sobota, 1 lutego 2014

Gdy nie idę w weekend na imprezę to...?

Sport to zdrowie, sport to pasja, gdy wkręcimy się w to co robimy z biegiem czasu poświęcamy coraz więcej i więcej. Jeśli jeszcze dochodzi do tego konkretny cel jaki chcemy osiągnąć bywa, że po ciężkim tygodniu pracy zamiast wyjścia na imprezę wybieramy.... no właśnie co? Ja wczoraj położyłem się grzecznie spać przed północą by wstać przed 7:00 i pójść pokręcić trochę po zimowej szosie za miastem. Czemu nie wylegiwałem się do 12:00 i nie poszedłem na rower później? Po pierwsze raźniej wstaje się wspólnie, po drugie od około 10:00 meteo.pl podawało temperaturę powyżej 0 st C, a że lepi się wówczas wszystko do kół wolałem pokręcić jeszcze na mrozie :)
Po nie za dużym śniadaniu w postaci jajecznicy (BIAŁKOOOO! ;) ) napakowałem w bidon ROCKET FUELA i ruszyłem. Przy okazji testując nowo zakupioną bieliznę termiczną, która spisała się rewelacyjnie! Jedynym słabym punktem mojej garderoby są obecnie już tylko stopy :( Jeżdżę w spd (wersja nie zimowa), na to neoprenowe nakładki i niestety nie daje to rady powyżej godziny. Bym zapomniał, jeszcze jedna nowość w moim stroju. Po raz pierwszy jechałem w kominiarce :) Testując tym samym prezent urodzinowy. Nigdy nie przepadałem za zbyt zasłoniętą twarzą lecz doceniłem zasłonięte poliki i brodę na dzisiejszej pizgawicy na wioskach. Skoro już o stroju zimowym piszę to na mróz nie wychodzę bez zimowego kremu na twarzy. Bardzo zwiększa komfort jazdy oraz chroni przed wysuszeniem skóry - w końcu trzeba też jakoś wyglądać po zejściu z siodełka :)


poniedziałek, 6 stycznia 2014

Z muzyką czy bez? Samemu czy z kimś?

Czy słuchając ulubionej muzyki podczas jazdy rowerem odcinamy się od otaczającego świata i stajemy się królem szos, leśnych tras czy ścieżek rowerowych? Zagrażamy bezpieczeństwu swojemu i innych? Wszystko ma swoich zwolenników i przeciwników, wady i zalety. Osobiście bardzo wiele kilometrów przepedałowałem z ulubioną muzyka na uszach. Po mieście i po lesie, czasem także w dalszej trasie. Muzyka działa jak doping, gdy jest ona odpowiednio dobrana do sposobu naszej jazdy, do terenu w którym kręcimy. Może konkurować z trenerem stojącym za linią autu.
Oczywiście w kwestii bezpieczeństwa nigdy nie odcinam się w 100% od świata zewnętrznego, szczególnie w mieście ważne jest by słuch nie był uśpiony, a do tego warto też wspomóc się oczami i nie jeździć tylko na słuch, bo niestety i o takich "agnetach" świat już słyszał ;)

Muzyka uskrzydla, mobilizuje i daje energię. Nie wyobrażam sobie kręcić kilometry na rowerze spiningowym bez muzyki, dlaczego więc nie słuchać jej podczas jazdy po lesie? Poniżej to co dodaje mi skrzydeł podczas spiningu na dużych górkach, których niestety nie ma w okolicach Gdańska, albo jeszcze się przede mną kryją.



A czy z muzyką da się jeździć, gdy pedałujemy w towarzystwie? Znam ludzi co jeżdżą niczym prywatny ochroniarz, z jedną słuchawką w uchu, lecz dla mnie to już za wiele. Albo rybki albo akwarium. Jeżdżąc samemu nie zawsze mam ochotę słuchać miasta lub lasu (szczególnie gdy nic się w nim nie dzieje), ale mając wybór muzyka vs. osoba, zawsze wybiorę towarzystwo.

Jeśli mam wybierać to najlepiej jeździć z kimś :) Dlatego dziękuję dziś moim kolegom za mobilizację o poranku!


środa, 11 grudnia 2013

Rower zimą? Jak dbamy o kondycję, gdy można lepić bałwany?


Mimo że obecnie za oknem temperatura na lekkim plusie i śnieg znika, to pierwszy "atak" zimy mamy już w tym roku za sobą.

