środa, 30 lipca 2014

Mały rodzinny weekend w siodle

W miniony weekend, kiedy pozostali członkowie grupy byli jeszcze w Norwegii, postanowiłem wraz z żoną Kają, wybrać się na małą wyprawę.


 Musieliśmy pojechać do bazy w Wygoninie, żeby odebrać sprzęt po zakończonym obozie. Pogoda była piękna, samochód w warsztacie, więc głównym motywem wyprawy było przemieszczenie się z punktu „A” do punktu „B”. Dodatkową motywacją było wypróbowanie w terenie nowego roweru Kaji.

Wyruszyliśmy w piątek po południu po pracy, pociągiem z Gdańska Głównego w kierunku Kalisk. Wybór padł na pociąg bezpośredni, żeby nie trzeba było się szybko przesiadać w Tczewie.
Na peron pojechał „piętruś”, więc miejsca na rowery było na szczęście wystarczająco.
Wysiedliśmy po niecałych 2 godzinach jazdy. Gdy pociąg już odjechał, ku mojemu zdziwieniu Kaja spytała, czemu na budynku dworca jest napisane „ZBLEWO”...


 Jak się okazało, przez roztargnienie, pośpiech i lekkie opóźnienie pociągu, wysiedliśmy o dwie stacje za wcześnie, i zamiast spokojnej przejażdżki bocznymi drogami, czekała nas trasa bardzo ruchliwą drogą.
Na szczęście w Zblewie znalazło się trochę Internetu, i dzięki Mapą Google odnaleźliśmy leśną drogę, która prawdopodobnie prowadziła w tym samym kierunku, w którym chcieliśmy jechać.
Dzięki całemu zamieszaniu odkryliśmy całkiem przyjemną trasę przez miejscowości Cis i Cieciorka.
Z Cieciorki, już planowaną trasą przez Płociczno, Chwarzno,  Starą Kiszewę do Wygonina.
Do Cieciorki głównie leśne drogi, w sporej części ze sporą, dość nieprzyjemną warstwą piasku. Od Cieciorki wąski asfalt na mało uczęszczanej, ale pięknej widokowo drodze.
Cała piątkowa trasa skończyła się przyjemnymi 22 kilometrami (zamiast planowanych 15)


 W sobotę przez natłok prac na bazie, i bardzo niesprzyjające warunki atmosferyczne nie udało nam się niestety wsiąść na rowery.

W niedzielę, około 13: 30 ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem celem była stacja PKP w Kościerzynie.
Trasa z Wygonina przez Konarzyny, Olpuch, Szenajdę, Juszki,  Rotembark do Kościerzyny.

Do Konarzyn przyjemny asfalt, potem połowa trasy do Olpucha mocno zapiaszczoną leśną drogą. Potem znów asfalt, z którego zjechaliśmy około 1,5 km za Olpuchem. Skręt w leśną drogę, po części piaskową, po części szutrową – remontowaną kilka lat temu.


Przerwa w trasie nad jeziorem Strupino, około 1,5 km od Szenajdy, gdzie przez kilka lat zarówno my jak i pozostali członkowie SundayBikers jeździliśmy na obozy pod namioty.
Niestety, mimo planowanego dłuższego odpoczynku, z nad jeziora wygoniło nas stado gryzących gzów.
Dalej jeszcze trochę leśnej do Juszek, a dalej asfalt do Kościerzyny.
Na PKP dotarliśmy 3 minuty po tym jak lunęło i przyszła burzą …
Cała trasa niecałe 29 kilometrów


Nowym, klimatyzowanym szynobusem dojechaliśmy do Rębiechowa, skąd zjechaliśmy do domu na Starówkę. Trasa głównie ścieżkami rowerowymi wzdłuż ul. Nowatorów, przez Kokoszki, Jasień, i ul. Kartuską.
Trasa około 18 km.


Podsumowując – polecamy tereny w okolicy Wygonina, zarówno na krótkie jak i dłuższe, nawet kilkudniowe wypady. W okolicach jest sporo oznakowanych tras rowerowych, szlaków turystycznych oraz niezliczona ilość przejezdnych leśnych i polnych dróg.
Dojazd na Kaszuby i Kociewie zapewniają dwie linie kolejowe – Gdańsk – Tczew – Chojnice i Gdynia – Kościerzyna. Na obu trasach kursuje kilka pociągów dziennie, w większości nowe szyno busy z miejscami na rowery. Dodatkowo w okresie wakacyjnym PKP uruchomiło linię z Gdyni do Kartuz – 2 pociągi dziennie.


Łącznie w weekend udało się przejechać niecałe 70 kilometrów. Nie ważne czy to dużo czy mało, dla nas liczyła się prze wszystkim możliwość wspólnej jazdy w terenie.

Pozdrawiamy – Małysz i Kaja

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Pod górę i pod wiatr, skandynawska aura coraz bliżej

W minioną sobotę wybraliśmy się z Tomaszem za Kartuzy do Hejtusa. Czekały tam do zebrania punkty z trasy dogtrekkingu, który odbył się dwa tygodnie temu. Dlaczego jeździmy zbierać punkty? Po pierwsze jest to zawsze jakiś cel by pokręcić korbą i poznać nowe tereny, po drugie zawsze chętnie pomożemy. Początkowo mieliśmy jechać razem z PanemHusky, który ustawiał trasę, lecz coś mu wypadło i pojechaliśmy we dwóch. Zostaliśmy wyposażeni w mapę w formacie *.kmz i plik jpg. 

Do Hejtusa pojechaliśmy szosą, by przyzwyczajać się do jednostajnej jazdy, która czeka nas już za trzy tygodnie! Nie wiemy jeszcze jakie niespodzianki, jak bardzo strome podjazdy pod fiordy i ile deszczu przewidziało dla nas fatum, lecz w sobotę zobaczyliśmy jak to jest jechać z wiatrem w twarz i pod górę :)

Dojazd około 35 km zajął nam 1,5 h. Piękne pagórkowate tereny to odmiana dla żuław, po których pedałowaliśmy tydzień temu. Po znalezieniu pierwszego punktu, przyszedł czas na drugie śniadanko, po którym nieco popadało, oczywiście tylko po to byśmy nie zakopali się w lesie ;)

Obaj lubimy pokręcić po lesie, do tego osobiście uwielbiam jeździć w nieznanym terenie. Pomimo faktu, że byliśmy wyposażeni w gps, na którym dokładnie widać gdzie jesteśmy, nie zwracaliśmy uwagi na nazwy okolicznych miejscowości tylko szukaliśmy punktów. Jak to zwykle bywa, części z punktów już nie było. Lampiony (widoczne na pierwszym zdjęciu) przyciągają swoją uwagę leśnych stworów, które często-gęsto zrywają je i (prawdopodobnie) dekorują nimi swoje nory, bo nie wiem co innego można z nimi zrobić ;) Po kilkunastu minutach pokręcenia się w miejscu zaznaczonym kropka na mapie ruszaliśmy dalej.


