.


Wjazd na szlak to początek mojej rowerowej wspinaczki. Besisahar położone jest na wysokości 820 m n.p.m. skąd wraz z grupą dojechałem do Chamche położonego na wysokości 1385 m n.p.m. Pierwszy dzień na szlaku obfitował w strome podjazdy, wymagające dobrego opanowania roweru pod kątem technicznym, dlatego zmęczenie pod koniec dnia było mocno odczuwalne. Na posiłek wybraliśmy uroczą knajpkę tuż przy wodospadzie. W Nepalu panuje zasada, że jeśli kupujesz jedzenie w miejscu, które oferuje miejsca do spania to nocleg wliczony jest w cenę. Noc spędziliśmy wsłuchując się w szum wodospadu. Spaliśmy w bungalowie, jak nazwaliśmy nasze miejsce noclegowe, któremu daleko było do europejskich standardów - bardziej przypominało szklarnię z betonową podłogą, na której swobodnie mogło zmieścić się 15 osób - jednakże na tym wyjeździe nikt nie oczekiwał luksusów, lepsza wydała nam się betonowa podłoga w szklarni niż rozkładanie namiotu.


Kolejny dzień zacząłem o 7 rano, na śniadanie zjadłem makaron z warzywami. Dodatkowo zamówiłem drugą porcję, którą zapakowałem do termosu z zamiarem zjedzenia w ciągu dnia. Tego dnia mieliśmy do przejechania dystans podobny do poprzedniego. Niecałe 40 km, lecz po jeszcze bardziej stromych wzniesieniach. Trasa obfitowała w coraz to bardziej oszałamiające widoki. Zobaczyłem ośnieżone szczyty sześciotysięczników, liczne wodospady i niebezpieczne drogi nad urwiskami, po których jeżdżą jeepy i przewożą turystów w wyższe partie gór. Droga jest wąska lecz z powodzeniem mijają się na niej samochody, a nawet autobusy. Przed każdym zakrętem kierowcy obowiązkowo trąbią, czym ostrzegają innych uczestników ruchu. Sposób ten sprawia, że nawet podczas jazdy rowerem nie miałem obawy przed staranowaniem przez jakikolwiek pojazd, zawsze zdążyłem zjechać do lewej krawędzi drogi. Tego dnia nocowaliśmy w Chame na wysokości 2700 m n.p.m., do którego dotarliśmy po zmroku. Nigdy nie sądziłem, że pokonanie tak krótkiego dystansu może zająć tyle czasu - w górach, to nie dystans jest wyznacznikiem trudności trasy. Po dojechaniu na miejsce, wzięciu gorącego prysznica, zjedzeniu makaronu z warzywami, wysuszeniu butów nad koksownikiem ułożyłem się w śpiworze i szybko odpłynąłem do krainy snów.


Życie podczas rowerowej wyprawy jest do pewnego stopnia powtarzalne, a nawet bardzo schematyczne. Ponownie wstałem przed 7, by zjeść zamówione dzień wcześniej śniadanie. Tym razem odrobina urozmaicenia w postaci owsianki z jabłkiem. Tego dnia wspinałem się na swoich dwóch kółkach do miejscowości Manang, położonej prawie 1000 m wyżej niż Chame. Trasa była na tyle zróżnicowana, że praktycznie każda osoba z grupy jechała własnym tempem, a ja przez około 10 km jechałem sam. Był to pierwszy dzień, kiedy odczułem skutki wysokości i niskiego ciśnienia. Nawet na płaskich odcinkach nie można było jechać swobodnie nie łapiąc zadyszki. Krajobraz wynagradzał jednak wszystko, odsłaniając już nie tylko sześcio-, ale także siedmiotysięczne szczyty. Liczne polany osłonięte wysokimi górami nie dawały złudzeń, że byłem w sercu Himalajów. Na jednej z polan natrafiłem na stragan z własnoręcznie wykonanymi naszyjnikami, pierścionkami oraz nietypowymi ozdobami w postaci wypchanej głowy jaka. Kolejnym miejscem, w którym spędzam noc jest hotelik w Bhradze, 10 km od Manangu, do którego bez bagaży pojechałem na kilkugodzinną aklimatyzację. W Manangu odbywał się pierwszy w tej miejscowości turniej łuczniczy, na którym licznie zgromadzili się mieszkańcy oraz turyści. Po obejrzeniu kilku celnych strzałów poszedłem zasmakować "yak-burgera", była to pierwsza porcja mięsa od wyjazdu z domu. Do hotelu wróciłem około godziny 20 na zamówioną wcześniej kolację i o 21:40 leżałem już w śpiworze, spisując do pamiętnika wrażenia z kolejnego dnia.