Czy zima oznacza odstawienie ukochanych dwóch kółek na wieszak i czekanie do wiosny? Sporo ludzi mówi, że zimą szkoda sprzętu, że zimą jest niebezpiecznie, że zimą zwyczajnie nie jeździ się na rowerze. Z drugiej strony głosy zapaleńców mówiący "nie ma złej pogody na rower, są tylko nieodpowiednie ubrania". Uważam, że obie strony mają trochę racji. To, czy zdecydujemy się jeździć zimą, zależy od kilku czynników.

1. zimą szybciej zużywają się rowerowe części, sól, błoto pośniegowe, piach, dużo wooody

Czy jesteśmy gotowi by świadomie niszczyć swój rower? Moim zdaniem prawdą jest, że zużycie części jest większe, ale o rower wystarczy po prostu zadbać. Można przygotować rower na zimę, stosować odpowiedni smar, czyścić po każdej jeździe i smarować napęd. Poruszając się po mieście można  zmodyfikować swoje "letnie" trasy i wybierać te bardziej odśnieżone... a główne ścieżki rowerowe w Gdańsku są odśnieżone. 

2. zimą będę potrzebował więcej ubrań

Potrzebuję więcej ubrań, ubrania są drogie. Niby tak, ale na dojazd do pracy nie trzeba ocieplanych, wiatroszczelnych lajkr na szelkach za >200zł, strój na cebulkę nada się równie dobrze (lecz bez przesady z ilością). Poprzedniej zimy jeździłem w dwóch parach bawełnianych kaloson + zwykłe, długie obciślaki (bez pieluchy), do tego wysokie skarpetki. Góra podobnie + windstoper, którego używam również w górach i na żaglach. Owszem, możemy ubrać się modnie :) ale możemy też ubrać się praktycznie; popatrzeć co mamy w szafie i co możemy połączyć.

3. zimą jest zimno

Jest zima, musi być zimno! A na rowerze? Pedałowanie samo w sobie sprawia, że nie jest nam zimno. Oczywiście, o ile z nogami nie ma problemu to szczególnie na zjazdach musimy zadbać o korpusik i głowę. Osobiście używam windsopera i obowiązkowo czapki pod kask + ograniczenie prędkości do max 20 km/h (przy temp znacząco poniżej zera). Moim najsłabszym punktem organizmu pedałującego zimą są stopy. Jeżdżąc w spd praktycznie nimi nie ruszam, ale ubieram grubą skarpetę i daję radę.

4. zimą jeżdżąc na rowerze będę chory

To chyba najbardziej absurdalna ze wszystkich wymówek. Wręcz przeciwnie, zażywając ruchu na świeżym powietrzu, dbając przy tym o odpowiednią ilość ubrań i robiąc to stopniowo zahartujemy swój organizm, który nabierze odporności i autobusowe zarazki nie będę mu już straszne.

Na koniec zadajmy sobie pytanie: czym jest dla mnie rower?


Jeśli traktujemy rower jako środek transportu np do pracy to nie rezygnujmy z niego, tylko róbmy to z głową.
Jeśli natomiast lubimy poszaleć sobie po lesie to wybierzmy raczej główne drogi, te boczne mogą sprawić nam mały problem i jazda nie będzie już tylko jazdą (co widać na pierwszym foto w poście :) ).
Jeśli traktujemy rower jako coś, co ma nam służyć przez lata wybierzmy samochód lub komunikację miejską. Pamiętając, że samochody również dużo bardziej zużywają się zimą, palą więcej paliwa bo jest zimno, jazda nimi również bywa niebezpieczna. Jeśli zaś o komunikację miejską chodzi, to zgodnie ze słowami Pana ze sklepu rowerowego skierowanymi do Kubusia "z części rowerowych w zimie najtaniej wychodzi bilet miesięczny".

Osobiście uważam, iż ludzie którzy mówią "jeżdżąc zimą na rowerze będziesz musiał na wiosnę wymienić napęd" zapominają, że jeżdżąc samochodem muszą go zatankować, sól także go niszczy, a bilet miesięczny kosztuje. Do tego ile mamy śnieżnych miesięcy w roku, podczas których powinniśmy oszczędzać swój rower i przesiąść się np na komunikację miejską? Pomnóżmy te miesiące przez cenę biletu miesięcznego, po czym sprawdźmy ceny napędów i może nie będzie to już tak źle wyglądało w naszym budżecie. Tak wiem napęd to nie wszystko, ale rowerowa zajawka i kondycja wymaga niewielkich poświęceń.