Banalnie to zabrzmi, ale las wymaga większego skupienia niż szosa, więcej w nim niespodzianek, które czasem kończą się łapaniem zająca. Tym razem nasza wewnętrzna rywalizacja zakończyła się wynikiem 1:1, lecz tylko z jednym udokumentowanym "punktem".


Wszystko zapowiadało się rewelacyjnie, mieliśmy odpowiedni zapas czasu, chęci, prowiant i wodę. Jednego czego nam zabrakło to .... baterii :) Tak, tak, banalna rzecz, lecz gdy niespodziewanie padły baterie w Garminie straciliśmy mapę cyfrową, jedyną jaką tego dnia mieliśmy z sobą :( Nie polecam baterii marki Philips, podziałały raptem 5 h (!), gdzie Energizery z powodzeniem dały radę tydzień temu przez prawie 14 h plus były wykorzystywane jeszcze po tym dniu. Na domiar złego Chac (mitologia Majów) postanowił sprawdzić czy faktycznie nie jesteśmy z cukru. Na jego nieszczęście dojechaliśmy do ambony na skraju pola, która dała na m schronienie na około pół godziny. W tym czasie spożyliśmy kolejny posiłek regeneracyjny.


Po chwili odpoczynku sprawdziliśmy na komórkach którędy do najbliższej miejscowości i ruszyliśmy do niej. Zakupiliśmy baterie oraz naturalne energetyki, posiedzieliśmy chwilę i zgodnie uznaliśmy, że na nas już pora, że nie wracamy 10 km na trasę w niepewną pogodę. Objechaliśmy raptem kilka punktów, po resztę być może wrócimy już w środę.

Podsumowując:
- pokręcone prawie 90 km szosą i trochę lasem
- bardzo ładne tereny, na pewno nie raz tu wrócimy
- nawigacja na przełaj na 5+, nie zgubiliśmy się ani razu ;)


poniedziałek, 16 czerwca 2014

Prepare for the battle vol.1

"Norwegia sama się nie zrobi..."

W niedzielę 15 czerwca rozpoczęliśmy cykl treningów mających na celu przygotowanie nas do wyprawy (bitwy z wiatrem, wzniesieniami oraz fiordami) pt: "Sandały uderzają na północ!".


W sobotę Kuba przygotował trasę zakładającą przejechanie około 180 km, Gdańsk - Elbląg - Malbork - Tczew - Gdańsk. Osobiście, od samego początku, sceptycznie byłem nastawiony na kręcenie tak dużej ilości kilometrów i założyłem, że odcinek  z Tczewa do Gdańska przemierzymy siedząc w pociągu. Niestety (a może NA SZCZĘŚCIE) się pomyliłem...





Około godziny 09:00 wyruszyliśmy z Gdańska. Początek trasy znany, ponieważ robiliśmy go jadąc do miejscowości Piaski, jednakże w Jantarze odbiliśmy w kierunku SE tak, aby omijając główne drogi dotrzeć do Elbląga. W tym miejscu muszę podkreślić, że trasa okazała się być niemalże perfekcyjnie przygotowana, pod kołami naszych maszyn mieliśmy nie tylko asfalt, ale też błoto, szuter, jakieś zielsko oraz betonowe płyty - niestety nie zawsze równo poukładane. Co w konsekwencji odbiło się (dosłownie i w przenośni) na naszym samopoczuciu. W Elblągu spędziliśmy chwilę na rynku głównym wykonując telefony kontrolne do najbliższych i ruszyliśmy "na Malbork!".






Na trasie do Malborka napotkaliśmy przepiękne, malownicze miejsca, w których mogliśmy uzupełnić płyny i nie tylko. Szczególne chodzi mi o niedużą altankę nad stawem we wsi Oleśno, koło której czyhały trzy sztuki zwierzyny (zając, krowa i kurak).


W Malborku szybki obiad w postaci kebaba rollo oraz jeszcze szybsze selfi-panorama z Kaziem i w drogę...


... no i zaczęła się mordęga. Odcinek Malbork - Tczew, a właściwie aż do mostu nad Wisłą prowadzi dłuuuuuuga prosta. Był to najgorszy odcinek, ponieważ prowadził jedną z głównych dróg, więc co chwile mijał nas samochód, a do tego naprawdę była to bardzo długa prosta. Po dotarciu do Tczewa przyszedł KRYZYS! Dzięki lekkim namowom i mega wsparciu Radka i Kubusia nie odpuściłem, zrezygnowałem z wpakowania się do pociągu i powrotu do domu.

Za Tczewem wjechaliśmy na wał przeciwpowodziowy w celu uzupełnienia płynów. Krótka przerwa i czas już wracać. Celem niedzielnego treningu było przygotowanie się wyprawy - czyli asfalt! Ciekawym urozmaiceniem były OSy które niespodziewanie pojawiły się na trasie. Ale najciekawsze było przed nami.




Zjechaliśmy z drogi asfaltowej w mało uczęszczaną trasę biegnącą wzdłuż kanału. W tym przypadku przysłowie "Im dalej w las, tym więcej drzew" okazało się całkowicie trafne. Im dalej jechaliśmy, tym zarośla stawały się wyższe i gęstsze.

Gdy zatrzymaliśmy się zrobić jakieś fotki, okazało się, że coś nas zjada. Momentalnie na naszych ubraniach pojawiały się komary, które bez wahania wbijały w nas swoje kłujki.


Więc postaraliśmy się ruszyć dalej, choć nie było to takie proste. Chwasty okazały się na tyle gęste, że prędkość spadła, a podstawowym naszym celem było nie wywrócić się i nie ugrzęznąć. 