Następny dzień wyprawy to kolejna walka z samym sobą i rozrzedzonym powietrzem. Tego dnia moim celem była miejscowość Letdar na wysokości 4200 m n.p.m., do której wraz z grupą mieliśmy podjeżdżać bardzo pomału, by możliwie najbardziej przyzwyczaić się do rozrzedzonego powietrza. Wyprawa rowerowa to nie tylko liczba przejechanych kilometrów, to przede wszystkim możliwość obserwowania ludzi, spróbowanie lokalnej kuchni, obcowania z lokalną społecznością, czy to podczas posiłku czy na ławce pod chmurką. O godzinie 17:30 docieram do miejscowości Yak Kharka, położonej 150 m niżej niż planowany dzisiejszy postój. Wspólnie podjęliśmy decyzję, że nie jedziemy dalej i noc spędziliśmy w hotelu. Przez ostatnich kilka dni stopniowo zdążyłem zapomnieć o temperaturach, jakie przywitały mnie na początku wyprawy. Po kolacji poszedłem do pokoju, w którym miałem spać. Drogę przebiegła mi urocza mysz, a po chuchnięciu z ust wydobyła się para. Spojrzałem na kolegów schowanych w śpiwory, zabrałem swój i poszedłem położyć się na ławkę na dużą salę, w której chwilę wcześniej gaworzyli turyści, a my spożywaliśmy posiłek. Koza, która ogrzewała salę skutecznie utrzymała przyzwoitą temperaturę do rana, a ja po raz kolejny przekonałem się, że jestem w stanie zasnąć w każdych warunkach.


Dwunasty dzień wyprawy to podróż po wąskich single trackach, ścieżkach z obsypującymi się kamieniami i oczywiście stromymi podjazdami, bez których byłoby już nudno. Tego dnia spora część trasy była dla mnie nieprzejezdna i musiałem pchać rower. Powodem był bardzo wymagający teren, rozrzedzone powietrze, a czasem zwyczajnie brakowało mi przełożeń w rowerze. Pchanie obciążonego roweru pod górę, czy niekiedy noszenie go przez strumienie jest wymagające i gdybym wiedział, poćwiczyłbym przed wyjazdem na siłowni również barki. Do tego wszystkiego coraz większy brak tlenu wymuszał częstsze przerwy na złapanie oddechu i dotlenienie mięśni. Po drodze zatrzymaliśmy się w Thorang Phedi (4450 m n.p.m.).

Po obiedzie i chwili odpoczynku zasnąłem na stole. Po około półgodzinnej drzemce poczułem się zregenerowany i znowu mogłem złapać za kierownice i... pchać swój rower do bazy High Camp (4850 m n.p.m.), gdzie spędziłem ostatnią noc przed przekroczeniem przełęczy. Do bazy prowadziła kręta, wąska, kamienista ścieżka, a z nieba padał śnieg i grad. Po dotarciu do celu moim oczom ukazało się kilka szeregów domków oraz duża sala z ławami, w której można było odpocząć oraz zjeść ciepły posiłek. Z pewnością może tam przenocować kilka grup turystów. Oferowane domki posiadają dość surowy standard. Ściany z surowego kamienia, łóżka zbite z surowych desek, na nich materac i kołdra z soplami lodu. Na podłodze pianka (podobnej używałem jako podkład pod panele podłogowe w mieszkaniu), pod którą jest tylko ziemia. Tej nocy ponownie zrezygnowałem z łóżka i rozłożyłem swoją karimatę w jednej z sal, na której spało około dwudziestu szerpów wraz z grupą francuskich turystów. Zostałem ostrzeżony, że cała grupa wstaje o godzinie 3 w nocy i może być to dla mnie dyskomfort.


Obudziłem się dopiero około godziny 7, na sali nie było już nikogo. Sen mam tak twardy, że nie słyszałem, jak grupa opuszczała High Camp i ruszała na szlak. Po tradycyjnym ostatnimi dniami śniadaniu w postaci owsianki z jabłkami, spakowaniu się i wypiciu herbaty byłem gotów do zdobycia najwyższego punktu wyprawy, przełęczy Thorung La położonej na wysokości 5416 m n.p.m. Zanim to jednak nastąpiło ponownie musiałem zmierzyć się z wąskimi ścieżkami, które w przeciwieństwie do dnia poprzedniego pokryte były śniegiem, który w nieubitych miejscach sięgał kolan, tak więc jazda na rowerze znów nie wszędzie była możliwa. Dotarcie na przełęcz zajęło mi około 5 godzin, był to dystans zaledwie 10 km, lecz właśnie tak pokonuje się duże wysokości. Jeden z kolegów posiadał gps z barometrem, który na przełęczy wskazywał 530 hPa - połowa tego, czym oddycham w domu, nad morzem. Po raz pierwszy byłem tak wysoko. Gdy tylko wiatr ucichł, do moich uszu dotarła niebywała cisza, jeszcze nigdy nie słyszałem takiej ciszy. Widoki jeszcze bardziej zatykały dech w piersi. Po zrobieniu pamiątkowych zdjęć i po kolejnym rozejrzeniu się kręcąc się wokół własnej osi musiałem ruszyć w dalszą drogę. Druga strona pasma, przez które podążaliśmy była zdecydowanie bardziej surowa i uboga w roślinność. Noc spędziliśmy na wysokości 3800 m n.p.m. w miejscowości Muktinath w bardzo urokliwym hotelu. Po odpoczynku i zjedzeniu kolacji marzyłem tylko o tym, by pójść spać. Najwytrwalsi poszli jeszcze do lokalnego pubu o nazwie Bob Marley, na co mi, niestety, zabrakło już sił.