Rozpisałem się, a główną myśl, jaką miałem w głowie to "jak SundayBikers dbają o kondycję zimą", więc do sedna.
Każdy z nas jest inny, każdy z nas ma inne codzienne obowiązki, inną ilość dostępnego czasu, inne możliwości. O ile w miesiącach cieplejszych zgranie się na cały dzień na rower to nie problem to zimą z racji szybko zapadających ciemności i niższej temperatury nie jest to już takie proste. Dlatego wsiadamy częściej na rowery spiningowe. Czasem chodzimy na zajęcia razem, czasem osobno. Póki co uczęszczamy do dwóch klubów, nie można przyzwyczajać się do jednego trenera i jednego rodzaju wysiłku. Ważne jest by pracować nad wydolnością, ale nie zapominać o sile. Wszystko trzeba odpowiednio wyważyć. Dodatkowo Tomasz zasuwa na basenie, a Kuba szarpie żelastwo na siłowni, Marcin gra w siatkówkę. A ja? Liczę na to, że w końcu zbiorę się na siłkę i na basen, póki co spining, rower, a może i moje kolana są już gotowe, by znowu wrócić do regularnego biegania, bo bieganie zimą uwielbiam :)

piątek, 15 listopada 2013

O czyszczeniu butów spd kilka słów

Jesień czyli deszcz, a z deszczem błoto... jak ustrzec się przed tym ustrojstwem? Wchodzi absolutnie wszędzie. Począwszy od napędu poprzez szczęki hamulcowe, ubrania, na kierownicy i tarczy licznika skończywszy :)

W weekend miałem przyjemność popedałować po Gorcach, krótka trasa 33 km wyznaczona została z Rabki Zdrój na Turbacz, najwyższy szczyt Gorców - 1314 m n.p.m. Podjazd 17,5 km i uwaga 1000 m przewyższeń ;) Ale nie o cyfrach ma być, więc do rzeczy. Zjazd po leśnych drogach zawsze skutkuje ufajdanym rowerem. Tym bardziej, jeśli do tego teren jest podmokły, błoto zalega od kilku dni, a z nieba bardzo intensywnie pada. Wtedy ilość błota rośnie wprost proporcjonalnie do prędkości zjazdu, a korelacja z ukształtowaniem i wcześniejszym zabłoceniem terenu jest zdecydowanie dodatnia. Skutkiem takich warunków była błotna warstwa na spodniach, to nie były kropelki błota, to była kolejna warstwa ubrania! Góra podobnie, o rowerze lepiej nie mówię. Byłem zdumiony, że pomimo neoprenowych ochraniaczy na butach wyglądały one jakbym szedł na szczyt, a nie pedałował :P Owszem czasem zdarzało się, że sprytnym ochraniaczom na buty podwijał się przód, któremu skutecznie pokazywałem gdzie jego miejsce, czasem musiałem także podejść kawałek. Czy bez ochraniaczy byłoby jeszcze gorzej? Na pewno bootki by przemokły więc nie żałuję dodatkowej warstwy na nogach.

Po powrocie do domu nie miałem ni siły ni czasu na czyszczenie butów, więc niestety odstały parę dni. W tym czasie miałem nadzieję, że w ciepłym mieszkaniu błotko zaschnie i większość będę mógł obskubać. Nic bardziej mylnego, górskie błoto nie zastyga :P Pozostało więc czyszczenie totalne.

W tym celu przygotowałem:
- klucz imbusowy do odkręcenia bloków
- wiadro
- szczoteczkę
- szare mydło

Krok pierwszy: dokopanie się do śrub trzymających bloki, odkręcenie i wyczyszczenie










Krok drugi: oczyszczenie z błota na sucho, tyle ile się da, lecz bez przesady by nie uszkodzić tworzywa.

Krok trzeci: pozbycie się reszty błota poprzez namoczenie butów w ciepłej wodzie 
Krok czwarty: ciepła woda, szare mydło i szczoteczka :)

Krok ten powtórzyłem dwukrotnie, oczywiście jest to zależne od stopnia zabrudzenia.

Krok piąty: suszenie.
Postanowiłem nie suszyć od razu butów na grzejniku. Pozostawiłem je w łazience i dopiero dzień później położyłem pod grzejnikiem - nie na grzejniku.


Buty odzyskały dawny blask :)


W międzyczasie poszukałem w internecie o sposobach czyszczenia butów spd. Większość na które trafiłem mówiła tylko o wilgotnej szmatce i czyszczeniu butów z letniego pyły lecz rozbawił mnie szczególnie jeden, biegowo rowerowy "wielu biegaczy często zachwalało żwirek dla kota, jednocześnie pochlania wilgoć i zapachy wiec pewnie warto by spróbować." Rozbawił lecz może i ma to faktycznie praktycznie zastosowanie pomyślałem, cóż jak następnym razem bootki mi przemokną podbiorę trochę żwirku i wsypię do butów :)

sobota, 2 listopada 2013

U Wielkiego Mistrza

Ostatnia, niedokończona trasa powiodła nas za Malbork.