Po tym dość ciekawym odcinku wróciliśmy na "normalną" drogę i spokojnie lecieliśmy na Gdańsk.

Podsumowując: trasa MEGA!! Ciekawa, urozmaicona i długa. Mieliśmy szczęście, że pogoda dopisała i nikt nic sobie nie zrobił (patrz: U Wielkiego Mistrza). Jednocześnie mogę się pochwalić nowym rekordem życiowym. A jeśli ktoś chciałby wybrać się w tego typu wycieczkę to polecam Kubusia, który jak widać ma już dość wysokiego skill'a w tej dziedzinie.



Kędzior

środa, 21 maja 2014

Po co marzyć i czy warto marzyć?

Każdy z nas marzy, marzenia są nieodłączną częścią naszego życia. Marzymy o chęci posiadania rzeczy materialnych, o zmianie otoczenia o podróżowaniu. Czy ktoś z Was kiedykolwiek rozliczał siebie z realizacji własnych marzeń? Oczywiście nie zawsze realizacja jest prosta, często poza czasem i planem wymaga przede wszystkim chęci, które bywają słomiane jak zapał, chyba każdy się z tym spotkał. Oczywiście są również czynniki społeczne, gospodarcze, ekonomiczne które w różnym stopniu hamują to co chcemy osiągnąć.

Nie jestem alfą i omegą, ale przekonałem się niedawno że warto marzyć i warto spełniać marzenia. Miesiąc temu wróciłem z rowerowej wyprawy po dachu świata. Dzięki dołączeniu do grupy United Cyclist przeżyłem rowerową przygodę życia i przejechałem na rowerze spory kawałek Himalajów, z najwyższym punktem na trasie - przełęczą Thorung La na wysokości 5416 m n.p.m. Relacja z wyprawy dostępna jest póki co na portalu trojmiasto.pl, w wolnej chwili będzie również na blogu.

Jednakże jest to blog o nas, o ekipie SundayBikers, o naszych wspólnych większych i mniejszych poczynaniach rowerowych i jako grupa także mamy marzenia :) Są to oczywiście marzenia rowerowe, których większość z nich zrodziła się spontanicznie, przy piwie, na imprezie, na czacie w pracy lub po prostu została rzucona i temat został podchwycony przez resztę ekipy.

Już 12.07.2014 spełniamy kolejne marzenie i lecimy do Norwegii! Nabieramy tempa, w czym pomaga nam portal tri-fun.pl wspierając nas medialnie.


Jesteśmy już na etapie dopinania wszystkich szczegółów na ostatni guzik, przed nami jeszcze dwa miesiące na doszlifowanie kondycji. Trasę jaką planujemy wspólnie przejechać zaczniemy w Trondheim, a skończymy w Oslo. Będziemy w 100% niezależni od czasu i miejsca, a naszym jedynym ograniczeniem jest data na bilecie lotniczym więc szczegółową trasę będziemy optymalizować na bieżąco, kto wie gdzie uda nam się zajechać :)

Po co więc marzyć? Odpowiedź jest prosta - by spełniać swoje marzenia :)

niedziela, 11 maja 2014

Jak spakować się na wyprawę rowerową część 2.

W poprzednim wpisie pisałem o tym jakie rzeczy pakuję z sobą na wyprawę rowerową. Teraz trochę o tym w co te rzeczy spakować. Na własnym przykładzie bez zbędnego teoretyzowania, w pełni empirycznie. Plus kilka słów od gościa specjalnego, zapraszam.

sakwy czy plecak?

Ponownie jak w przypadku rzeczy do zabrania to długość wyprawy decyduje o tym w co zabieram z sobą niezbędne graty. Jeśli jadę na jeden dzień na wspomniany wcześniej Hel zabieram tylko średniej wielkości plecak z zapasową dętką, łyżką do opon, pompką, kanapką, żelem energetycznym i dokumentami.

Jeśli jadę na weekend i dłużej zabieram z sobą sakwy. Ilość i rodzaj sakw jest sprawą indywidualną. Moje pierwsze sakwy był produkcji czeskiej firmy Sport Arsenal model 465. Jest to potrójna sakwa na bagażnik o pojemności 2x10l + opcjonalnie odpinana góra o pojemności 15l. W zestawie znajduje się żółty pokrowiec na deszcz. Sakwy te bardzo lubiłem i chętnie korzystałem lecz w pewnym momencie ich pojemność okazałą się dla mnie za mała. Na dwutygodniowy wyjazd nie byłem w stanie się w nie spakować. Jednak jest to produkt, który zdecydowanie polecam. Bardzo dobrze wykonany, do tego estetyczny i w dobrej cenie. Z tych sakw korzystają obecnie Kędzior i Małysz. Kędzior ma również zestaw sakw na przednie koło (model 508) + odpowiedni bagażnik i z powodzeniem był w stanie spakować się w cały zestaw na dwutygodniową wyprawę do Norwegii.


Aktualnie posiadam sakwy niemieckiej firmy MSX, model SL 55. Sakwy mają dużo prostszą konstrukcję niż Sport Arsenal, składają się z jednej dużej komory, z małą dopinaną na rzep i zapinaną na zamek wewnętrzną kieszenią. Obie sakwy mają pojemność do 60l, a materiał z którego są wykonane gwarantuje 100% wodoszczelności i zabezpieczenia przed pyłem. Sakwy posiadają system szybkiego mocowania na bagażnik dzięki czemu ich montaż i demontaż jest błyskawiczny, a raz dopasowany uchwyt blokujący przesuwanie sakwy sprawia, że stabilnie trzymają się bagażnika Wodoodporny materiał zdejmuje z nas pamiętanie o naciągnięciu pokrowca w czasie deszczu. Dla niektórych minusem jest jedna komora, dla mnie jest to bardzo wygodne. Ubrania sortuje w worki z siateczki dzięki czemu wewnątrz sakwy panuje porządek i bez problemu się w niej odnajduję. Pomiędzy sakwami jest także niewielka różnica w wadze. Dwie sakwy MSX ważą 1900g, a całość sakw tylnych Sport Arsenal 1540g. Także 360g wozimy zawsze więcej. Mało? Dużo? Wszystko zależy od ilości pozostałych rzeczy. Jest to np jeden ręcznik szybkoschnący i dwie pary skarpetek ;)


co z kierownicą?