Przedostatni dzień pedałowania prowadził prawie cały czas z górki, miła odmiana móc znów pędzić na rowerze. Szlak zaprowadził mnie do miejscowości Tatopani (1200 m n.p.m.), gdzie czekała nagroda lecz musiałem na nią zasłużyć i zmierzyć się z 75 km górskiego zjazdu po kamieniach, cytując kolegę z grupy, "wielkości telewizorów". Do celu dotarłem po godzinie 19 i od razu ruszyłem do gorących źródeł, to była nagroda! Pozwoliło mi to zrelaksować się po trudach podróży. Zimne piwo w gorącym nepalskim, betonowym basenie smakowało wybornie.

Ostatniego dnia rowerowej przygody totalnej wszyscy zjechaliśmy do miejscowości Beni (900 m n.p.m.), skąd autokarem udaliśmy się do znanej mi już Pokhary. Nadal byliśmy w górach, zdecydowanie niższych niż przez ostatnie dni lecz wąskie, kręte drogi, na których nasz autokar wielokrotnie mijał się z innymi autokarami, ciężarówkami, jeepami wymagał stalowych nerwów od nas, świeżaków na tej trasie. W Pokharze po prysznicu, kupieniu pamiątek i kolacji ruszyliśmy do granicy nepalskiej, gdzie z powrotem spakowaliśmy rowery do kartonów i udaliśmy się w drogę powrotną. Wpierw do granicy, później na lotnisko w New Delhi.


Podczas wyjazdu prowadziłem pamiętnik, w którym zapisywałem wrażenia z każdego dnia wyprawy. Powyższa relacja jest zaledwie jego bardzo skróconą wersją, a wiele rzeczy - zapach Indii, cisza na Thorung La, zmęczenie i brak tlenu na stromych podjazdach są nie do opisania. Po powrocie do domu było mi ciężko się zaaklimatyzować, pierwsza myśl po wyjściu z lotniska w Warszawie była "dlaczego tu jest tak cicho? przecież jestem w mieście, jeżdżą samochody, ale żaden z nich nie trąbi, co tu się dzieje? czemu jest tu tak czysto?". Nie było mnie zaledwie trzy tygodnie, a miałem wrażenie, że zdecydowanie dłużej. Znajomi i rodzina pytała się mnie czy pojechałbym na taką wyprawę raz jeszcze. Zawsze odpowiadałem "będąc w najwyższym miejscu wyprawy, walcząc o każdy oddech, mówiłem sobie, że więcej tu nie przyjadę, dziś pojechałbym raz jeszcze". Była to pierwsza tak ekstremalna podróż na rowerze jaką odbyłem, ludzie nie jeżdżą rowerem po Himalajach, nie wożą sami swoich rzeczy, przecież są od tego szerpowie, a my? Każdy z nas miał rower z przytroczonymi sakwami, w których były ubrania, kuchenki, namiot i cała masa mniej bądź bardziej potrzebnych rzeczy. Mówią, że podróże kształcą, mnie nauczyły między innymi, że posiadanie za dużej ilości rzeczy nie zawsze jest dobre, gdy jeszcze raz pojadę w taki teren wezmę inny napęd niż przygotowałem sobie na ten wyjazd, że uśmiech jest w stanie pokonać barierę językową i można zamówić w ten sposób jedzenie, że niemożliwe stało się możliwym! Powyższym wyjazdem udowodniłem samemu sobie, że jestem w stanie w nieco ponad pół roku przygotować się na dużą wyprawę rowerową i nawet płaskie Żuławy oraz pagórkowate Kaszuby mogą służyć jako miejsce treningowe.


Warto spełniać swoje marzenia, nawet te, które na początku wydają się mało realne. Powyższa wyprawa wymagała ode mnie nieco zmiany stylu życia, zmiany diety, regularnych treningów w terenie i kondycyjnych na sali spinningowej. Gdy mi się nie chciało wizualizowałem sobie swój cel. Teraz wiem, że było warto i mogę powiedzieć - pedałowałem po dachu świata :)

więcej zdjęć

wtorek, 30 grudnia 2014

Działo się! Rok 2014 oczami SundayBikers

Jaki był rok 2014 dla nas, amatorów niedzielnych przejażdżek? Osobiście mam poczucie, że w tym roku dużo planowaliśmy. Zdecydowana większość planów ujrzało światło dzienne, co jest wielce satysfakcjonujące i budujące na przyszłość.