Wyjazd odbył się jakieś 3 godziny później, niż zaplanowano...ale to chyba nic nowego. Pogoda była wybitnie niezachęcająca do spacerów. Ale przecież nie szliśmy na spacer - dobre ciuchy i można jechać. Z Gdańska wskoczyliśmy na Szlak Mennonitów. Po drodze mijaliśmy piękną zabudowę żuławską - spichlerze, dworki i domki podcieniowe.

Do Tczewa trasa przebiegała gładko, choć mokro. Przy okazji mamy potwierdzony wygodny rowerowy dojazd do Tczewa. Po przekroczeniu Wisły czekała nas szeroka, wygodna krajówka, chociaż przy 15 kilometrowym, prostym odcinku można zasnąć za kierownicą. Zatankowaliśmy na stacji benzynowej i do Malborka już tylko kawałek. Sweet focia pod zamkiem i lecimy dalej.

Zauważalna jest zmiana krajobrazu. Z płaskich pól Żuław, przenosimy się w zalesione pagórki i łąki. W jesiennej atmosferze wygląda to naprawdę przepięknie.

I teraz clou wyprawy. Kilkanaście kilometrów przed granicą województw Jakuba zabiła kałuża wespół z brukiem. O szczegółach nie ma co, wystarczy, że z rozwalonym nadgarstkiem jedzie się kiepsko. Odpuszczamy Elbląg i z ciężkim sercem turlamy się do Malborka na pociąg do domu. Mogę Wam powiedzieć, że naprawdę ciężko zmienia się przerzutki jedną ręką. Na peron wpadamy w ostatnim momencie i do Gdańska na tarczy wracamy ok. 19.

Trasa jeszcze do zrobienia - chyba pojedziemy z drugiej strony, żeby było ciekawiej ;). Nadgarstek Kuby po prawie 4 godzinach imprezy na SORze okazał się tylko stłuczony, także kamień z serca... a że zrobiliśmy tylko 100km, no cóż, zdarza się. Przynajmniej nie wracaliśmy w nocy.

sobota, 12 października 2013

Na wschód od Edenu.

W ostatnie weekendy wychodzą wyprawy rowerowe, oj wychodzą... jeszcze niedawno Hellowaliśmy, a teraz wykręciliśmy ok 160 km (Kędzior nawet 176 - życiówkę) w kierunku rosyjskiej granicy.
Tym razem względnie wyspani, także mieliśmy tylko 30 minut opóźnienia na starcie. Wyruszyliśmy o 7 rano z Gdańska. Było.. zimno. Na szczęście pouzupełnialiśmy ostatnio garderobę, więc byliśmy przygotowani nawet na -10. Chociaż przeprawa promowa w Świbnie dała się nam mocno we znaki.

Cała trasa właściwie płaska, z wyjątkiem ostatniego fragmentu od Kątów Rybackich i dalej, w okolicy Krynicy Morskiej. Tam czekały nas krótkie podjazdy i zjazdy, ale jak wiadomo Sandały uwielbiają górki. Pod sam pas graniczny nie dotarliśmy - ślepa uliczka najdalej wysunięta na wschód była dla nas wystarczająca.

W mijanych miejscowościach wyraźnie widać ich turystyczny charakter. Świeciły pustkami. Mimo tego bez problemu znaleźliśmy knajpkę w Krynicy Morskiej dla obiadowego uzupełnienia kalorii.

Droga powrotna upłynęła nam na hamowaniu himalajskich zapędów Radzia do wykręcania średniej odcinkowej 27 km/h - Kędzior skupiał się w tym czasie na robieniu życiówki, a ja na pilnowaniu swojej kontuzjowanej kostki, żeby za głośno nie piszczała. Mimo tych drobnych wszak przeszkód uważam, że wynik trasy ze średnią powyżej 18 km/h był zadowalający.

Sandały w szczytowej formie - na potwierdzenie podam, że tegoż samego dnia wieczorna impreza przeciągnęła nam się do 5 rano.

Wschód załatwiony, północ i południe też. Zaczynają nam się powoli kończyć pobliskie trasy - chyba trzeba zwiększyć dystanse...

Kubuś.

wtorek, 24 września 2013

Hellride 2 czyli "jestem na pierwszym*"

Po raz drugi zaatakowaliśmy półwysep. Pierwszy raz jechałem z Kubusiem dwa lata temu odcinek z Helu do Gdańska. Tym razem dorzuciliśmy sobie kilometrów, ile można bujać się w okolicy setki ;) i przejechaliśmy trasę Reda-Hel-Gdańsk. Odcinek Reda-Hel-Władysławowo dzielnie przepedałował z nami Małysz, który podwoił swój dzienny kilometraż na rowerze kończąc z wynikiem około 102 km - ode mnie wielki szacun! Ale może od początku....