Sakwy to nie tylko tylny i przedni bagażnik, ale także kierownica. Osobiście na niektóre wyjazdy zabieram z sobą sakwę na kierownice Sport Arsenal model 510. Początkowo korzystałem z niej tylko do przewożenia dużej lustrzanki. Z czasem zmieniłem duże lustro na mały kompakt i sakwa służy mi do przewożenia podręcznych rzeczy. Dokumenty, klucze, telefon, żele energetyczne, mapa, zapasowe baterie itp drobiazgi. Sakwa posiada dodatkowy pokrowiec na deszcz, który sprawdza się w 100% oraz dopinany mapnik. Plusem sakwy jest jej sposób mocowania na specjalny klikany uchwyt, dzięki temu jednym szybkim ruchem możemy wypiąć cenne dla nas rzeczy i np pójść z sakwą do sklepu.

Do tej sakwy pakuję maksymalnie 2kg rzeczy. Sakwa waży nieco ponad 800g. Jadąc na ostatnią wyprawę do Maroka, gdzie limit kilogramów był bardzo okrojony zmuszony byłem zostawić sakwę w domu, a w jej miejsce przyczepiłem apteczkę, którą doposażyłem w podręczne żele oraz zestaw kluczy rowerowych :)

A namiot? Czy kierownica to dobre miejsce właśnie na niego? Znam takich co wożą namiot właśnie na kierownicy. Na podjazdach dodatkowo dociąża przód roweru (podobnie jak sakwy na przednim kole) dzięki temu rower jest bardziej stabilny i mocno dociążony tył na stromych podjazdach nie przeważa i przednie koło nie ucieka na wszystkie strony.

a co z ramą?

Będąc w Himalajach podpatrzyłem u kolegi Wojtyna sakwę na ramę. Niewielka sakwa, zamocowana przy mostku, zapinana zamkiem od góry. Całość wodoodporna i solidnie wykonana, a w niej... aparat fotograficzny. Pomysł na tyle mi się spodobał, że Święty Mikołaj podarował mi takową na gwiazdkę :) Od tej pory jestem szczęśliwym użytkownikiem sakwy Topeak Fuel Tank :) Aparat mam zawsze pod ręką, bez dodatkowego pokrowca i chwile kiedy "o rety jestem zmęczony, a przede mną taki łady widok, a aparat tak daleko..." już nie istnieją :)


Osobiście do tej pory korzystałem tylko z powyższych opcji pakowania rzeczy. Ostatni punkt (rama) ma wielu zwolenników bikepackingu czyli minimalistycznego pakowania, bez bagażnika, bez dużych sakw. Ja z z tym sposobem pakowania nie miałem jeszcze nic wspólnego, więc przekazuję głos osobie doświadczonej w tym temacie. Elsmigiel jest osobą, która pomaga nam ogarnąć nasze rowery na wyprawy rowerowe, jest też zapalonym użytkownikiem bikepackingu.
BikePacking, bo o nim mowa to idea jazdy po trudnych technicznie i niedostępnych szlakach. Torby wykorzystywane są w rowerach gdzie użytkownicy nie chcą bądź nie mogą montować bagażnika. Ich kolejnym atutem jest niska masa i wykorzystanie ramy roweru jako nośnika toreb. Miejsc do montażu jest kilka: kierownica i górna rura ramy przy mostku o której wspominałeś oraz trójkąt ramy i sztyca z siodełkiem. Ja osobiście korzystam z torby pod siodłowej RePack X2 w rozmiarze L polskiej firmy BikePack.pl. Jest to "worek" przyczepiany do siodła i sztycy o pojemności 12l co wbrew pozorom pozwala spakować sporo rzeczy. Zaczepy torby stabilnie przypinają ją do roweru co w żaden sposób nie przeszkadza w jeździe, taśmy kompresyjne pozwalają w pewnym zakresie regulować wielkość torby, a zastosowane materiały są wodoodporne i wytrzymałe na uszkodzenia mechaniczne.

Innym sposobem transportu naszych rzeczy są przyczepki rowerowe lecz i o nich nie wiem zbyt wiele wiec wymądrzać się nie będę :) Na szczęście z pomocą i tu przychodzi wiedza i doświadczenie Łukasza.
Przyczepki?? Jedynym ich ograniczeniem jest kondycja osoby która będzie ją ciągnąc,
bo ich pojemność prawie nie zna granic ;) Ja przez dwa sezony korzystałem z przyczepki Croozer Kid 1 która dedykowana jest do przewozu dzieci. Pisząc krótko, przyczepka na pokład zabierała mojego synka, kosz jego zabawek oraz połowę szafy mojej żony ;) A także prowiant na sporą imprezę piknikową. Z powodzeniem sprawdzi się na jednodniowych wycieczkach jak i rodzinnym rowerowym urlopie. To bardzo dobre rozwiązanie dla aktywnych rodziców którzy chcą zarazić potomstwo podróżniczym bakcylem. Kolejną przyczepką godną uwagi jest Polski produkt o nazwie ExtraWheel.com.pl który zdobył uznanie na świecie Prostota konstrukcji, łatwość montażu w rowerze i możliwość przytroczenia kolejnych dwóch sakw lub worków transportowych sprawia że przyczepka bez większych problemów poradzi sobie na marokańskiej pustyni jak i na Kaszubskich szlakach.


Przyczepki można wykorzystać nie tylko podczas rodzinnych pikników. Poza ExtraWheelem dostępne są również przyczepki o większej pojemności. Co powiecie na przewóz ponad 100 kg bagażu podczas wyprawy rowerowej? A może chcecie zwiedzać świat z ukochanym czworonogiem? Ja jeszcze nie potrzebowałem tak dużej ilości rzeczy by wyjść poza sakwy, ale jak widać można :)


Mówią, że jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego. Mimo to jestem zwolennikiem posiadania rzeczy w miarę uniwersalnych. Moje obecne sakwy służą mi także na krótkie wyjazdy, wówczas zabieram tylko jedną z nich :)


Wybór sakw na pewno zależy od tego gdzie i na ile się wybieramy. Bagażnik na tył, bagażnik na przód, sakwy, przyczepka to ciężar. Szczególnie, gdy korzystamy z linii lotniczych, gdzie waga bagażu jest dość restrykcyjnie sprawdzana, a kolejny bagaż wiąże się z dodatkowym kosztem. Wówczas  powinniśmy dobrze przeanalizować to w co będziemy się pakować.