Już pod koniec zeszłego roku założyliśmy sobie duży, wspólny wyjazd. Była to nasza pierwsza wspólna tak duża wyprawa więc staraliśmy się do niej przygotować, jak tylko mogliśmy najlepiej. Dziś wiemy jakie są nasze mocne i słabe strony; wiemy, nad czym musimy popracować - wnioski zostały wyciągnięte. Poza ogólnym rozpoznaniem zaplanowanej Norwegii pracowaliśmy konsekwentnie nad kondycją. Dzięki temu zaliczyliśmy kilka weekendowych wyjazdów w ukochane Bory Tucholskie, pokręciliśmy się po Szwajcarii Kaszubskiej i Żuławach oraz sporo potu wylaliśmy na sali spinningowej, gdzie pracowaliśmy nad wydolnością. Nie wszystko oczywiście pod hasłem przygotowań, lecz również dla zwykłego, amatorskiego pojeżdżenia.

To czego nie planowaliśmy w związku z wyprawą to zainteresowanie jakie wzbudził nasz wyjazd. Dzięki niemu mieliśmy przyjemność spotkać się z Wami osobiście. Pokazać więcej zdjęć niż prezentujemy na blogu. Opowiedzieć o miejscach, które do tej pory odwiedziliśmy i mogliśmy podzielić się z Wami naszym nikłym, ale zawsze, doświadczeniem.

Spotkaliśmy się w Południku 18, na Uniwersytecie Gdańskim, gdzie na zaproszenie Można?Można! mieliśmy inspirować i pokazać, że można spełniać marzenia. Mamy nadzieję, że nam się udało. Poprzez przekrojowe pokazanie naszych dotychczasowych wyjazdów pokazaliśmy, że przy odrobinie własnej pracy i przy planowaniu można spełnić własne marzenia. Pierwszy krok to powiedzenie sobie samemu chcę. Następne kroki to konsekwencja i determinacja w dążeniu do celu. Pod koniec grudnia gościliśmy na spotkaniu Kościerska Wanoga 2014 organizowanym przez Kościerski Ośrodek Sportu i Rekreacji, gdzie zostaliśmy zaproszeni, by w 30 minut opowiedzieć o Skandynawii. Z początku wydawało się, że to niewiele czasu, gdyż do zaprezentowania mieliśmy Danię, Norwegię i Szwecję, lecz wspólnie uważamy, że było to nasze najlepsze dotychczasowe wystąpienie. Szybko, na temat i mamy nadzieję, że z dużą porcją niedosytu przedstawiliśmy nasze trzy wyjazdy.

Spotkanie twarzą w twarz to bardzo miłe doświadczenie. Dla nas ogromna trema, ale na prawdę warto! Lekka trema towarzyszyła nam również w Radio Gdańsk, gdzie współtworzyliśmy poranną audycję.

A co dalej? Oczywiście nie przenosimy się pod rzutnik na stałe, z resztą co tu można wiele jeszcze mówić w temacie ;) Planujemy kolejną wyprawę. W 2015 lecimy na Islandię. Na dzień dzisiejszy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że pojedziemy w komplecie, z czego ogromnie się cieszę! Marcin zapowiedział, że porwie nas na drugi podbój Szwecji w jeden dzień. Mamy w planie również kila mniejszych wyjazdów, ale by nie zapeszać pozwólcie, że będziemy pisać o nich na bieżąco.

Nie pozostaje nam zatem nic więcej, jak tylko wskoczyć na rower!

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Zimowa odsłona po raz pierwszy w tym roku

Długo czekaliśmy w tym roku na pierwszy śnieg, pierwszy przymrozek i pierwszy zimowy rower.

Kto śledzi nasz blog w miarę regularnie wie, że jeszcze nigdy nie pojechaliśmy nigdzie w komplecie. Zgranie wspólnego terminu dla 4 osób do tej pory było wyzwaniem, ale się udało!

W pełnym składzie pojechaliśmy Szybką Koleją Miejską w stronę szlaku Północnych Kaszub, a konkretnie do Wejherowa, który był startem i metą naszej przejażdżki. Około godziny 10:30 ruszyliśmy w kierunku jeziora Żarnowieckiego. Po drodze mijając miejsce pamięci w Piaśnicy.


Kolejnym przystankiem była plaża w Białogórze, gdzie zobaczyliśmy jak gigantyczny przypływ, pochłonął dosłownie całą plaże.