Jak to jest, że na rower SundayBikers wstają o każdej porze, a do pracy mają problem? ;) Musimy sobie znaleźć inną pracę :) Mój budzik zadzwonił o 5:10. Po drodze zgarnąłem Jakuba oraz wykonałem kontrolny telefon do Małysza, który również wstał planowo. O 6:30 byliśmy już wszyscy w SKM w Gdańsku Głównym w kierunku Redy, o 7:31 osiodłaliśmy maszyny i udaliśmy się w drogę. Trasa zaplanowana była bocznymi szosami i ścieżkami rowerowymi także o 11:45 dotarliśmy na Hel. Jak Hel to i rybka, nie wiemy czy mrożona czy z porannego połowu, ale dorsz którego wszyscy zamówiliśmy smakował wyśmienicie. Obiad niczym u babci bo o godzinie 12:00 lecz picie nieco bardziej kaloryczne bo Specjalne, a nie kompot z wiśni ;) W wybranym przez nas miejscu na obiad mają ciekawe podejście do klienta: zamawiając zestaw w postaci zupy (do wyboru dwie) oraz tzw drugiego dania, gdy klient nie powie jaką zupę chce obsługa uznaje to za rezygnację z niej. Czemu nie zapytają jaką zupę wybieramy? Dlaczego nie odliczą jej od rachunku? Nie wiemy, upomnieliśmy się o zupę której nie dostaliśmy i zjedliśmy duży dwudaniowy obiad w dobrej cenie. No dobra... zupa była średnia :P


O godzinie 13:00 ruszyliśmy w drogę powrotną, nieco lżejszym tempem bo aż do Władka wiał nam wmordewind. Jak już pisałem wyżej Małysz rozstał się z nami we Władysławowie zapowiadając, że następnym razem atakuje 150 km jednego dnia :) W drodze powrotnej odkryliśmy, ścieżkę rowerową wokół Pucka, która polami wyprowadziła nas do Rzucewa, następnie przez Kosakowo i Pogórze dotarliśmy do znanych nam rejonów. W Gdańsku Głównym zameldowaliśmy się przed 21:00 na kawie u Małyszów :)

*jestem na pierwszym - takimi słowami przywitał mnie Jakbu gdy go budziłem o 5:35, biedak nie pamiętał tego nawet...takie są skutki powrotu z imprezy o 4:00 i pójścia na rower - drugi szacun tego dnia!




poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Szklarska Poręba 2013 - relacja z wyprawy

Dlaczego Szklarska? Gdy pomysł pojechania w góry okazał się realny okazało się to najlepsze dla nas miejsce na rowerowe góry. Czynnikami które nas interesowały były:
- mnogość tras rowerowych
- różne stopnie trudności tras
- możliwie jak najkrótszy dojazd PKP
Do tego wszystkiego internet aż huczał informacjami o przyjazności regionu dla rowerzystów, o trasach dla każdego, o trasach maratonów i całodniowych wycieczkowych. Wszystko to okazało się prawdą, a jak to wyglądało z naszej perspektywy? Wszystko poniżej dzień po dniu, zapraszamy.



Dzień pierwszy - "droga długa jest"

W relacji z Bornholmu można znaleźć informację, że Radek jest królem drzemek. Tak też zaczyna się nasz drugi wyjazd.
Plan był następujący:
- o godzinie 3:30 przyjeżdża Bynio i zawozi nas do Laskowic Pomorskich, gdzie wsiadamy w pociąg i jedziemy już sami
Niestety, pakowanie, plotkowanie i ostatnie ustalenia sprawiły, że położyliśmy się o godzinie 1:30. O godznie 3:36 zadzwonił telefon "Panowie czekam już na dole". To był nasz budzik, bo te właściwe przespaliśmy ;)
Na szczęście zbieramy się szybko, pakujemy rowery i sakwy do samochodu i o 3:50 ruszamy z Gdańska.
Do Laskowic docieramy o 5:15 więc na spokojnie składamy rowery i montujemy bagaże. Idziemy na peron, na którym stały dwa pociągi, żółty i brązowy. Stały na jednym torze więc uznaliśmy że to jeden pociąg. Nic bardziej mylnego, były to dwa pociągi jadące w różnym kierunku, dzięki Bynio że to zauważyłeś, bo byś nas wiózł do Inowrocławia ;)
W pociągu odpalamy tradycyjne jajko na twardo i mkniemy na południe :)


Następnie przesiadka do Poznania, by następnie ruszyć do Wrocławia. Do Wrocka docieramy z pół godzinnym opóźnieniem co daje nam tylko półtorej godziny czekania na kolejny pociąg. Wsiadamy więc na rowery i pedałujemy na rynek.
Ostatni pociąg do Jeleniej Góry odjeżdża planowo.