Skoro mamy już listę rzeczy, wiemy w co je spakować nadszedł czas na pakowanie samego roweru. O tym w części trzeciej tego mini poradnika już niedługo.

środa, 30 kwietnia 2014

CHOJNICE - GDAŃSK -> Subiektywna relacja Małysza

ROZDZIAŁ I - "WSZYSTKIE i STELAŻ"

25 kwietnia 2014 roku. Dworzec PKP Gdańsk Główny, peron numer 2. Z podziemnego przejścia wyłania się lekko zziajany Małysz. Pociąg ma odjechać za 2 minuty… Małysz rozgląda się niepewnie po peronie, w końcu dostrzega dwa rowery, i dwie sylwetki facetów w rajtuzach.

- Zdążyłem, ale ledwo – krzyknął, zbliżając się do Kuby i Radka. Minutę później na peron wjechał pociąg z napisem „Smętowo” na czole składu….

Pomysł na wyprawę zrodził się podczas luźnych rozmów na Google talku w przerwach w pracy jeszcze zimą.

Sezon powoli się zbliżał, Małysz i Kuba mieli kupić nowe rowery, Radek wrócił z podróży w Himalaje, więc potrzebna była okazja żeby sprawdzić sprzęt i godnie rozpocząć sezon. Ponieważ Małysz nie był jeszcze z grupą na „sakowym” wyjeździe, nalegał, abyśmy pojechali gdzieś na weekend. Panowie pomysł podchwycili, Radek obmyślił ogólny zarys trasy, ustaliliśmy jedyny możliwy termin i …. Trzeba było czekać ponad dwa miesiące aż plany wejdą w życie.

- W który kurnik wsiadamy? – padło pytanie gdy pociąg się zatrzymał.
- W pierwszy, jest pusto - dajesz.

„Kurnik”, czyli końcowy przedział w pociągu typu EZT okazał się luźny, jak na piątkowe popołudnie. W środku siedziała tylko sympatyczną parka z rowerami, również spakowaną na weekendowego tripa pod namiot.

Podróż do Tczewa przebiegła bez zbędnych perturbacji. Miła pogawędka z napotkaną parką, chłodne „napoje energetyczne” i wesoły pan konduktor - to wszystko pozwoliło zrelaksować się po całym tygodniu pracy i przygotować się psychicznie na planowaną w Tczewie przesiadkę do szynobusa w kierunku Chojnic.

- Przedział rowerowy z przodu pociągu – zawołał Małysz do schodzących jeszcze po schodach Kuby i Radka. Dochodząc do przedziału Małysza dostrzegł, że niestety miejsca rowerowe są zajęte przez grupkę gimbo – licealnych kolesi w „strojach sportowych”

- Radek, wsiadasz pierwszy, Ty ogarniesz. – Zawołał.

Radek napiął pierś, władował się do pociągu i – jeszcze spokojnym tonem – spytał kolesi czy mogliby zwolnić miejsce.

- ILE? – Spytał pierwszy z siedzących.
- WSZYSTKIE – odpowiedział już mniej spokojnie Radek.

Po krótkiej wymianie zdań, oglądaniu informacji o miejscu dla rowerów i potwierdzeniu, że mamy kupione bilety na rowery, kolesie odpuścili i udało się wpakować do pociągu, wraz z napotkaną wcześniej rowerową parką.

- Nie stawiaj tak roweru, bo odjedzie i się wyjebie – powiedział lekko nerwowo do Radka Małysz, patrząc jak ten upycha jego nowiutki świecący rower. Na to zdanie odezwał się kolega rowerzysta poznany w poprzednim pociągu:
- Tacy z Was podróżnicy, a prostych patentów nie znacie …. Po czym wyjął z kieszeni gumkę recepturkę i zacisnął ją nią hamulec o kierownicę. Wszyscy panowie popatrzyli na siebie, spuścili głowy i zamilkli…


 Dalsza podróż przebiegała bez specjalnych fajerwerków. Było trochę frajdy z zacinającymi się drzwiami w kiblu, wesołe rozmowy z panią konduktor, trochę gimbazy, trochę nawalonych – ot jak to w PKP….

Około 21: 08 (planowo, – co w PKP jest rzadkością), około 50 minut po zachodzie słońca, udało się dotrzeć do Chojnic.

- To co włączamy lampki i szukamy jakiegoś sklepu? – Padło pytanie.

Jako, że wyjazdu w poszukiwaniu browara nie trzeba nikomu dwa razy proponować, wszyscy trzej dzielnie ruszyli, jak Lucky Luke – w stronę zachodzącego słońca (a przynajmniej tam, gdzie słońce już dawno zaszło).

Nie minęło 5 minut, gdy za rogiem wyłonił się świecący napis „ŹRÓDEŁKO”.


Po uzupełnieniu zapasów płynów Radek odpalił GPS. Rozpoczęła się podróż w nieznane.

Jednym z pomysłów na wyjazd było poszukiwanie „skrzynek” geocachingu z serwisu opencachin.pl

Na piątek wybrane były 4, jednak nie udało się zdobyć żadnej. Pierwsza minięta (a nikomu nie chciało się wracać) druga dwie kolejne nie znalezione po ciemku, mimo podjętych prób a ostatnia świadomie pominięta, gdyż znajdowała się pod mostem, gdzie wchodzenie po ciemku mogłoby skończy się zbyt gwałtownym myciem.

Pierwszym, proponowanym przez Radka, miejscem na nocleg było jezioro niedaleko Małych Swornychgaci, jednak w połowie trasy okazało się, że znajduje się ono na terenie parku krajobrazowego. Przed wjazdem do parku stało kilka tablic z opisami, czego nie wolno, coś o „Natura 2000” i kilka innych informacji, które skutecznie zniechęciły do noclegu „na dziko” w tym miejscu.

Drugą propozycją (Małysza) było jeziorko „Małe Głuche” z drugiej strony Małych Swornyhcgaci” już po za terenem parku.

- Radziu, czy ta droga jest na pewno na mapie – spytał jeszcze spokojnie Kuba
- Tak, spoko jedziemy
- Radziu, ale na pewno? – Padło pytanie, gdy droga nagle znikła, a ścieżka prowadziła w ciasny zagajnik
- No przecież jest na mapie – jedziemy…

W tle dało się słyszeć przyśpiewkę zaczerpniętą ze stadionu:

-"Jesteśmy chuj wie gdzie, dobrze bawimy się, la la la ..."