Pierwotny plan zakładał dojechanie do Radoszyna, z którego chcieliśmy odbić z powrotem na południe niebieskim, rowerowym szlakiem WTC. Jednakże dość późna godzina i ogólny chłód z porywami silnego wiatru wymusił na nas  skrócenie trasy. Na wysokości Dębek skręciliśmy na południe, objeżdżając jezioro od strony wschodniej. Trasę skróciliśmy o około 10 km, kończąc pętle z przebiegiem 80 km i nieco zmarzniętymi stopami ;)


Północna część Kaszub jest rejonem, który dopiero zaczynamy zwiedzać. Trasa, którą podążaliśmy jest świetnie przygotowana dla każdego amatora dwóch kółek. Na pewno jeszcze nie raz wrócimy w te rejony. Zimą niestety wcześnie zapada zmrok więc trzeba pamiętać o dobrym oświetleniu i odpowiednich ubraniach. Na szczęście podczas naszej wycieczki pogoda była wręcz idealna. Przejrzyste niebo i ogrzewające słońce towarzyszyły nam przez większość trasy. Mawiają, że im dalej w las tym ciemniej. W tym przypadku ciemniej, zimniej i wietrzniej ;) Na szczęście cali i zdrowi dotarliśmy na SKMkę powrotną.


poniedziałek, 8 grudnia 2014

Bądź widoczny

Jak powszechnie wiadomo, w Polsce wprowadzono w życie przepis o nakazie używania elementów odblaskowych przez pieszych poza terenem zabudowanym. Bardzo dobrze.

Co to właściwie jest odblask?

Odblaski to specjalnie zaprojektowane powierzchnie, które składają się z mikrokulek lub mikropryzmatów. Dzięki takiej strukturze światło, które na nią pada, wraca odbite w kierunku źródła. Ponadto światło nie musi padać na odblask pod kątem prostym, żeby ten je odbił.

Efekt stosowania odblasków jest taki, że w trudnych warunkach pogodowych lub w nocy takowy element może zostać zauważony przez kierowcę samochodu z odległości powyżej 150 metrów.

Odblaski dzielą się także na porządne i  badziewne. Badziew nie jest oznaczony normą EN13356:2001, która dokładnie określa co i jak ma odbijać. Szukać możemy także oznaczenia normy EN471, która z kolei opisuje parametry odzieży ostrzegawczej do użytku zawodowego.

W Polsce wszyscy wiemy, że odblaski są ważne. Czy jednak naprawdę to rozumiemy?
foto: hunden.no

Chętnie posłużę się przykładem Norwegii (znowu?). W okolicach Bergen w listopadzie jasno robi się ok. godziny 9, a ściemnia się już przed 16. Wszyscy idący do szkoły i pracy codziennie chodzą w czasie zmroku. Pogoda zresztą też nie jest tu zbyt piękna o tej porze roku.

W Polsce akcje Bądźmy odblaskowi, plakaty, filmy itd... efekt taki, że każdy wie, że odblaski są ważne. A w Norwegii? Większość pieszych chodzi w kamizelkach po chodnikach. I to nie poza miastem, tylko w mieście. Jeśli ktoś nie zdecydował się na żółtą kamizelę, to przynajmniej opaskę albo wiszące bajery przy torbie. O migających lampkach przy rowerach wspominać nie muszę. Popularne tutaj kurtki sztormowe Helly Hansen mają odblaskowe kaptury. Co ciekawe - bezpiecznie mogą też czuć się psy - pupile podczas wieczornych spacerów też świecą przykładem.

Elementy odblaskowe to jeden z nawyków z serii "jak zobaczę, to uwierzę". Wystarczy przejechać się wieczorem po norweskim miasteczku. Pieszych widać jak na dłoni. I nie trzeba do tego plakatów i reklam; to już jest częścią świadomości. W Polsce odblaski są jeszcze ciągle obciachem - kurtki nosi się czarne, sakwy granatowe, a lampki zostawia się w domu.

Pozostaje wierzyć, że odblaskowe odruchy przyjdą także z czasem i do nas. No i mieć nadzieję, że zima będzie słoneczna.

piątek, 28 listopada 2014

Listopadowa noc pod namiotem - czyli weekendowy wypad do lasu

Zwykle najlepsze pomysły rodzą się w toalecie albo pod prysznicem…. W naszym przypadku są to rozmowy na komunikatorach, najczęściej podczas pracy … (mam nadzieję, że szefowa nie czyta). Tak też było i tym razem.

Był początek listopada. Radek pisał, że wybrałby się na rower, ja odpisałem, że chętnie, ale może w ramach hartowania się przez zimnymi nocami na Islandii, spróbujemy pojechać chociaż na jedną noc pod namiot. Okazja była, gdyż w połowie listopada planowaliśmy pojechać do Wygonina, przygotować bazę do remontu komina. Od słowa do słowa doszliśmy do wniosku, ze pomysł jest realny i nie aż taki głupi, jak wydawał się na początku. Wybraliśmy datę – 21 listopada – i rozpoczęliśmy przygotowania.