Do Jeleniej Góry docieramy o godzinie 17:50, stąd już tylko 20km do Schroniska Szkolnego Wojtek, w którym Tomasz zabukował noclegi. Siodłamy więc maszyny i ruszamy. Docieramy tuż przed godziną 20:00.
Cała podróż zajmuje nam 16 godzin.


Kładziemy się do łóżek o 21:40 :)



Dzień drugi - rozgrzewka

Dzień pierwszy w górach zaczynamy od rozgrzewki, nie ma co od razu rzucać się na całodzienne trasy, toć są to nasze pierwsze w życiu rowerowe góry! Na cel obieramy trasę nr 5. Przed wyruszeniem na trasę udajemy się do informacji turystycznej, skąd mieliśmy pobrać darmową mapkę szlaków. Niestety, pracownik informacji leniwie wzrusza ramionami. Po kilku pytaniach pomocniczych udaje mi się wyciągnąć z niego informacje, że mapki są dopiero w przygotowaniu. Kupiliśmy mapę w sklepie.






Tego dnia jemy obiad na mieście, ale popołudniu wyruszamy jeszcze do sklepu po niezbędne artykuły do przygotowania samodzielnie obiadu na następny dzień. Wyszliśmy z założenia, że skoro mamy w pełni wyposażoną kuchnię to jutro będzie chińszczyzna. Trasa do sklepu dodaje do naszego dystansu 11km.



Dzień trzeci - wyprawa do Czech

Po udanej rozgrzewce i bardzo długiej nocy wstajemy około 8:00, Radek jak zwykle później :P
Tego dnia mamy w planie zaatakować naszych południowych sąsiadów, oczywiście atak bardzo przyjacielski i turystyczny. Ruszamy trasą nr 2. Granicę w Jakuszycach przejeżdżamy z górki nie zwalniając nawet na dawnym przejściu granicznym, dobrze że nie było tam fotoradaru, bo mieliśmy zdecydowanie za dużo na naszych budzikach! Trasa po czeskiej stronie również wiedzie z górki przez co przegapiamy skręt na szlak i dojeżdżamy do Harrachova.


Pierwszym miejscem jakie odwiedzamy jest mały pub, w którym raczymy się piwem czy dwoma i po dwóch godzinach ruszamy pod skoczenie narciarskie i następnie na szlak. Trasę musieliśmy zmodyfikować lecz wracamy na szlak. Po 10 km rowerowej wspinaczki czekała na nas nagroda :) Zjazd, na którym rozpędziliśmy się do magicznych 63,5 km/h Hell yeah! Dobrze, że zboczyliśmy z trasy, dobrze że nie podjeżdżaliśmy tego odcina, to nic że obcięliśmy około 3 km szlaku, było warto!





Dzień czwarty - pętla wokół Szklarskiej Poręby

Tego dnia ruszamy trasą nr 3. pod patronatem radiowej trójki. Szlak wokół Szklarskiej Poręby, trasa nie długa za to mocno techniczna. Sporo podjazdów, szybkich zjazdów, a w jej południowej części szlak rowerowy pokrywa się z pieszym w drodze do Wodospadu Szklarskiego co dodatkowo uatrakcyjnia trasę. Dobrze wybraliśmy kierunek pętli i na wspólnym odcinku jedziemy w dół, omijając przechodniów i ich małe pieski.



Po obiedzie ruszamy drugą pętlę trasą, której numeru w chwili pisania relacji już nie pamiętamy, a zapiski z wyjazdu milczą na ten temat...





Dzień piąty - dwie pętle

Relację z tego dnia rozpoczniemy dialogiem z poprzedniego wieczoru:
R: skoro wczoraj zrobiliśmy dwie pętle to jutro robimy tak samo, rano zrobimy trasę ok 45 km, wrócimy na obiad i pojedziemy jeszcze 35 km
T: eee... jak wstaniesz rano i zrobisz obiad to nie ma problemu, ale musiałbyś wstać o 6:00 (śmieję się pod nosem Tomasz)
R: ok, nie ma problemu nastawiam budzik na 5:30
T: jasne już widzę ja wstajesz

5:30 dzwoni budzik Radka, Tomasz z uśmiechem zerka jak ręka wyłącza budzik
5:32 Radek wstaje

O godzinie 6:05 obiad był już gotowy, spaghetti bolognese, pozostało tylko ugotować makaron, ale to jak wrócimy z pierwszej pętli. Po śniadaniu napełniamy bukłaki i bidony wodą i ruszamy trasą nr 10.