Ścieżka ostatecznie się skończyła i trzeba było przedzierać się przez zagajnik po dość stromej skarpie.

Po dojechaniu nad jeziorko, okazało się, że przez bagna, krzaki i strome brzegi nie ma tam odpowiedniego miejsca na rozbicie namiotów. Poszukiwania trwały około pół godziny i zaprowadziły nad drugie, podobnie usytuowane jeziorko. W końcu w akcie desperacji, około 23: 30 udało się znaleźć kawałek w miarę płaskiego miejsca, gdzie ledwo mogły się zmieścić dwa namioty. Zapadła decyzja o pozostaniu.


- O KURWA panowie … - Ciszę przerwał głos Radka, przechodzący w nerwowy śmiech…
- Pół roku temu wyjąłem stelaż do namiotu żeby go podreperować i … został w szafie …

Kilku dalszych zdań ze względu na młodocianych czytelników nie ma, co przytaczać, zresztą każdy się domyśla.


Po małej nerwówce, podczas której Radek, dość zrezygnowany, już planował, że wszyscy trzej będą spali w małym namiocie, który wiózł Małysz, inicjatywę przejął Kuba. Namiot udało się rozstawić, (jeśli można to tak nazwać) za pomocą sznurka, ekspanderów i taśmy izolacyjnej.

Około 01: 00, po kolacji gotowanej na małym przenośnym palniku, i wypiciu chłodnego browarka, wszyscy poszli spać z budzikiem nastawionym na 7: 45 rano.


Dla statystyk – trasa wiodła z Chojnic przez Charzykowy, Funkę, Małe Swornegacie w okolice jeziora Małe Głuche.

ROZDZIAŁ DRUGI - "WINETU, OPONA i PSTRĄG"

Po ciepłej nocy i dość chłodnym poranku, przerwanym na chwilę dźwiękiem budzika, ciszę ostatecznie przerwał głos Radka

- Jest 9: 00, chyba musimy wstawać ….

Po serii jęków, stękania i kilku epitetach określających temperaturę i „wygodę” spania na ziemi, wszyscy wyłonili się z namiotów. Za dnia okazało się, że namioty stały jednak dość blisko jeziora i co gorsza – na tyle blisko szosy, że wszyscy byli z niej bez problemów widoczni.

Po śniadaniu, i pakowaniu ekipa ruszyła w dalszą drogę. Plan na sobotę to około 65 km przez miejscowości Swornegacie, Laska, Parzyn, Leśno, Wiele, Olpuch do jeziora Strupino koło Szenajdy.

Pierwsza atrakcja czekała już po około 300 metrach za pierwszym zakrętem. Okazało się, bowiem, że miejsce noclegowe znajdowało się nie tylko niespodziewanie blisko drogi, ale też około 300 metrów od LEŚNICZÓWKI. Na szczęście obyło się bez żadnego przypału.



Po dojechaniu do Swornychgaci nadszedł czas na przerwę „na drugie śniadanie” na trawniku z widokiem na jeziorko, przy miejscowym sklepie. W czasie śniadania zza drzew wyłonił się pan z torbą nawozu, prosząc o przestawienie rowerów z „trawnika”. Trawnikiem nazwał piaskową skarpę z kilkoma zielonymi miejscami. Ku ogólnemu zdziwieniu zaczął posypywać piach nawozem, mówiąc coś o pięknym trawniku, który ma podobno w tym miejscu wyrosnąć… Później wdał się w dyskusję z ekipą i napotkaną rowerzystką na temat niemieckiej wersji filmu Winetu i narodowości głównego aktora … To był idealny czas, aby zwinąć się i wyruszyć w dalszą drogę.


Po niecałym kilometrze udało się jeszcze zatrzymać w stanicy wodnej PTTK, aby sprawdzić stan miejscowych toalet.

W planie na dalszą drogę znów było przygotowanych kilka „skrzynek” geocachingowych. Niestety w poszukiwaniach pierwszej przeszkodził wędkarz siedzący na moście, pod których skrzynka rzekomo była ukryta.

Dalsza, piaskowo – szutrowa droga – wiodła przez malownicze lasy i pola w kierunku miejscowości Laska. Po trasie ekipa zatrzymała się na małą przerwą na wspólne foto, po czym wyruszyła na dalsze poszukiwania.

- Radek, to jak daleko do następnej skrzynki?
- Jakieś 20 – 30 metrów za zakrętem będzie skrzynka „DĄB”

Po przejechaniu jeszcze około 400 metrów i jednym małym powrocie po skręcie w złą drogę, udało się dotrzeć do punktu wskazanego przez współrzędne.


Miłym zaskoczeniem był sklep i ławeczka. Po zakupieniu oranżady marki Radler, Małysz zabrał się za rozszyfrowywanie miejsca ukrycia „skrzynki”, następnie Kuba i Radek ruszyli podjąć zdobycz.

Udało się za pierwszym podejściem i już po kilku minutach można było wpisać zaliczenie pierwszej ( i jak się miało później okazać ostatniej) zdobytej skrzynki na tym wyjeździe.


Dalsza droga, już asfaltem (lub jak woli mówić Kuba „SZOSĄ”) wiodła znów przez malownicze pola, lasy i wioski. Po drodze drobne przerwy na picie, batona i inne potrzeby. Kolejnym „dużym” celem była miejscowość Wiele, gdzie „podobno” miała być knajpka z daniami obiadowymi…

- Dzień dobry, czy gdzieś tu w okolicy można coś zjeść? Takie i podobne pytania zadawał każdy kilku napotkanym osobą. Odpowiedzi były różne – od napawających optymizmem w stylu:

- Tu za rogiem jest restauracja, bar itp.

Po mniej optymistyczne w stylu:

- Najbliższy czynny bar dopiero w Karsinie.

Wszystko było zamknięte, Karsin nie po drodze, więc wybór padł na bułkę, parówkę i oranżadę marki Radler z miejscowego sklepu, a potem się zobaczy…

Równolegle w tle można było usłyszeć kolejną przyśpiewkę:

-"Co to za miasto, co to za wieś, ani poruchać, ani coś zjeść..."