Im bliżej było do wyjazdu, tym więcej znaków na niebie i ziemi dawało do zrozumienia, że wyjazd nie jest najlepszym pomysłem. Temperatury oscylowały w okolicy 0 stopni, mieliśmy problemy ze znalezieniem części sprzętu, problemy z dopasowaniem pociągów, a na koniec na 2 dni przed wyjazdem dopadła mnie ostra niestrawność…

Ostatecznie udało się. W piątek około 17:00 ruszyliśmy w drogę z Gdańska do Żukowa na pociąg.
Trasa przez Kokoszki, Czaple, Pępowo. Część trasy po ścieżkach rowerowych, pozostała bocznymi, asfaltowymi drogami.
Do pierwszego zaplanowanego pociągu zabrakło nam około 10 minut. Następny odjeżdżał za kolejne 45, więc wolny czas spędziliśmy w pobliskiej pizzerii.

W pociągu do Kościerzyny spotkała nas miła niespodzianka. Bardzo miły Pan Konduktor popatrzył na nas, na rowery, na namiot i po krótkiej rozmowie zaproponował nam zniżkę, której normalnie nie doczytali byśmy w ofercie PKP – z tego miejsca pozdrawiamy Pana Konduktora i bardzo dziękujemy.


 Żeby ominąć problem z poszukiwaniem miejsca na nocleg, wybraliśmy doskonale znaną nam plażę blisko wsi Szenajda, nad jeziorem Strupino, gdzie dawniej spędziliśmy spory kawałek życia na harcerskich obozach.


Trasa z Kościerzyny do Szenajdy wiodła w połowie asfaltowymi, w połowie leśnymi drogami przez Rotembark, Debrzyno i Juszki. Tak się złożyło, że trafiliśmy na chyba najbardziej ciemną i mglistą noc tej jesieni. Mieliśmy dzięki temu możliwość wypróbowania wszystkich naszych świateł i odblasków, bez których jazda byłaby nie tylko niebezpieczna, ale i niemożliwa.

Na miejsce dotarliśmy bez przeszkód. Mimo sporej wilgoci i kompletnej ciemności, udało nam się zebrać odpowiednią ilość opału i rozpalić ognisko. Po wstępnym ogrzaniu przyszedł czas na kolację. Część posiłku udało się zjeść na ciepło dzięki termosowi  na jedzenie, który miał z sobą Radek. Wreszcie była okazja sprawdzić termos  w bardzo niesprzyjających warunkach. Gorący żurek był wystarczająco ciepły by po 4,5 godzinach, od zapakowania do termosu, można było zjeść go ze smakiem. Dziś możemy powiedzieć, że na krótkich dystansach termos się sprawdza, i że polecamy.

Po kolacji zapadła decyzja, iż mimo 3,5 stopni Celsjusza, zostajemy na noc w lesie. Rozstawiliśmy namiot, rozpakowaliśmy graty i wróciliśmy do ogniska. Noc przy ogniu minęła na wspominkach i rozmowach o życiu i śmierci… Ognisko dawało niesamowite poczucie ciepła, stąd każda propozycje, że może pójdziemy już spać, kończyła się dorzuceniem kolejnej porcji drewna… Ostatecznie około 1 w nocy przekonaliśmy się nawzajem że czaj już się położyć.
Mimo sporych obaw o temperaturę, noc w namiocie okazała się na tyle znośna, że wstaliśmy wyspani dopiero około 9 rano.


Szybkie śniadanie, zwijanie sprzętu, post na facebooku i ruszyliśmy w drogę do Wygonina.

Trasa około 17 km. podobna do wczorajszej. Połowa leśnymi, połowa bocznymi asfaltowymi drogami.
W HBO Wygonin dołączyły do nas nasze dziewczyny i para znajomych. Reszta soboty i połowa niedzieli minęły na pracy na terenie Bazy, grach planszowych i ogólnym odpoczynku od trudów życia codziennego.


W niedzielę po południu ruszyliśmy w drogę powrotną. Wstępny plan zakładał przejazd z Wygonina aż do Gdańska. Jednak późna godzina wyjazdu, mój ból stopy i ogólne zbyt duże wyluzowanie w sobotni wieczór wymusiły weryfikację planów. Kolejnym pomysłem był dojazd do Zblewa na pociąg. Do wyboru mieliśmy 2 pociągi. Na pierwszy była szansa zdążyć na styk, na drugi musieli byśmy czekać kolejne 2 godziny na zimnym dworcu.