Na obiad wracamy około godziny 14:00, dowiadujemy się, że zgodnie z regulaminem nie powinno nas w być w schronisku pomiędzy 10:00, a 17:00, hmmm no cóż ;) Gotujemy makaron, spijamy chmielowego energetyka i ruszamy na drugą pętlę. Tomasz nieco się opierał, ale skoro król drzemek dotrzymał słowa to i on musiał :)


Trasa nr 7 okazała się niezwykle nuuudna i monotonnna. Opisywana jako wycieczka całodniowa, nie wiemy jakim cudem. Wpierw asfaltem 10 km lekko pod górę, by następnie zjechać 9 km szturową drogą bez pedałowania. Uwieżcie nam przez 9 km zakręciliśmy korbą może 3 razy, no nuda na maxa :P Do tego wyszło nam 10 km mniej niż planowaliśmy. Trudno bywa i tak, za to pod koniec trafiliśmy na oberwanie chmury i w końcu coś się działo :)




Dzień szósty - wracamy do domu

Schronisko musieliśmy opuścić do godziny 10:00. Uznaliśmy, że nie wyjeżdżamy już na szlaki, z resztą wszystko co najciekawsze zjechaliśmy. Pozostał jeden szlak ok 60 km oraz kilka małych po ~10-15 km, które z resztą przejechaliśmy w drodze na inne szlaki, które zjeździliśmy.
Droga do Jeleniej Góry zajmuje nam zdecydowanie mniej czasu niż pierwszego dnia. Co tu robić przed 12:00? Zwiedzamy rynek, bardzo ładny polecamy! I idziemy na piwo i pizze :)


Następnie zmieniamy lokal na park przy dworcu PKP, gdzie już tylko 4 godziny do odjazdu pociągu....




Podsumowanie

Radek:
Oznakowanie tras w mieście fatalne, na skrzyżowaniach ulic często brakuje oznakowań, na trasie czasem trzeba się domyślać, więc bez mapy ani rusz.


Poza tym bardzo pięknie miejsce, które spełniło moje rowerowe oczekiwania. Zostałbym jeszcze jeden dzień dłużej, a przy następnym podobnym wypadzie zdecydowanie od samego początku będę robił dwie pętle jednego dnia. Niby środek sezony, a trasy rowerowe praktycznie puste, co sprawiało jeszcze większą radochę.

Niestety w pamięć zapadło mi kombinowanie przejazdu PKP, wniosek jaki nasuwa mi się po powrocie to:
- jestem za uczciwy, kombinuje i szukam pociągu, który zabierze nasze rumaki z sobą, w rzeczywistości lepiej nie mieć biletu i zrobić następująco:
- znaleźć pociąg, którym chcemy jechać
- jeśli jest jeszcze miejsce na wieszakach zająć najbardziej nam odpowiadające
- jeśli jest 3:00 nad ranem i jest Was czwórka oczywiście z rowerami to bez skrupułów wsiadasz do pociągu, a rowery wpierdalasz jeden a drugi, to nic że w przedziale rowerowym jest już 6 rowerów, zawsze jakoś da się upchnąć kolejne
- następnie szukasz miejsca siedzącego, to nic że nie masz wykupionego biletu wraz z miejscówką
- czekasz aż konduktor będzie sprawdzał bilety
- bez zbędnych tłumaczeń kupujesz bilet dla siebie (niektórzy nawet nie wspomnieli o rowerze)
- konduktor nic nie powie na piramidę rowerów, to nic że pociąg przystosowany jest tylko na trzy.

Można powiedzieć, że konduktor jest po stronie rowerowych turystów, jakby zaczął wyrzucać ludzi z rowerami bo nie ma dla nich miejsca były ostry dym. Dla mnie była to (raczej, bo nigdy nie mów nigdy) ostatnia podróż z rowerem w TLK, już wolę regionalne, gdzie nikt nie będzie bezmyślnie rzucał rowerów jeden na drugi.