Podczas, gdy Małysz i Radek robili zakupy, Kuba rozmawiał przez telefon, gdy nagle usłyszał głośny wybuch, który zainteresował nawet miejscowych, siedzących na przystanku PKS po drugiej stronie ulicy.

Chwilę później Radek, wychodząc ze sklepu zobaczył, że jego tylna opona eksplodowała, a rower stoi na pięknym flaku.

Tu śmiech przeplatał się ze zdziwieniem i słowami, których znów przytoczyć nie mogę.

Na szczęście za sklepem znajdował się park z ławeczkami, gdzie można było spokojnie zjeść, wypić i zmienić gumę.


Cisze podczas odpoczynku pod koniec naprawy przerwał dopiero grzmot z nadciągającej chmury burzowej. Mino zapewnień od napotkanego przechodnia, że padać nie powinno i przejdzie bokiem, ekipa ruszyła w dalszą drogę.

Następnym celem był Olpuch, gdzie znajduje się bardzo dobry bar „Drewutnia”.

Na trasie dwie przerwy. Pierwsza w poszukiwaniu kolejnej skrzynki, ukrytej w starym podziemnym bunkrze na terenie nieczynnego lotniska wojskowego. Bunkier udało się odnaleźć, jednak ściana z muszek, komarów i innego latającego robactwa, zniweczyła dwie próby wejścia do środka. Zresztą po chwili zaczął dość intensywnie padać deszcz, więc po krótkim sprincie pod daszek w mijanej w Borsku knajpce, nastąpiła druga przerwa.

Ulewa okazała się krótka, można było ruszyć dalej, i po niedługim czasie dojechać do Olpucha.

Tam, w miejscowym sklepie wszyscy zakupili artykuły pierwszej potrzeby na kolację i śniadanie (serek, chleb, woda, piwo, kiełbasa) i, po łyku tajemniczego płynu, który Radek miał w piersiówce, ekipa dojechała do baru Drewutnia.


- To, co ja będę jadł – spytał Kuba.
- Tam masz napisane – odpowiedział Małysz wskazując tablicę z krótkim, aczkolwiek ciekawy menu.
- A Ty, co będziesz jadł – dopytywał dalej Kuba
- Pstrąga smażonego frytki, surówka i browar – odpowiedział Małysz
- To ja też chce taki zestaw, odpowiedział Kuba i poszedł zając miejsce na dworze.

Ostatecznie zamówienie opiewało na 3 identyczne zestawy – nie wiadomo tylko, czemu Radka pstrąg był o 2 zł tańszy (lżejszy) niż dwa pozostałe.

Wybór okazał się strzałem w 10-tkę, a zmęczenie, piwo i miła atmosfera spowodowały, że ekipa zaległa w Drewutni ponad godzinkę.

-KUBA NA, CO PATRZYSZ? – Spytał Małysz, widząc jak ten wpatrywał się bez ruchu z błogim wzrokiem i lekko rozchylonymi ustami na dwie blondynki wychodzące właśnie z baru.
- A nic nic tak tylko się zamyśliłem… Odpowiedział jeszcze rozmarzony Kuba, po czym wszyscy zamilkli żeby nie wzbudzać podejrzeń, gdy dwie nieznajome przechodziły koło ich stolika.

Kolejne pół godziny minęło na odpoczynku i spokojnym dopijaniu chłodnego browarka na ławeczce. Jedynie Kuba odkrył, że w środku baru stoi wielki wygodny fotel. Co było dalej, każdy się domyśla …


Po skończeniu posiłku i oderwaniu Kuby od fotela, ekipa ruszyła w stronę jeziora Strupino, niedaleko miejscowości Szenajda, gdzie przed laty każdy z członków SundayBikers jeździł na harcerskie obozy.

Gdy przybyli na plażę, okazało się, że w miejscu gdzie planowany był nocleg, stoi namiot a w nim 3 wędkarzy. Ponieważ jezioro jest prywatne i nie bardzo można się bez zgody rozbijać, rozwiązania były dwa. Albo dogadać się z wędkarzami, albo przenieść się na pobliskie pole namiotowe – z ryzykiem, że trzeba będzie za nie zapłacić.

- To co robimy? – Padało, co chwile pytanie – Przenosimy się czy gadamy z nimi?
- Ja pogadam – powiedział Radek, po czym udał się na „rozmowy”.

Udało mu się ustalić, że jezioro owszem prywatne, ale las państwowy, więc na własną odpowiedzialność rozbić się można, a wędkarze nie będą robić problemów, bo sami na dziko zostają na noc. Dodali ponoć coś jeszcze, że nie wolno rozbijać w lesie niczego, co ma podłogę, a ich namiot podłogi nie ma, więc oni zostają. Tego jednak nikt nie zrozumiał. Ważne było, że nie trzeba jechać dalej. I gdy wszyscy wstali żeby ogarniać namioty – zaczął padać deszcz….

- Dobra szybko rozstawiamy jeden żeby schować graty a potem się zobaczy – powiedział Małysz, i wszyscy ruszyli na szybko ruszyli do pracy. Udało się dość szybko, jednak komora namiotu i tropik zdążyły już dość mocno namoknąć.

Gdy namiot już stał, przestało padać..


Deszcz, mimo że już minął, popsuł wszystkim humory, i gdy wydawało się, że gorzej być nie może, nagle Radek wpadł na „genialny” pomysł :

- Małysz, bo wiesz, jak się rozstawia namiot bez stelaża na sznurkach i nie jest naciągnięty, to w czasie deszczu on będzie przeciekał, i może nie będziemy go rozkładać i zmieścimy się we trzech w Twoim namiocie…

Dodam, że namiot, który Małysz miał ze sobą, był tak mały, że dwie osoby leżące na plecach mieściły się na styk, a długie nogi Małysza na długość nie mieściły się wcale.

- Pomysł w sumie chujowy – odparł Małysz, – ale jak nie ma innej możliwości, to możemy spróbować się zmieścić.

Niestety Małysz wtedy jeszcze nie wiedział, jaki błąd popełnił.

Po przebraniu się w suche ciuszki, przyszedł czas na długo wyczekiwane ognicho. Na plaży było już jedno wypalone miejsce, w którym pozostały dwie duże kłody, na których można było spokojnie postawić menażkę i bardzo turystycznie ugotować sobie wodę na herbatkę i zupkę chińską. Radek i Kuba byli w stanie jeszcze jeść, Małysz, po rybce nie był już w stanie.