W połowie trasy do Zblewa wyszło, że mamy lekki niedoczas, i na pierwszy pociąg możemy nie zdążyć, a na drugi nie ma sensu czekać. Po krótkim przemyśleniu sprawy, postanowiliśmy pojechać w stronę Kalisk żeby złapać pierwotnie planowany pociąg 2 stacje wcześniej. Pomysł wypalił, i po krótkim oczekiwaniu na dworcu, udało nam się wcisnąć do pociągu. Niestety w niedzielne popołudnie pociągi na tej trasie są tak zatłoczone, że o miejscu na powieszenie, albo chociaż ustawienie roweru pod ścianą roweru mogliśmy zapomnieć…

Ściśnięci w przejściu przy drzwiach, wysiadając co kilka stacji aby wypuścić innych pasażerów,  dotarliśmy na przesiadkę do Tczewa.
Jeszcze na trasie okazało się, że na przesiadkę w Tczewie będziemy czekać około 40 minut. Czas ten postanowiliśmy wykorzystać na bardzo szybkiego kebaba, w małym barze około 5 minut jazdy od dworca.
Pociąg do Gdańska na szczęście był już dość luźny. Dojechaliśmy na siedząco, bez większych problemów.

Nasza przygoda zakończyła się na dworcu PKP Gdańsk Główny.

Podsumowując – udało się nam spędzić noc pod namiotem, przy odczuwalnej temperaturze zbliżonej do 0 stopni.
Trasa, jaką pokonaliśmy nie jest może imponująca pod względem odległości, ale celem wyjazdu było sprawdzenie siebie, ciuchów i sprzętu w takich właśnie warunkach.
Po wyjeździe jesteśmy bogatsi o kolejne doświadczenia i wspomnienia na długie lata.
Daliśmy radę i już myślimy o przekroczeniu kolejnej bariery – nie tylko temperaturowej.
Szkoda tylko, że Kubie i Kędziorowi nie udało się pojechać z nami, jednak czasami życie zawodowe i prywatne jest ważniejsze niż rowerowe hobby… Dobrze że tylko czasem :)



Jeśli zastanawiacie się z jakiego sprzętu korzystaliśmy podczas tego wyjazdu to poniżej krótka lista:
- namiot Fjord Nansen Lima II
- alumata + karimata
- materac dmuchany Trekker Fjord Nansen
- nieco wysłużony śpiwór Bergson
- nieco wysłużony śpiwór puchowy (firmy już nieczytelna, a pamięć ulotna)
- 2x termos na herbatę
- Primus Lunch Jug 0,5 l na obiad
- kuchenka GoSystem GS2101 autotrail

Udowodniliśmy, że nie trzeba kosmicznej technologii by spędzić noc w namiocie pod koniec listopada w lesie. Wystarczy pamiętać o ubraniu się na cebulkę przed wejściem do śpiwora. Do tego obowiązkowo czapka i można się nawet zgrzać ;)



Pozdrawiamy
Marcin [Małysz] i Radek

środa, 19 listopada 2014

Wybuchowa dętka i zmiana opon

Nie będzie to post o narzekaniu, nie będzie to też poradnik jak zmienić dętkę i oponę. Z wymianą zakładam, że każdy wolniej lub szybciej sobie radzi, samodzielnie lub z pomocą, ale w końcu wymienia :)

Będzie o sytuacji jaka spotkała mnie przedwczoraj. Podczas czyszenia roweru, zmiany opon i przygotowywania go do aktualnie panujących warunków atmosferycznych, gdy już byłem na finiszu pracy, podczas pompowania koła, nieco przed graniczną cyfrą 4 atmosfer jak nie HUKNĘŁO, jak nie ZADZWONIŁO mi w uszach! Stanąłem  jak wryty patrząc pod nogi na koło i wystającą z niego dętkę. Jak się okazało dętka została rozerwana wzdłuż na długości jakiś 20 cm. Dlaczego? Nie wiem, pierwszy raz doświadczyłem czegoś takiego. 


Może dętka była już "zmęczona". Pokonała ze mną całą Norwegię plus trochę jeżdżenia przed i po niej. Powiem Wam, że było to niezbyt przyjemne uczucie, szczególnie w zamkniętym pomieszczeniu, a konkretniej na przedpokoju, który nie ma 100 m2 powierzchni. Wracając jeszcze do dętek to pomyślałem, że to wina "jakości dętki". Wszak można kupić dętki marketowych marek sportowych oraz markowe. Dętka, której zdjęcia widzicie powyżej należała raczej do tych "lepszych". Jakie więc wybierać? Osobiście wybieram te z długim wentylem z racji wygody korzystania przy stożkowej obręczy jaką mam. Zdarza mi się kupić dętki marketowe, ale nie stronię również od tych "lepszych".

Cóż, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Poszedłem do szafy, wyciągnąłem zapas dętek i wyszukałem nową. Tym razem pompując tylko 3 atmosfery, by nie wzbudzać podejrzenia u sąsiadów mafijną strzelaniną.