Kędzior:
Podział dotyczący wyjazdu uważam za sprawiedliwy... zająłem się noclegiem. Jedyna rzecz jaka sprawiła trudności to decyzja Radka - gdzie w końcu jedziemy!!?? :)
Początek był trudny, przejazd z sakwami do schroniska był, nazwijmy to, dość wyczerpujący. Nie wspomnę o paru chwilach, gdy mięsem rzucałem na lewo i prawo. Następne dni to już tylko ból mięśni ud i tyłka! Trzeciego dnia zmuszony byłem do zakupu spodenek z pampersem - polecam, załorzyłem i jakbym na kanapę usiadł!
Ale o tym wszystkim i tak można zapomnieć! Każdego dnia widzieliśmy coś innego, tj. trasa, nawierzchnia, kąt nachylenia podjazdów i zjazdów. Osobiście zakochałem się w trasach "wymagających technicznie", bo podjazd pod górkę zwykłą drogą stał się nudny! Gorąco zachęcam do wykorzystania rowerów MTB zgodnie z przeznaczeniem, czyli W GÓRACH!!

sobota, 27 lipca 2013

Szklarska Poręba - nadjeżdżamy!

Ponoć nie ma nic lepszego niż spontany! Kilka miesięcy temu rzuciłem pomysłem "weźmy dzień, dwa urlopu, zapakujmy się z rowerami do pociągu i pojedźmy w góry". Przyznam, że zapomniałem o tym lecz na znajomych zawsze można liczyć. Około dwa tygodnie temu dzwoni Tomasz z pytaniem "to kiedy jedziemy i gdzie?". Więcej nie potrzebowałem. Po kilku dniach poszukiwań pod kątem tras i dojazdu wybór padł na Szklarską Porębę. Miasto, które jest bardzo rowerowe, odbywają się w nim cykliczne maratony MTB i przygotowanych jest kilkanaście tras dla każdego. Ponoć odnajdzie się tam rodzina na niedzielnym wypadzie jak i osoby chcące porządnie się zmęczyć! My jesteśmy niedzielni ;) ale w planie mam oczywiście się zmęczyć :)
Podczas całych przygotowań najwięcej problemu sprawił niestety dojazd. Jako, że jedziemy PKP do tego z rowereami, osoby obeznane w temacie wiedzą co mam na myśli, to wybór optymalnego połączenia pociągiem bez przesiadek graniczy z cudem! Sześć miejsc dla rowerów w całym składzie... dla chcącego nic trudnego. Za wiele czasu poświęciłem i za bardzo się nakręciłem by teraz odpuszczać. Z absurdu PKP powiem , że dostępność miejsc dla rowerów można sprawdzić tylko w kasie! Infolinia? e-e. Jako, że na dworcu głównym w Gdańsku zlikwidowano (nie wiem kiedy) okienko informacji przez 5 dni popołudniu i wieczorem blokowałem kasę na około 30-40 w poszukiwaniu dojazdu z rowerem. Gdy byłem już pełen zrezygnowania i mówiłem z uśmiechem na twarzy "dobrze to pojadę pociągami regionalnymi" Pani w kasie dziwnie się na mnie patrzyła ;) Poskutkowało i wracamy pociągiem TLK bez przesiadek, a jedziemy... no cóż. Teleportujemy się do Las Palmas, zwanego Laskowicami Pomorskimi i z stamtąd już tylko trzy przesiadki i dojeżdżamy do.. uwaga Jeleniej Góry. Tak, tak dalej z rowerem się nie da, będziemy pedałować. Nocleg mamy zabukowany w Schronisku Wojtek, dotrzemy tam dziś przed 20:00.

...

Tym czasem czas choć trochę pospać, pobudka o 3:00.

czwartek, 25 lipca 2013

Niedzielni rowerzyści

Udało mi się w końcu wybrać na 1-dniową wyprawę, zorganizowaną przez Grupę Rowerową 3Miasto. Wycieczka, której celem były Jeziora Raduńskie, rozpoczęła się w niedzielę o 7.30 rano. 11 osobowa grupa dzielnie przemierzyła ponad 130-kilometrową trasę. Było warto. Pogoda dopisała - było bardzo gorąco, wypiłem ponad 4 litry płynów na trasie; dobrze że w końcu nabyłem CamelBak.
Tempo spokojne, acz zdecydowane - po drodze przerwy dla fotoreporterów i po lepszych podjazdach, na nacieszenie się zwycięstwem. Oj, górek trochę było, wszak to Szwajcaria Kaszubska. Jak jednak wiadomo, po podjazdach znajdują się nagrody w postaci zjazdów.
Trasa szutrowo, leśno, asfaltowa. Nasz lider świetnie zaplanował trasę, dzięki czemu prawie nie musieliśmy poruszać się głównymi szosami.
Przy okazji się pochwalę, że to mój nowy rekord życiowy, jeśli chodzi o jednodniowy dystans...a jeszcze kilka kilometrów bym ujechał.
Dziękuję serdecznie ekipie z GR3 za świetną atmosferę i już czekam na kolejną wycieczkę.