Wieczór upłynął spokojnie na wpatrywaniu się w ogień, robieniu zdjęć zachodzącego słońca, i sączeniu chłodnego browarka.



Najgorsze nadeszło, gdy wszyscy zaczęli pakować się do namiotu. Pierwszy pod ścianę Kuba, potem pod drugą ścianę Małysz. Na końcu dotarł wesoły Radek, kręcąc się, wiercąc i wesoło podśpiewując, – bo akurat w tym momencie włączył mu się humorek. Po serii zaczepek, przyśpiewek i dowcipasków nastała wreszcie błoga cisza.
Nagle:

-Panowie, idę się odlać – powiedział ucieszony Radek, i cała akcja z wychodzeniem i wchodzeniem zaczęła się od nowa. Na domiar złego Kuba i Małysz odkryli, że namiot przecieka, cała ściana i część podłogi jest zimna, oraz wilgotna lub mokra.

Dalsza noc na szczęście już w ciszy, z małą przerwą na wyjście Małysza na siku i dmuchaniem nosa Kuby około 2 w nocy.

ROZDZIAŁ III - "KREW, POT I ŁZY"

Około 7: 45 sen przerwała piosenka Mamma Mia zespołu ABBA płynąca z budzika Radka. Radek, zamiast wyłączyć budzik i włączyć, chociaż 5 minutową drzemkę, zaczął wesoło podśpiewywać. Dopiero głośne:

-Weź to kurwa wyłącz – warknięte przez zaspanego, przemarzniętego i obolałego Małysza poskutkowało wyłączeniem ABBY i 15 minutową drzemką.

W porównaniu do poprzednich, słonecznych i ciepłych dni, poranek był słaby. Niebo zachmurzone, mocny zimny wiatr i wszechogarniająca wilgoć nie nastrajały pozytywne. Kuba i Małysz wyczołgali się z namiotu z wyraźnie zmęczonymi twarzami i lekko wkurzonymi minami. Humory nieco poprawiło dopiero śniadanko z ciepłą zupką, herbatą i kanapkami z serkiem topionym.


Po złożeniu obozowiska przyszedł czas na dalszą drogę. Plan na niedzielę to powrót do Gdańska przez Kościerzynę, Kartuzy i Żukowo.

Po dojechaniu do Kościerzyny i zwiedzeniu miejscowego WC na dworcu PKS, Małysz zakomunikował:

- Jest kryzys, napierdalają mnie uda, musimy zmienić trasę, albo sam po drodze się zwinę krócej lub na pociąg.

Po kilku zdaniach otuchy i stwierdzeniach w stylu „nie pierdol, dasz radę, jedziemy dalej”, grupa ustaliła, że jedziemy dalej i „się zobaczy”.

Trasa wiodła przez wioski, szutrowo piaskową drogą biegnącą w sporej części w śladzie planowanej przed wojną linii kolejowej. Po drodze kilka wiaduktów kamiennych prowadzących do donikąd i kilka efektownych nasypów.


Po dotarciu do Szymbarka przyszedł czas na przerwę na „drugie śniadanie” na ławce pod jednym ze sklepów.

Tam Małysz oznajmił, że uda odmówiły posłuszeństwa i jedzie do Wieżycy żeby wsiąść w pociąg do Rębiechowa i dotoczyć się do domu.

-Kurwa. Mieli skończyć remont torów – Powiedział nagle Małysz.

Okazało się, że akurat między Wieżycą a Żukowem wprowadzona jest zastępcza komunikacja autobusowa na czas remontu torów i rowerów przewozić nie można.

Na prośbę Kuby, grupa miała deadline na powrót na godzinę max 17: 00. Było około 13: 00 i szanse na przejechanie w tym czasie trasy, proponowanej przez Radka, malały z minuty na minutę.

Małysz stwierdził, że nie chce opóźniać grupy, i odłączy się wracając powoli główną szosą Kościerzyna – Gdańsk.

Kuba powiedział, że najwyżej sam pociśnie żeby zdążyć. Zrobiło się trochę nerwowo…

Po ostatecznym rozładowaniu napięcia zapadła decyzja, że jedziemy razem szosą proponowaną przez Małysza a potem znów „się zobaczy”.

Wszyscy ruszyli pod górę, na 2 kilometrową wspinaczkę do stóp Wieżycy, gdzie można skręcić na szosę.

Na podjeździe całą grupę minęła, ledwo jadąca pod górę, motorynka z przyczepką, na której, jak gdyby nigdy nic, siedziała sobie koza, ciesząca się urokami wycieczki.

Po przebiciu kilku kilometrów główną szosą, dzięki jeździe w ciasnej grupie i „ciągnięciu” Małysza (jak kol wiek to brzmi) przez Radka i Kubę, w Małysza wstąpiło drugie życie i udało się całkiem nieźle rozpędzić.

Dalej trasa wiodła przez Egiertowo, Borcz i Babi Dół potem boczną drogą do Przyjaźni z małą przerwą na regenerację na stacji benzynowej.

- To gdzie jedziemy dalej – zapytał Małysz
- Ja proponuję przez Otomin, tak jak planowałem – odparł Radek
- A może przez Czaple – wtrącił Kuba

Tu znów nastąpiła lekka nerwówka, wymiana zdań, brak możliwości podjęcia decyzji, po tym jak każdy stwierdzał, że mu to obojętnie, kilka epitetów na temat decyzyjności, kupowania jedzenia i nieodzywania się do siebie …

Ostatecznie wybór padł na trasę przez Czaple.

Dalej już bez historii. Długi zjazd, ostry podjazd do Czapli, przejazd przez Kokoszki do kładki rowerowej.

Na Jasieniu w kierunku domu odłączył się Radek, Kuba z Małyszem zjechali dalej do siebie.

Cała trasa zakończyła się przejechaniem łącznie około 170 – 180 km, wypiciem kilku piw, kilku Radlerów, jednym ogniskiem, jedną przebitą oponą, dwoma nocami w namiocie i zjedzeniem dobrej ryby w Olpuchu.

Na koniec parafrazując słowa z pewnego utworu literackiego:

„I jak też tam z nimi byłem, jadłem piłem i jeździłem”

Zapraszam na profil Sundaybikers na Facebooku.


Z pozdrowieniami
MAŁYSZ