Skoro o oponach też mowa. Od ostatniej wyprawy jeździłem na Maxxis Larsen Oriflame 2.0. Opony na wyjeździe, na którym w 98% trasy dominował asfalt, spisały się rewelacyjnie. Nawet na bardzo ostrych zakrętach opona wręcz przyklejała się do podłoża dając niesamowicie pewne prowadzenie roweru. Na leśnej, szutrowej drodze również dobrze trzymały się w zakręcie. Słabiej natomiast było na leśnych podjazdach, co jest w pełni uzasadnione konstrukcją opony.

Aktualnie założyłem opony Schwalbe Nobby Nic 2.1. Ten typowy górski bieżnik sprawdzi się idealnie w lesie o tej porze roku. Opona również dobrze jeździ po śniegu, o czym mogłem przekonać się poprzedniej zimy. Zapewne zostanie ze mną podczas tegorocznego sezonu zimowego. Minusem opony jest miękka guma, która używana na asfalcie dość szybko znika.

czwartek, 13 listopada 2014

Jesienne mgły - przygotowanie do kolejnego sezonu

Kolejne astronomiczne koło zatacza krąg. Jeszcze niedawno cieszyłem się codziennymi, ciepłymi promieniami słońca i długimi dniami. Dziś zupełne przeciwieństwo. Nie oznacza to jednak, że mam depresję i spędzam czas siedząc przed telewizorem, pod kocem siorbiąc ciepłe kakao. Jesień to też nie powód by odstawić rower na wieszak. Owszem, jesienne rowerowanie nie jest dla każdego. Jest trudniejsze, wymaga większego dbania o sprzęt, odpowiedniego ubrania i jeszcze szerzej otwartych oczu na drodze.

Jak przygotować się do jesiennego rowerowania? Streściłbym to w kilku punktach.

1. pozytywne nastawienie
To nasza osobowość i psychika w dużym stopniu determinuje coś, co nazywamy "to nie jest dla mnie". Jeśli do tej pory jeździłeś rowerem tylko w suchy, słoneczny, letni dzień nie oznacza to, że jesienna aura nie jest dla Ciebie. Potraktuj to jako wyzwanie; zmierzenie się z samym sobą, a gwarantuję, że znajdziesz wiele plusów.

2. zadbaj o odpowiednią odzież
Gdy temperatura waha się w okolicach 10°C ubieram długie spodnie i długie skarpety (ważne by w chłodne dni chronić ścięgno Achillesa), termiczny longsleeve, na to wiatrówkę (opcjonalnie cienką bluzę jako drugą warstwę), buffa, czapkę pod kask oraz długie rękawiczki.

3. bądź widoczny
To już nie czas, kiedy zmrok zapada o godzinie 22:00. Godzina 17:00 to już egipskie ciemności, które trzeba skutecznie rozproszyć zarówno białym światłem z przodu, jak i czerwonym z tyłu. Zdecydowanie ułatwi nam to poruszanie się po zmroku oraz sprawi, że będziemy widoczni dla innych. Za miastem polecam kamizelkę odblaskową, jest ona lekka, nie krępuje ruchów, a i wstydliwi będą bezpieczniejsi.

4. prędkość
Wiadomo, że chłód wyziębia organizm, co skutecznie może doprowadzić do jego szybkiego zmęczenia. Szybka jazda, gdy mamy na sobie kilka warstw ubrań (nawet tych kosmicznie oddychających) spowoduje, że nadmiernie się zgrzejemy. Gdy np. zatrzymamy się na światłach w oczekiwaniu na zielone i będzie wiał wiatr, to nie będzie to ani przyjemne ani zdrowe dla naszego organizmu. Dlatego jesienią zwalniam :)

5. rower
Osobiście, gdy wracam do domu i widzę, że mój rower jest mokry, biorę szmatę i go wycieram. Po pierwsze trzymam rower w mieszkaniu i szanuję porządek, po drugie sam nie chciałbym stać w przedpokoju mokry, po trzecie szczególnie łańcuch narażony jest na korozję. Warto wytrzeć go do sucha i przesmarować odpowiednim smarem.

To zaledwie pięć punktów, którymi można kierować się przy wyjściu jesienią na rower. Dla niektórych, aż pięć. Przecież rower ma być przyjemnością, odstresowaniem, sposobem na spędzenie wolnego czasu, czy zatem wszystkie przygotowania i obostrzenia są tego warte? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

Jesienna jazda na rowerze to także podniesienie odporności organizmu. Można wyglądać niewyraźnie i wybierać farmaceutyczne specyfiki, które nas wyostrzą lub można samemu się hartować.

To co? Sezon jesienny otwarty? Wskakujemy na rowery? :)